Press "Enter" to skip to content

Śląskie czarownice

Młot na czarownice – księga, która wymierzona została w kobiety. Księga, która była narzędziem do walki z tymi kobietami, które odważyły się w męskim świecie mieć własne zdanie, nierzadko wiedzę lub po prostu były ofiarami zacofania, zabobonu i strachu… Księga, która pomagała znaleźć winne wszystkiego, co nie było zgodne z boskim porządkiem świata. Trudno w to uwierzyć, ale ostatni wyrok jaki zapadł w Europie za czary, wykonano na obecnych ziemiach polskich, w sierpniu 1811 roku. Stało się to w mieście Reszel na Warmii. Ostatnią spaloną na stosie ofiarą była Barbara Zdunk.

Mallevis MaleficarvmMłot na czarownice. Autorami tego „dzieła” byli dwaj dominikanie, profesorowie teologii Henryk Kramer i Jakub Sprenger. Dla milionów istnień byłoby lepiej gdyby druk nigdy nie został wynaleziony, bo ta właśnie księga stał się drogowskazem do obłędu, jaki zawładną ludźmi w prawie całej Europie. Kramera cechowała szczególna niechęć do płci żeńskiej. Uważał  wręcz, że zwierzęcy popęd płciowy u kobiet jest wykorzystywany przez samego szatana, aby prześladować wiernych, szczególnie mężczyzn… Femina – istota mniejszej wiary, nadawała się idealnie jako narzędzie diabła. Kramer ze swoją idee fixe, jako główny inkwizytor południowych Niemiec, skazał na śmierć blisko tysiąc czarownic, w około trzystu przypadkach osobiście podpalając stos. Do tego miał pełne poparcie kościoła.

5 grudnia 1484 roku papież Inno­centy VIII wydał bullę Summis desi­de­rantes affec­tibus (Pragnąc najgoręcej), akceptując polowania na czarownice. Z listem polecającym od papieża Kramer udał się w 1485 roku do Innsbrucku, gdzie o konszachty z Lucyferem oskarżył kilka szanowanych kobiet. To podważyło dobre intencje zakonnika i spotkało się ze społecznym sprzeciwem. Podczas publicznego procesu niejakiej Heleny Scheubrein, która miała  dopuścić się sprowadzania nagłej śmierci na kilkoro, parafian Kramer począł wypytywać o sprawy intymne, związane z życiem seksualnym. Sędziowie nakazali wstrzymać proces i uznali sprawę za nieważną! Wszem i wobec ogłoszono, że inkwizytor jest chory psychicznie i w trybie natychmiastowym ma opuścić parafię! Ten jednak nie dał za wygraną, posiadając papieską bullę!  Tym sposobem w 1486 roku do druku trafił  Mallevis Maleficarvm – kompendium wiedzy o czarach i podręcznik instruktażowy dla łowców czarownic.

Swoimi szaleńczymi wizjami Kramer zaraził kontynent. Według niego niekaranie czarownic było zdradą względem Boga, a jego zemsta miała być straszna. To wystarczyło by gawiedź uwierzyła, że ma tylko jedno wyjście…   A wszystko ten seks i pieniądze…

W Polsce Młot na Czarownice ukazał się w 1614 roku w Krakowie, w  drukarni Szymona Kempiniego. Księga przełożona została przez Stanisława Ząbkowica, który jednak przetłumaczył tylko dwie części, trzecia – mówiąca o metodach zwalczania i procedurach prawnych została dla krajan tajemnicą. Światły Ząbkowic nie miał na celu promowania tego dzieła, a zdyskredytowanie go. Nie do końca mu się to udało. Liczba „naukowych opracowań” tematu wzrastała. Na przykład w pierwszej encyklopedii powszechnej Nowe Ateny autorstwa księdza Benedykta Chmielowskiego, kijowski kanonik poświęcił wiele atramentu, aby opisać jak rozprawić się z szatańskim nasieniem! Oczywiście wszystkie zgodne z naukami kościoła!

