Press "Enter" to skip to content

Prostytucja w dawnej Świdnicy (cz. 2)

Prezentujemy drugą część opracowania o dziejach prostytucji w Świdnicy. Część pierwszą opublikowaliśmy tutaj: Prostytucja w Świdnicy dawniej (cz. 1).

Z przełomu XVI i XVII wieku zachowała się dla Świdnicy garść informacji dotyczących publicznych egzekucji kobiet, które zajmowały się uprawianiem miłości za pieniądze. Niewątpliwie wielki wpływ na stosunkowo ostre wystąpienia wobec procederu prostytucji wywarło tu stanowisko kościoła luterańskiego, popadającego coraz bardziej w wyznaniową pruderię, zgoła obcą czasom początków reformacji, którego pastorzy z wielką pasją napiętnowali życie niezgodne „z nakazami Bożymi”.

Z ich zdaniem w tym okresie liczyć się musieli członkowie tutejszej rady miejskiej i ławy miejskiej, jako lokalnego wymiaru sprawiedliwości. I tak w największej kronice nowożytnej miasta Świdnicy, pod datą 29 września 1600 r. zanotowano informację, iż tego dnia „publicznie wychłostano córkę Georga Beerschmidta z Maniowa, która wielokrotnie dopuściła się prostytucji, podobną karę wymierzono też Margarecie, żonie Georga Wißnera, pastucha krów z Kątów Wrocławskich.” Jakkolwiek straszna była to kara, musiała być to zarazem całkiem niezła rozrywka dla gawiedzi, żądnej krwawej rozrywki, tym bardziej interesującej, iż obie skazane musiały się przecież obnażyć do pasa. Czy skazane zostały wypędzone z miasta, nie wiadomo, aczkolwiek było to bardzo prawdopodobne, co potwierdzają inne przykłady źródłowe.

Markietanka towarzysząca żołnierzowi

Zupełnie nowy rozdział w dziejach prostytucji, która rozwinęła się do nieznanej dotychczas skali, otwiera czas wojny trzydziestoletniej (1618-48), która straszliwie dotknęła również nasze miasto. Okres ten charakteryzował się licznymi przemarszami różnych armii obu wojujących stron. Po raz pierwszy bodaj w historii europejskiej żołnierze walczący pod sztandarami katolickiego cesarza i protestanckich książąt i stanów zabierali ze sobą na wojnę całe rodziny, które maszerowały wraz za postępującymi wojskami. Za wojskiem postępowały oczywiście liczne prostytutki z różnych okolic, liczące na szybki zysk od żołnierzy i oficerów, którym zamierzały udzielać swych wdzięków. Mechanizm ten był prosty – żołnierze zajmowali nowe terytoria, bogate miasta i zamki, łupiąc bezlitośnie ich mieszkańców i nakładając na nich wysokie kontrybucje, zaś panienki lekkich obyczajów udzielały masowo swych usług owym żołdakom, pozbawiając ich zarazem dopiero co zdobytych łupów. Pamiętać należy, iż podobnie jak w przypadku zwykłego procederu w czasach pokoju, również w czasach wojny istnieć musiał cały system ochrony prostytutek poprzez żołnierzy, czy też oficerów-alfonsów, w których ręce wpadało gros zysków. Rodziny żołnierzy, podobnie jak same panienki lekkich obyczajów same wielokrotnie brały udział w łupieniu bezbronnych mieszkańców miasta, które właśnie poddało się, bądź zajęte zostało podczas szturmu przez oblegające wojska. Niekiedy łupem były nie tylko precjoza, lecz zwykłe zapasy żywności, które w czasach przedłużającego się konfliktu były niemal na wagę złota! Wielokrotnie zdarzało się, iż prostytutkami stawały się właśnie kobiety ze zdobytych dopiero co miast, które straciły całe swoje rodziny i domostwa, i którym nie pozostawało im nic więcej, jak przyłączyć się do maszerujących żołnierzy, aby w ich obozie, za wymuszony seks, znaleźć choć odrobinę jedzenia.

