Press "Enter" to skip to content

Listy z podróży po Śląsku cz. 2

Do jednej z najciekawszych, zarazem zupełnie dziś zapomnianych, relacji z podróży po Śląsku, w której sporo miejsca poświęcono naszej Świdnicy, należą Listy na temat Śląska, Krakowa, Wieliczki i Hrabstwa Kłodzkiego z podróży w roku 1791, spisane przez Johanna Friedricha Zöllnera, królewskiego pruskiego wyższego radcę konsystorza, prepozyta w Berlinie, członka Akademii Nauk i Towarzystwa Przyjaciół Badaczy Przyrody w Berlinie, opatrzone miedziorytami.

Zöllner towarzyszył w tej podróży baronowi von Carmerowi, który był członkiem Izby Wojenno-Dominialnej we Wrocławiu, zarazem pruskim doradcą w sprawach wojny. Świdnica znalazła się na ich trasie z pewnością nieprzypadkowo, pamiętać bowiem należy, iż w owym czasie miasto stanowiło jedną z największych twierdz państwa pruskiego. Zöllner pozostawił nam dzięki swojej podróży wspaniały opis Świdnicy w II połowie XVIII w. Poniżej prezentujemy II część listu numer 32, z dnia 2 sierpnia 1791 r.,  w którym Zöllner pisał ze Świdnicy do swej małżonki:

Johann Friedrich Zöllner – grafika z epoki

(…) Po zawartym pokoju podarował on miastu 320 146 talarów, które wraz z pomocą Towarzystwa Ubezpieczeń Przeciwpożarowych, które wniosło śląskim miastom 233 049 talarów, pozwoliło na nowo i w piękniejszej formie odbudować kamienice, założyć bielarnie, fabryki wstążek itd., a pieniądze te stanowiły podstawę nowego rozkwitu miasta. Poza tym od 1766 r. król przekazywał rokrocznie po 45 131 talarów, aby wszystkie domy móc pokryć dachówką. Kto zdecydował się na te pożyteczne zmiany, otrzymywał początkowo 15, następnie 30, a w końcu 62 ½ procenta całości niezbędnych kosztów, a oprócz tej pomocy połowę drewna budowlanego, cegły bez konieczności płacenia podatku na rzecz skarbu miejskiego oraz trzyletnie zwolnienie z podatku serwisowego i z kwaterunku żołnierzy, jak również prawo do warzenia piwa poza kolejnością. Ponieważ podczas tych zmian w wielu domach niezbędnym było wzmocnienie i poprawienie murów, dlatego zyskał na tym zarazem stan budowlany w tej miejscowości. W 1741 r. zaledwie 12 domów było tu krytych dachówką, w 1788 r. jedynie 8 pokrytych było jeszcze gontem.

Przy tym wszystkim z pewnością całe stulecie nie wystarczyłoby na to, aby zatrzeć ślady pozostawione przez straszliwą wojnę, gdyby przy budowie umocnień twierdzy nie zatrudniono tysięcy ludzi i gdyby mieszczanie w ten sposób nie otrzymali możliwości utrzymania się. Nie doszło by również do tego, gdyby tutejsza liczna załoga wojskowa rocznie nie wprowadzała do obrotu więcej niż 80 000 talarów. Budowa twierdzy przyczyniła się jednak z drugiej strony do zmniejszenia liczby mieszkańców, ponieważ król, chcąc uzyskać miejsce pod budowę dzieł fortecznych i koszar, zakupił liczne budynki i ogrody, za co wszyscy właściciele otrzymali pokaźne zadośćuczynienie w wysokości 42 560 talarów.

Jednym z najbardziej interesujących obiektów w Świdnicy był dla mnie luterański, tzw. kościół wolności czy też łaski [chodzi tu naturalnie o Kościół Pokoju – dop. S. Nowotny], stojący na przedmieściu. Spośród wszystkich kościołów, które dane mi było zobaczyć, żadnego nie budowano przez okres całego stulecia z taką radością i z tak wielkim zaangażowaniem. Żaden z nich nie jest też tak licznie odwiedzany! Dlaczego tak jest, dowiesz się, czytając jego historię!    