Faeniculum, Verbena, Rosea, Chelidonia, RutaEx his confice aquam lumina reddit acuta.

To jest wódka zrobiona z kopru włoskiego, z koszyczka, z Róży, jaskółczego ziela, z Ruty bardzo na pomocna i wzrok czyni bystry. Jeśliby tedy kto przez czary miał wzrok zepsuty, tych ziół naturalnie na oczy leczących mógłby zażyć, Exorcysta, ich kazać pacyentowi zażywać, ale wprzód exorcizmowawszy (pisownia oryginalna).

Ugruntowane poglądy kościoła nie dopuszczały do jakichkolwiek odstępstw od wytyczonych norm. Generalnie to, czego nie dało się wytłumaczyć w racjonalny sposób, bez przeszkód zganiano na siły nieczyste! I tym sposobem gdy krowy się nie doiły winą obarczano czarownice, gdy deszcze były marne, a plony mniej obfite winiono czarownice, gdy czyjś mąż zapomniał drogi do domu i trafił nie do tej białogłowy co trzeba  śmiało można było powiedzieć, że rzucono na niego urok i dał się zwieść jakiejś przeklętej wiedźmie. Wystarczyło tylko ziarno wątpliwości lub plotka, by ludzkie umysły ogarnęła panika.

Plotka właśnie przyczyniła się do zbezczeszczenia zwłok niejakiej Anny Opitz. Nie wiadomo czym zasłużyła sobie na ten los 50-letnia żona Hanusa Opitza, mieszczanina ze Strzegomia.

14 października 1594 roku Anna została pochowana z należytą atencją w poświęconej ziemi. Niestety jej ciało nie zaznało spokoju na długo. W miesiąc od pochówku za sprawą plotek, jakim żyło całe miasto, radni Strzegomia zdecydowali o ekshumacji. Powód? Sędziwa Anna miała być czarownicą, a po śmierci straszyć w okolicy! 25 listopada ciało kobiety zostało rozczłonkowane i wrzucone do ognia. W księdze zgonów przy jej nazwisku dopisano die Venefica– czarownica! A historię tę opisał kronikarz Julius Filla w swojej kronice Strzegomia.

Ale nie tylko Strzegom miał swojego upiora! W Lewinie Kłodzkim sen z powiek spędzała niejaka Brodka, rudowłosa żona garncarza. Historię jej niewyjaśnionej śmierci miał po raz pierwszy opisać Jan Neplach z Opatovic nad Labem w 1370 roku. Brodka pojawia się również w kronice spisanej przez ks. Václava Hájka w 1547 roku. Według tych opracowań rudowłosa czarownica miała ponieść śmierć podczas wywoływania duchów, co ją również zdyskwalifikowało  do pochówku w poświęconej ziemi. Jej ciało spoczęło na rozstaju dróg, a duch nie mogący zaznać spokoju dręczył istoty żywe pod postacią jelenia. Zdecydowano Brodkę odkopać, a jej serce przebito osikowym kołkiem. Nic to nie dało, ludzie nadal pokątnie szeptali, że czarownica  panoszy się wśród żywych. Odkopano ją po raz wtórny, a ciało spalono na stosie w Lasku Miejskim w Lewinie.

Ofiarą niedomówień stała się również mieszkanka Świdnicy Anna Gottes. W 1545 roku 29 lipca postawiono wobec niej zarzut czarostwa i trucicielstwa. A jej nadprzyrodzone moce, burzyły nawet okazałe kamienice. Trucizna przygotowana z młodych szczurów i piwa przeznaczona była dla niejakiego Stentzla Fischera oraz jego siostry. Nie wiadomo czym sobie zasłużyli na gniew Anny. Natomiast gdy podczas procesu na miejskim rynku, któremu przewodził Martin Friese – burmistrz Świdnicy, runął fragment kamienicy nr 1, którą Friese zamieszkiwał (obecnie róg ulicy Franciszkańskiej), nikt już nie miał wątpliwości, że z Anną żartów nie ma i jest ona najprawdziwszą czarownicą. Dopiero później okazało się, że Anna straciła głowę (dosłownie) przez niedbalstwo budowniczych, którzy nie dopełnili swoich obowiązków.