W okresie wojny trzydziestoletniej żołnierze walczący pod sztandarami katolickiego cesarza i protestanckich książąt i stanów zabierali ze sobą na wojnę całe rodziny, które maszerowały wraz za postępującymi wojskami

Prostytutki, nazywane markietankami, nie nadążające za szybko postępującą armią, wałęsające się po kraju, stawały się plagą w równie wielkim stopniu, jak maruderzy. Takie obrazy oglądać mogli i wielokrotnie musieli również mieszkańcy Świdnicy. Już we wczesnym okresie wojny napotykamy potwierdzenia źródłowe o przypadkach prostytucji w naszym mieście, lecz także na obszarach wiejskich, dotkniętych w równym stopniu przez wojnę. Tak na przykład w 1622 r. w okresie pobytu wojsk saskich w Świdnicy, zanotowano, iż „19 września tegoż roku w Miłochowie pędzono prostytutkę, która złamała spokój, od karczmy aż po kraniec wsi, bijąc ją rózgami.” Dochodziło też do straszliwych i drastycznych sytuacji, które z pewnością nie należały do wyjątków. „30 lipca 1627 r. w Burkatowie ścięto mieczem dziwkę Ewę, która zamordowała swoje dziecko”. Przykład ten dotyka problemu, z którym przez wieki borykały się kobiety zajmujące się sprzedażą swych ciał (do czasu wynalezienia skutecznych środków antykoncepcyjnych) – kwestii niechcianych zajść w ciążę. W czasach pokoju wielokrotnie pomagał w takich wypadkach kat miejski, który za usuwanie ciąży, czyli aborcję, pobierał od prostytutek opłatę wynoszącą 20 srebrnych groszy – zgodnie zresztą z tabelą opłat ustaloną przez radę miejską Świdnicy w okresie nowożytnym. Wojna, a w szczególności taka wojna, jaka przeszła do historii pod mianem wojny trzydziestoletniej, rządziła się niestety innymi prawami – często twardymi i nieludzkimi.

O kolejnym przypadku zbrodni dzieciobójstwa, dokonanej ręką wyrodnej matki, zarazem kobiety lekkich obyczajów, informuje nas autor fragmentu największej świdnickiej kroniki nowożytnej przechowywanej obecnie w Dziale Rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie. Zapisał on pod datą 9 czerwca 1628 r., iż „tego dnia w Pogorzale ścięto mieczem dziwkę, która udusiła swe własne dziecko”. Do ilu podobnych sytuacji dochodzić musiało w czasach, w których wykrywalność zbrodni i przestępstw, była na bardzo niskim poziomie? A przecież kroniki świdnickie zawierają dość sporo informacji o tego typu wypadkach, czego namacalnym przykładem są zrelacjonowane dotychczas wydarzenia!

„30 lipca 1627 r. w Burkatowie ścięto mieczem dziwkę Ewę, która zamordowała swoje dziecko”

Największą liczbę prostytutek Świdnica widziała w okresie oblężenia miasta 1632/33 r. Wówczas to wraz z oblegającymi miasto wojskami cesarskimi przybyły tu całe tabuny markietanek, rozlokowując się w obozie, ciągnącym się wzdłuż rzeki Piławy od Makowic aż po Panków i Śmiałowice (centrum obozu ze sztabem Albrechta von Wallensteina znajdowało się w Pszennie). Przypieczętowały one los zarówno żołnierzy, rodzin żołnierskich, postępujących za armią, jak i mieszkańców miasta, gdy na jego terenie rozpoczęła się epidemia zarazy, przywleczonej tu przez wojsko. Według szacunków znanych w dotychczasowej literaturze na zarazę umrzeć miało aż 17.000 ludzi, skupionych na małej przestrzeni, gdzie choroba tym łatwiej zbierała swe śmiertelne żniwo. W świetle danych zawartych w cytowanej wcześniej kronice świdnickiej, liczba 17.000 ludzi pozostaje dalece poniżej rzeczywistych ofiar tamtych dni. Oddajmy zatem głos naszemu kronikarzowi: „(…) w przeciągu 14 tygodni zmarło tu na zarazę i inne choroby 23.000 ludzi, podczas gdy jedynie w okresie świąt Bożego Narodzenia zamarzło 2.000 ludzi, nie licząc kurewek i ich dzieci, które towarzyszyły oddziałom wojskowym w ich marszu od Węgier aż do momentu, w którym tu zostały zakwaterowane.”