Johann Friedrich Zöllner – grafika z epoki

Już przed 1530 r. reformacja Lutra zyskała w Świdnicy wielu zwolenników, a wszystkie stojące w mieście kościoły przechodziły stopniowo w ręce protestantów. O kościele farnym wspomniałem Ci już powyżej, że luteranie używali go przez dłuższy czas na potrzeby swych nabożeństw. W 1561 r. kseni klasztoru św. Klary z Wrocławia odstąpiła prawo patronackie [do tego kościoła], które to prawo jej klasztor sprawował od końca XIII wieku, magistratowi miasta Świdnicy na 10 lat, a od tego czasu przy kościele tym funkcjonowało prawdziwe luterańskie ministerium duchowne. Wcześniej magistrat wyznaczał duchownych ewangelickich przy tym kościele, zaś kseni duchownych katolickich.

Znacznie wcześniej franciszkanie przekazali swój kościół i klasztor magistratowi, gdyż rozwój reformacji drastycznie zmniejszył możliwości ich egzystencji. Dzięki niej (tj. reformacji) zaznajomili się oni z różnymi pojęciami, które zabiły w nich zapał do podtrzymywania ślubów zakonnych. Gdy tylko byli zgodni co do tego, aby zrezygnować z tych ślubów, myśleli tylko o tym, jak zabezpieczyć się przed brakiem środków do utrzymania życia. W tym celu w zakrystii kościoła zbudowali oni kominek, przetopili w nim wszystkie srebrne i złote naczynia liturgiczne, rozdzielili ten skarb między siebie, opuścili klasztor, a każdy z nich próbował na swój sposób odnaleźć swe miejsce w świecie. Jedynie czterech z nich ostało się tutaj, którzy to bądź zostali oszukani przez innych, bądź też sumienie nie pozwalało im na to, aby rzucić się na skarby kościelne i zrezygnować ze złożonych ślubów zakonnych. Popadli oni wkrótce w wielkie tarapaty finansowe, dlatego też podjęli decyzję, aby formalnie odstąpić magistratowi swój kościół i budynek klasztorny (co nastąpiło w 1547 r.), w zamian za zapewnienie dożywotniego utrzymania. W 1565 r. cesarz Maksymilian II zatwierdził [miastu] ten stan posiadania, jednakże pod warunkiem, iż gdyby kiedykolwiek zakon powrócił do Świdnicy i zażądał zwrotu klasztoru, wówczas wraz z kościołem miałby on być zwrócony zakonowi.

Również dominikanie nie mogli się utrzymać między protestantami dłużej niż do początków XVII wieku. W tym okresie ich cały konwent składał się jeszcze jedynie z czterech osób, a gdy ich przeor w 1619 r. popadł w niezgodę z książętami i stanami śląskimi, ponieważ nie chciał on złożyć przysięgi, mającej na celu ochronę wyznawanej religii, wymaganej od katolików i protestantów, wówczas opuścił on klasztor i nie pozostawił tu nikogo więcej, niźli jednego brata zakonnego, który wkrótce uznał za słuszne, aby poprosić magistrat o prawo do opuszczenia klasztoru. Klasztor dominikański został obecnie uznany za opuszczony, a kościół oddany został na nabożeństwa ewangelickie, natomiast naczynia liturgiczne, wraz z folwarkiem klasztornym, zostały sprzedane, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczono na wzmocnienie obronności kraju. Tą drogą luteranie stali się posiadaczami trzeciego kościoła w Świdnicy, w którym to 19 stycznia 1620 r. odprawili oni swe pierwsze nabożeństwo.

