Press "Enter" to skip to content

Stara baba

Brudny, obrośnięty mchem i krzakami cokół. Stoi na rozdrożu dróg koło Kątek. Niemy świadek dziejów Dolnego Śląska. Zapomniany przez historię, ale nie przez ludzi.

Lata 20. ubiegłego wieku. Niemcy nadal zmagają się z traumą I wojny światowej. To pierwszy konflikt, w którym zginęło taki wielu ludzi. Niemal w każdej miejscowości Dolnego Śląska, nawet tak małych jak Käntchen – dziś Kątki (powiat Marcinowice) powstają ze składek mieszkańców pomniki i fundowane są tablice, upamiętniające poległych żołnierzy, członków ich rodzin, sąsiadów, mieszkańców ich miejscowości.

 – Do poległych, dawni mieszkańcy Dolnego Śląska odnosili się z wielkim szacunkiem i z pietyzmem czcili pamięć o nich. Pomnik poświęcony poległym w latach 1914-1918 mieszkańcom Kątek, był jednym z wielu, jakie wznoszono w latach 20. ubiegłego wieku. Niestety, nie znamy dokładnej daty jego odsłonięcia. Nie udało mi się także jak na razie odnaleźć w źródłach jego fundatorów. Możemy się tylko domyślać, że powstał ze składek mieszkańców Kątek, którzy chcieli uczcić ośmiu poległych żołnierzy, ich sąsiadów. – Szczęśliwie zachowało się kilka zdjęć tego pomnika, możemy więc odtworzyć te nazwiska oraz jego formę – mówi świdnicki historyk Sobiesław Nowotny.

Pomnik stał na rozdrożu dróg na skraju wsi, w niewielkim lasku. Na granitowym postumencie ustawiono figurę klęczącego żołnierza. Autorem rzeźby była znana śląska rzeźbiarka z pobliskich Strzelc Świdnickich Dorothea von Phillisborn. Dziś żołnierza już nie ma.

 –  Dwadzieścia lat temu przyjechał ciągnik i dźwig. Jacyś ludzie załadowali rzeźbę na przyczepę wywieźli rzeźbę. Ponoć znalazła się na jakiejś prywatnej posesji nad Zalewem Witoszowskim w Świdnicy – mówi mieszkanka Kątek Teresa Gieczewska.

– Stara baba zwariowała. Tak o mnie mówią niektórzy we wsi – dodaje Pani Teresa, która od kilkudziesięciu lat mieszka w Kątkach. Wszystko przez to, że postanowiłam zadbać o pozostałości pomnika.

Sprawa zaczęła się jakiś czas temu. Do Teresy Gieczewskiej przyjechała Niemka, której rodzina mieszkała kiedyś w domu, w którym ona sama teraz mieszka. To ona zwróciła uwagę pani Teresy na pomnik. Poprosiła, żeby zadbać o niego. Gieczewska oczyściła więc pozostałości monumentu z mchu i porostów, umyła go, wykarczowała krzaki i uporządkowała ścieżkę prowadzącą do niego.  Odsłoniła przy okazji niemal nieczytelne napisy z imionami i nazwiskami ośmiu mieszkańców Kątek, którzy zginęli podczas I wojny światowej. I zaczęło się gadanie, po co Pani Teresa to robi. Przecież to pomnik Niemców.

– Wcześniej jakoś nie zwracałam uwagi na ten pomnik. Ale tak pomyślałam, że przecież to też byli mieszkańcy naszej wsi. Żyli tu, w swojej małej Ojczyźnie tak, jak my tu teraz żyjemy. Z pewnością nie poszli dobrowolnie na straszną wojnę i na pewno nie chcieli na niej ginąć. A że Niemcy? Tłumaczę ludziom, że to nie naziści i hitlerowcy, którzy nas tak strasznie doświadczyli podczas ostatniej wojny. Czy tylko dlatego, że byli to Niemcy, którzy z nazizmem nic nie mieli wspólnego, oznacza, że mamy ich nienawidzić? Tylko dlatego, że byli Niemcami? – pyta ludzi Gieczewska i dalej robi swoje, przynosząc pod pomnik kwiaty, zapalając znicze. I powtarza tym, którym się to niepodobna. – Spróbujcie tylko to zniszczyć, to zobaczycie co Gieczewska potrafi – mówi z uśmiechem.