Metod na uzyskanie pozytywnego rezultatu podczas udowadniania zarzutów o czarostwo było setki. Hiszpańskie buciki, gorący wosk na gałki oczne, rozciąganie kołem, kołyska judasza, która z kołyską nie miała nic wspólnego… Cel był jeden, czarownica musiała się przyznać, ale jak się nie przyznać w takich warunkach? Niejednokrotnie aby ulżyć swoim cierpieniom, rzekoma czarownica wskazywała kolejne osoby.

Krwawy łańcuszek potrafił nie mieć końca i każdym nowym ogniwem była kolejna ofiara. 

Przykładem na to są procesy czarownic z Kolska (historycznie część Dolnego Śląska, obecnie województwo lubuskie).

Takim ogniwem w krwawych rozgrywkach stała się  niejaka Anna Villborn, zielarka z sąsiadującej z Kolskiem – Jesiony. Jej stos zapłonął 18 grudnia 1664 roku. Anna do Kolska przybyła na polecenie Johanna von Kittlitz, pana na okolicznych włościach. Miała pomóc przy leczeniu żony szlachcica. Znachorka robiła co w jej mocy, aby ulżyć kobiecie która cierpiała na suchoty, niestety z marnym skutkiem. Stan chorej pogarszał się z dnia na dzień. Po okolicy zaczęto szeptać, że do choroby pani przyczynił się sam diabeł! Oczywiste było to, że nie zrobił tego bezpośrednio sam, rozpoczęto więc poszukiwanie jego sług! Przed trybunałem stanął jako pierwszy Adam Kubisach, woźnica, również z Jesiony. Kubisch by ratować skórę nie szczędził fantastycznych opowieści. Zeznał że w każdy pierwszy czwartek i zapusty w sabacie uczestniczyło po kilkaset osób, oczywiście znał tylko nieliczne. Na przykład niejaką Specht-Michel, która miała zakopać kości zmarłych pod progiem domu „dobrej pani” i tym samym sprowadzić na nią chorobę. Kolejno wymieniał nazwiska kobiet, które miały być czarownicami i czyhać na życie szlachcianki. W śród wymienionych znalazła się również Anna Villborn. Nieugięta zielarka nie poddawała się  oskarżeniom, do póki nie zastosowano szeregu tortur. Annę złamano w końcu, a ta za sobą pociągnęła swoją siostrę.  Zeznała, że obie przyczyniły się do śmierci dziecka wójta z Kolska w zemście za śmierć kilku kobiet posądzonych również o czary. Kobieta zeznała, że Kubisch bezpośrednio przyczynił się do zamachu na życie szlachcianki. Ten z kolej, torturowany, zeznał, że Anna że sypiała z szatanem. 11 grudnia został skazany i spłonął na stosie.

25 kolejnych osób wskazała pracująca dla proboszcza kobieta. Uznana została za „królową czarownic”, gdyż sama przyznała, że z „czarnym panem” nie jedno wyczyniała. Sąd nie musiał się zbytnio wysilać, gdyż oskarżeni sami przyznawali się do stawianych zarzutów. Widocznie śmierć na stosie była mniej bolesna jak same tortury.

Podobna sytuacja wydarzyła się w księstwie nyskim (biskupie księstwo feudalne na Śląsku do 1818 roku). W 1622 roku, leżący na łożu śmierci pasterz z Jesenik (obecnie miasto w Czechach) oskarżył swoją żonę o to, że jest czarownicą. Barbara Schmied poddana brutalnym torturom wyznała, że wywoływała pożary, rzucała urok na krowy a męża podtruwała starym serem. Podczas procesu któremu przewodził biskupi prawnik Johann Grossem, oskarżona wyznała, że poza nią  jest jeszcze pięć kobiet służących szatanowi. Między innymi Urszula Heger żona jesenickiego radnego, sklepikarka Ewa Brasler oraz Marta Wetzel. Barbara Schmied spłonęła na stosie 3 lipca 1622 roku w Nysie, Heger i Brasler pod koniec sierpnia w Jeseniku. Martę Wetzel znaleziono martwą w celi, miała skręcony kark w wyniku tortur.