Dotychczasowe szacunki nie uwzględniały prawdopodobnie osób pochodzących spoza miasta i najbliższych okolic – jeśli jednak weźmiemy pod uwagę okoliczność, nieznaną dotychczasowym badaczom, iż za wojskiem postępowały całe rodziny, jak również całe gromady prostytutek, sytuacja ta stanie się o wiele bardziej zrozumiała. Nic dziwnego też, iż w oczach obserwatora, który pozostawił nam obrazową relację z ówczesnych straszliwych wydarzeń, śmierć tysięcy ludzi, a wśród nich setek, a może nawet tysięcy prostytutek, nabierała wymiaru „kary i sądu Bożego”. Pozostawiając ocenę kronikarza w sferze mentalności epoki, stwierdzić należy, iż jego notatka stanowi nieocenione źródło poznawcze dla lepszego zrozumienia prawdziwych realiów wojny trzydziestoletniej i dziejów naszego miasta w tym okresie. Źródło to precyzuje nam też dokładnie miejsce, skąd owa olbrzymia liczba prostytutek, owej ciągle za mało rozpoznanej grupy społecznej, przybyła w nasze rejony – „które towarzyszyły oddziałom wojskowym w ich marszu od Węgier”. Mogły one  pochodzić z krajów wchodzących w owym czasie w skład Korony Świętego Stefana, a zatem Węgier w naszym dzisiejszym rozumieniu, Słowacji (w owym czasie nazywanej Górnymi Węgrami), Chorwacji, a nawet częściowo Rumunii (Siedmiogród). Nie można też wykluczyć, iż jakaś część pochodziła z krajów niemieckojęzycznych: Austrii, Karyntii, Styrii. Przypuszczalnie większość z nich nie trudniła się w okresie przedwojennym procederem prostytucji, lecz zmusiły je do tego okoliczności wojny – głód, śmierć małżonków, degradacja społeczna itp. Trudno oceniać, czy pochodziły z miast, czy też terenów wiejskich, lecz zważywszy na informację o towarzyszeniu wojsku od Węgier, przypuszczać należy, iż ta druga opcja jest bardziej prawdopodobna.

Wielokrotnie zdarzało się, iż prostytutkami stawały się kobiety ze zdobytych dopiero co miast, które straciły całe swoje rodziny i domostwa

Z okresu nowożytnego zachowało się dla Świdnicy  naturalnie znacznie więcej opisów, świadczących o stałym miejscu prostytutek w obrazie naszego miasta. Żaden jednak z nich nie może pod względem liczebnym konkurować z informacjami z okresu oblężenia miasta w 1632/1633 r. O podobnych wydarzeniach, dotyczących jednak okresu oblężenia miasta w okresie wojny siedmioletniej, lecz w nieco mniejszej skali, informuje nas na łamach swego pamiętnika znany świdnicki rzeźbiarz, August Gottfried Hoffmann (autor ambony i ołtarza w Kościele Pokoju). Gdy Austriacy zdobyli w 1761 r. Świdnicę, chcąc poniżyć tutejszych ewangelików, rozlokowali oni prostytutki w budynkach okalających Kościół Pokoju, należących do parafii ewangelickiej, m. in. w szkole łacińskiej (obecnie tzw. Lutherheim z kaplicą) i w szkole niemieckiej (obecnie dom Fundacji Serce). Pisał on: „Od czasu, gdy cesarscy zdobyli miasto, panowały wielkie kwaterunki domów okalających cmentarz przy Kościele Pokoju. Ewangelicka szkoła niemiecka służyła za schronienie dla markietanek, a wszystkie izby były pełne żołnierzy, dlatego aż do tej pory nie można było ponownie otworzyć szkoły. Na terenie szkoły łacińskiej sytuacja wyglądała w podobny sposób. Austriacy pozwalali nawet na urządzanie na cmentarzu egzekucji polegających na bieganiu przez szpicruty.”

Cdn.

Sobiesław Nowotny

8 LIKES

4 komentarze

  1. Krzysztof Czarnecki Krzysztof Czarnecki 24 maja 2020

    Marietanki to nie prostytutki! To mniej lub bardziej uregulowana prawnie grupa handlarek / handlarzy, żyjących z handlu detalicznego z żołnierzami.