Niemieckie ślady w Kątkach to nie tylko pomnik poległych w I wojnie światowej żołnierzy. Świadczy o tym mały krzyż, wkopany tuż obok podstawy pomnika. Pytam Pani Teresy skąd się wziął tutaj. – Znalazłam niedaleko, kilkanaście metrów dalej, w lesie. Pomyślałam, co ma niszczeć, przytargałam go tutaj i wkopałam obok pomnika.

Na kamiennym krzyżu zachowała się czytelna inskrypcja. Sophie von Niebelschütz. Geboren den 28. September 1817 gestorben den 12. Juni 1883. Zu Seiferdau.To była mieszkanka odległej o kilka kilometrów wsi Zebrzydów – mówi historyk Sobiesław Nowotny.

Skąd jednak krzyż wziął się w lesie? – Może z cmentarza – zastanawia się Teresa Gieczewska. Razem z dwoma towarzyszącymi mi historykami, patrzę na nią zdumiona. Jakiego cmentarza? Przecież Kątki były zbyt małą wsią, nie było tu parafii.  – Ale był  cmentarz. Niewielki – mówi Gieczewska i prowadzi nas dwieście metrów dalej. – Jest tutaj, w tym lesie. Całkowicie zarósł krzakami i młodymi drzewkami. Trudno tu dojść. Kiedyś myślałam, żeby to też uporządkować, ale ja już nie mam tyle sił. A tu trzeba byłoby sporo wykarczować – mówi, pokazując chaszcze, przez które się przedzieramy.

Stoję po środku lasku i właściwie nie wiem jak się zachować i co powiedzieć. Byłam w miejscach, gdzie kiedyś były cmentarze, po których już nie ma najmniejszego śladu. Byłam także na takich, które ze względu na swój zabytkowy charakter, jakimś cudem ocalały z powojennej hekatomby odniemczania Ziem Zachodnich. Ale cmentarz w Kątkach, a raczej jego pozostałości, robią przygnębiające wrażenie. Nawet ptaków nie słychać. Wszędzie widać zarysy kwater i ślady po biwakujących tu amatorach spożywania alkoholu na wolnym powietrzu. Pomiędzy śmieciami walają się uszkodzone elementy kamiennych nagrobków. Tych ostatnich praktycznie nie ma. Przydały się zapewne tym, którzy uznali, że stanowią świetny surowiec do wtórnego wykorzystania. Niewiele pozostało też po ogrodzeniu cmentarza. Kilka pochylonych granitowych słupków… Ile takich miejsc jest na Dolnym Śląsku? I nie wiem dlaczego, podświadomie przychodzą mi na myśl nasze polskie groby na Kresach Wschodnich, o które tak bardzo zaczęliśmy dbać w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Zastanawiam się czy tak samo czują się Niemcy, którzy patrzą na zniszczone groby swoich przodków, jak my się czujemy, patrząc na nasze zniszczone i zaniedbane cmentarze na Ukrainie? Czy to nie jest ten sam rodzaj smutku i bezsilności przechodzącej w złość, że tak bezwzględnie niszczy się pamięć?

Myślę o „sprawiedliwości dziejowej”, sloganie, który zawsze słyszałam przy okazji rozmów o rozliczeniu się z Niemcami, przede wszystkim w kontekście II wojny światowej. W Kątkach rozliczenie się dokonało. I to nie tylko z ostatnią wojną. Z całą, pewnego rodzaju brutalnością i bezwzględnością, rozprawiono się nie tylko z namacalnymi dowodami obecności Niemców na Dolnym Śląsku. Rozprawiono się także z pamięcią. No może z ta ostatnią nie do końca. Jest w Kątkach pewna stara baba, która zwariowała.

Agnieszka Dobkiewicz

4 LIKES

One Comment

  1. Zebrzydowianka Zebrzydowianka 5 marca 2019

    Wstyd przyznać, że mieszkając obok, we wspomnianym Zebrzydowie, nic nie wiem o pracy Pani Gieczewskiej w Kątkach. Ale jeszcze bardziej boli, że w Zebrzydowie na poniemieckim cmentarzu, pewnie z tego samego okresu, było boisko szkolne, gdyż teren przynależał do nie istniejącej już szkoły podstawowej 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.