Również ta radość była krótkotrwała, gdy tylko bowiem wojska cesarskie zyskiwały przewagę na Śląsku, wówczas wszelkie wolności (przywileje w sprawach religii), a nawet list majestatyczny cesarza Rudolfa II (z 1609 r.), uznawane były za nieważne i zwalczano je siłą. Dominikanie już w 1662 r. [błędna data – nastąpiło to już w 1622 r., a ostatecznie w 1644 r. – dop. S. Nowotny] zażądali zwrotu swego kościoła. Franciszkanie otrzymali sześć lat później na podobnej zasadzie swój własny (klasztor) [czyli w 1628 r. – dop. S. Nowotny], a w 1629 r. w mieście pojawiło się kilku jezuitów, którzy przybyli tu pod przykrywką prowadzenia misji, a którym przekazano kościół farny. Od tego czasu protestanci raz to podnosili swe głowy, raz to byli prześladowani i terroryzowani, na ile tylko miasto zajmowane było przez wojska cesarskie bądź też żołnierzy szwedzkich. Przy różnych okazjach nie tylko wypędzano protestanckich duchownych, lecz używano także wszelkich możliwych środków, aby całkowicie powstrzymać wszelkie czynności religijne protestantów. Ponieważ nie mogli oni odprawiać żadnych nabożeństw w mieście, dlatego odwiedzali oni pobliskie kościoły wiejskie w Makowicach i w Grodziszczu. Aby ich przed tym powstrzymać, zamykano bramy miejskie w niedziele i w dni świąteczne, i otwierano je dopiero po południu około godziny trzeciej, tak iż ci, którzy chcieli wysłuchać kazania albo przystąpić do komunii świętej, musieli wychodzić z miasta już dzień wcześniej. Swe dzieci pod groźbą surowej kary mogli posyłać jedynie do szkoły katolickiej i żadnej innej. Zostali oni także wyłączeni ze sprawowania jakichkolwiek urzędów publicznych.

Tak się sprawy miały, gdy w traktacie westfalskim (1648 r.) cesarz Ferdynand III za poduszczeniem króla Szwecji, udzielił świdniczanom większej wolności religijnej i zezwolił im na budowę nowego kościoła. Lecz upłynęły jeszcze cztery lata, strawione na różnego rodzaju rokowaniach, zanim rozporządzenia te zostały spełnione, a protestanci cieszyli się przynajmniej z tego, iż bez przeszkód mogli oni odwiedzać kościoły wiejskie i tam, wedle upodobania, mogli dokonywać chrztów, przyjmować ślubów i móc grzebać swych bliskich. Ostatecznie w 1652 r. cesarz Ferdynand IV wydał rozkaz, iż w miastach Świdnicy i w Jaworze protestantom zezwala się na wybudowanie kościołów wraz z plebaniami i domkami dzwonników, jednakże mogą być one wzniesione jedynie z drewna i gliny, a wszelkie czynności religijne mogą być podejmowane bez jakiejkolwiek przeszkody ze strony księży katolickich. Można sobie jedynie wyobrazić, jak wielka radość rozprzestrzeniała się po mieście, kiedy to starosta księstwa świdnicko-jaworskiego (baron von Nostitz) w towarzystwie generała Montevergues zaznajomił 25 września radnych miejskich i mieszczan zebranych na ratuszu z treścią cesarskiego rozkazu. Ludzie udali się natychmiast z cesarskimi pełnomocnikami przed bramę Piotrową na przedmieścia, aby tam wymierzyć miejsce pod budowę kościoła. Zagorzały katolik, pułkownik Fende, który zajmował się wymierzaniem, chciał zmniejszyć ową przyznaną przestrzeń, lecz Montevergues powiedział wówczas: „Przecież to tylko ziemia, lepiej trzeba jej dodać, nić jej ujmować”. Wraz z tymi słowy rzucił on swą laskę tak dalece, jak tylko był w stanie, i określił tym samym północną granicę cmentarza. Cmentarz otrzymał wymiary 400 kroków po kwadracie, a miejsce pod kościół wymierzono na 100 kroków długości i 50 szerokości.  

Tłum. Sobiesław Nowotny

7 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.