      • Krzysztof Czarnecki Krzysztof Czarnecki 30 maja 2020

        Nie nalezy uogólniać, bo sprawy te był różnie uregulowane w róznych państwach i epokach. W armii pruskiej w poołowie XVIII w. w każdej kompanii był jeden markietan, którego wybierali żołnierze. Najczęściej zostawał nim najstarszy żołnierz kompanii. Trudno chyba posądzić takiego o uprawianie prostytucji.

        W każdym razie stwierdzenie, że „prostytutki, nazywane markietankami” jest błędne.

  2. Sobiesław Nowotny Sobiesław Nowotny 31 maja 2020

    Nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek w moim tekście wspomniał o markietanach, którzy rzeczywiście zajmowali się drobnym handlem artykułami spożywczymi. Była mowa jedynie o markietantkach. Problem z tą grupą jest znaczenie głębszy. Bo jakkolwiek i one zajmowały się niekiedy handlem, to ich rola w okresie nowożytnym w wojsku jest bardzo szeroka. Do ich codziennych zajęć należało czyszczenie i naprawianie odzieży dla wojujących żołnierzy, gotowanie im strawy, pomoc w rabowaniu ludności zdobytych miast. Jedynie część z nich była żonata, a ich mężami byli właśnie żołnierze. Większość jednak zajmowała się prostytucją. W armii pruskiej niechętnie przyglądano się temu procederowi i w poszczególnych regimentach wydawano surowe zarządzenia przeciwko prostytucji, co nie oznacza, że zjawisko to zdołano opanować. W artykule wspominam wszakże o markietantkach ciągnących z oddziałami austriackimi… Oczywiście, że wszelkie uogólnianie jest błędne. Ale w tym wypadku chciałem wskazać na pewne ogólne zjawisko, gdzie w wydarzeniach związanych z dziejami Świdnicy dopatrywać się można prostytucji. Trudno na podstawie źródeł określić, ile spośród markietantek przebywających w Świdnicy było prostytutkami, a ile nie. Być może część z nich zajmowała się tym procederem jedynie czasowo. Bezsprzecznym faktem jednak pozostaje, że markietantki oprócz wielu innych zadań, jakie spełniały w wojsku, parały się również płatną miłością. Jak dalece i powszechnie znany jest ten fakt, świadczy chociażby opis pojęcia „markietana” na stronie niemieckojęzycznej wikipedii: https://de.wikipedia.org/wiki/Marketender , gdzie celowo wyróżniono „markietantkę” i opisano jej seksualną rolę: „Eine Marketenderin ist ein weiblicher Marketender. Das Wort steht jedoch auch für speziell weibliche Rollen im Tross, unter anderem für Prostituierte. Die Frauen, die im Dreißigjährigen Krieg beim Heer blieben, verdingten sich fast ausschließlich als Prostituierte. Im 17. Jahrhundert waren Marketenderinnen, die sexuelle Dienste leisteten, an der Tagesordnung.” [Markietantka to markietan rodzaju żeńskiego. Jednak słowo to oznacza również konkretne role kobiet w konwoju, między innymi prostytutek. Kobiety, które pozostawały w wojsku w czasie wojny trzydziestoletniej, były prawie wyłącznie zatrudnione jako prostytutki. W XVII wieku, na porządku dziennym były markietantki, które wykonywały usługi seksualne.] Nie inaczej było w okresie XVIII wieku. Z tej definicji widać dokładnie, że pomiędzy „markietantką”, a „prostytutką” można by postawić znak równości. Z tą może tylko różnicą, że markietantka dodatkowo zajmowała się handlem i utrzymaniem żołnierskiego dobytku. Na temat markietantek i ich roli, napisano już sporo fachowych artykułów i opracowań. Większość jednakże w języku niemieckim. Myślę, że przytaczanie ich w tym miejscu jest zbędne. Sądzę, że niejedna markietantka z dawnych czasów ucieszyłaby się pośmiertnie, że w XXI wieku znalazła tak gorliwego adwokata i obrońcę jej niewinności w osobie pana Czarneckiego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.