W księstwie nyskim procesy były tak liczne, a stosy płonęły tak często, że należało rozprawić się nie tylko z czarownicami, ale również z kosztami jakie ponoszono z tego tytułu.

Pragmatyzmem w tym względzie wykazał się Jan Baltazar Liesch von Hornau (biskup pomocniczy diecezji wrocławskiej i członek kapituły zarządzającej księstwem). Hornau zapisał się na kartach Nysy jako najokrutniejszy i zatwardziały pogromca czarownic.

Na jego zlecenie wybudowano w mieście specjalny piec do palenia – „sprawiedliwie skazanych zwolenników diabła, czarownic i złych duchów”. Piec spełniać swoją funkcję  zaczął 6 września 1639 roku i pochłonął 26 istnień.

Nie jest wiadome ile ofiar poniosło śmierć podczas polowań na czarownice w księstwie nyskim, ale ilość procesów zwróciła uwagę biskupa wrocławskiego Karola Ferdynanda Wazy. Nakazał on powołać specjalną komisję sprawdzającą uczciwość wydawanych wyroków.

Zaskakujące okazało się to, że wymierzający sprawiedliwość na egzekucji zaledwie 11 osób zarobili aż 425 talarów! Kolejno: burmistrz – 9 talarów 6 groszy, rada w Nysie – 9 talarów 6 groszy, rada w Zlatých Horach – 18 talarów 12 groszy, wójt – 18 talarów 12 groszy, sędziowie – 18 talarów 12 groszy, kronikarz miejski – 9 talarów 6 groszy, sługa miejski – 9 talarów 6 groszy. Reszta kwoty miała przypaść biskupowi. Kat miał otrzymywać po 6 talarów od głowy. Do tego dochodziły zarekwirowane majątki… Jak widać pieniądz nie śmierdział, nawet lekko przydymiony…

Kres krwawym polowaniom na czarownice w księstwie nyskim położył biskup wrocławski Franz Ludwig von Pfalz-Neuburg. W 1701 roku nakazał odlać dzwon św. Anny, umieszczono go w nyskim kościele św. Jakuba. Na dzwonie umieszczono napis – Dum Anna sonat omnia fantas mata fugat (Gdy Anna rozbrzmiewa to wówczas uciekają wszystkie czarownice). Ostatni proces na Śląsku odbył się w 1740 r. w Ścinawie nad Odrą. Podejmowano jeszcze nie liczne próby wzajemnego oskarżania siebie, ale słowo czarownica straciło swój mroczny urok.

Nysa dziś słynie ze „Szlaku Czarownic” na polsko-czeskim pograniczu. Po Lewinie Kłodzkim nadal hula rudowłosa żona garncarza ku uciesze turystów. Każda gospodyni domowa może już być spokojna o swoją miotłę. Ale pamiętać należy, że wszystkie opisane wydarzenia miały miejsce w realnym świecie i powinny być przestrogą dla pochopnie wydawanych osądów, bo kto wie kiedy historia zatoczy koło.

Tekst i ilustracje Anna Czarna

12 LIKES

3 komentarze

  1. Jan Doel Jan Doel 1 lutego 2020

    Protestancka zapalczywość nie miała granic…

  2. adam adam 2 lutego 2020

    Benedykt Chmielowski, był kanonikiem kijowskim, a nie litewskim..

    • Andrzej Dobkiewicz Andrzej Dobkiewicz Post author | 2 lutego 2020

      Dziękujemy za uzupełnienie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.