Press "Enter" to skip to content

Ustrzelił Sowieta na drzewie (cz. 1)

Spread the love

Stacjonujące w Świdnicy od maja 1945 roku jednostki armii sowieckiej silą rzeczy sprawiały, że powstawało wiele spięć między żołnierzami z garnizonu a polskimi osadnikami. Niekiedy przybierały one drastyczne formy. Oczywiście oficjalnie władze polskie wskazywały na znakomitą współpracę z Sowietami, ale większość osiadających w mieście nowych Świdniczan, patrzyła na nich po prostu jak na okupantów ze wschodu. Powodów takiego stosunku do nich oczywiście tłumaczyć nie trzeba.

Historia, którą chcemy opisać zdarzyła się pod koniec 1946 roku i miała, niestety, swój bardzo smutny finał. W pewnym sensie obrazuje koloryt życia ówczesnej Świdnicy w odniesieniu do kontaktów z panoszącymi się wszędzie Sowietami. Bo też były to czasy zupełnie odmienne od tych z lat 80.-90. XX wieku, kiedy żołnierze ze wschodu byli bardziej pilnowani i izolowani w swoich koszarach od życia miejskiego niż w pierwszych miesiącach i latach po II wojnie światowej.

Dzisiejsza ulica Podmiejska to powojenna Jastrzębia. Po prawej stronie gdzie są numery parzyste zachował się tylko jeden dom przedwojenny, po lewej stronie kilka. W którymś z nich mieszkał Gleb Szczeniowski

Gleb Szczeniowski urodził się w 1898 roku w Żytomierzu i należał do liczącej około 25 tysięcy osób społeczności greko-katolickiej, ustępującej w ponad 60 tysięcznym mieście jedynie diasporze żydowskiej (około 31 tysięcy). Nie znamy szczegółów z jego życia, wiadomo jedynie, że jego ojcem był Mikołaj Szczeniowski, a matką Maria Latoszewska. Ukończył gimnazjum i później bliżej nieznaną szkołę średnią. Już po wojnie, kiedy mieszkał w Świdnicy posiadał obywatelstwo polskie i podawał, że jest wyznania rzymsko-katolickiego.

Podczas wojny służył w Wojsku Polskim. Odznaczony został między innymi Medalem za Warszawę 1939-1945 i brązowym Krzyżem Zasługi. Pod koniec 1945 roku został zdemobilizowany ze służby liniowej w 4. Pułku Piechoty LWP i podjął pracę w stopniu podporucznika w Ministerstwie Obrony Narodowej w Warszawie. Zachowała się opinia służbowa o nim z 1946 roku, podpisana przez jego szefa z Wydziału – majora Zakrzewskiego, w której czytamy między innymi:

Ppor. Szczeniowski Gleb pracuje w Wydziale Zakupów Departamentu Intendentury M.O.N. od czasu jego organizacji, początkowo jako kierownik referatu ogólnego, następnie jako st. buchalter, potem zaś jako st. pomocnik Szefa Wydziału. Jest bardzo dobrze obeznany z biurowością, zna dobrze buchalterię i w ogóle całkowicie nadaje się na samodzielne stanowisko. Wiedzę tą w 100 % wykorzystał do należytego zorganizowania kancelarii Wydziału Zakupów. Z nałożonych nań obowiązków wywiązuje się bardzo dobrze, za co otrzymał trzykrotną pochwałę w rozkazach III-go Viceministra M.O.N. i odznaczony został za wybitną pracę brązowym Krzyżem Zasługi, zaś w styczniu 1946 roku przedstawiono go do odznaczenia srebrnym Krzyżem Zasługi [od red. prawdopodobnie wobec zaistniałych zdarzeń nie zdążył go otrzymać]. Jest oficerem zdyscyplinowanym, karnym, wymagającym w stosunku do siebie i podwładnych, zdolny, energiczny, pracowity, ma wielki zasób wiadomości fachowych, które oddaje dla dobra służby w nowo odrodzonej Armii. Jako pracownik w administracji wojskowej nieoceniony i bardzo pożądany.

Postanowienie o wszczęciu śledztwa i zatrzymaniu Gleba Szczeniowskiego

Z opinii tej wynika, że Gleb Szczeniowski musiał być osobą w miarę wykształconą, pracowitą i sumienną. W ministerstwie pracował do 29 kwietnia 1946 roku. W momencie wydarzeń jakie miały miejsce w Świdnicy we wrześniu 1946 roku był już rezerwistą. Po zwolnieniu z wojska wyjechał do Świdnicy, gdzie się osiedlił razem z żoną. Zamieszkali w domy z ogrodem przy ulicy Jastrzębiej. I temu wątkowi poświęćmy nieco naszej uwagi, zostawiając na razie wydarzenia związane z życiem Gleba Szczeniowskiego chwilowo na boku.

W zachowanych dokumentach archiwalnych, jako miejsce zamieszkania Gleba podana jest za każdym razem wspomniana ulica Jastrzębia, przy czym z oznaczeniami domu nr 4, 14 i 40 (przy czym numer 4 wymieniany jest najczęściej w dokumentach). Problem polega na tym, że w żadnym ze znanych i dostępnych spisów powojennych ulic Świdnicy, ulica Jastrzębia nie jest wymieniana. Trudno jednak przypuszczać, aby w dokumentach wytworzonych przez urząd bezpieczeństwa praz prokuraturę i sądy, podawano wymyślony, nieistniejący adres. Jedynym, logicznym rozwiązaniem tej zagadki, jest pewnego rodzaju odwrócenie metody poszukiwań ulicy o takiej nazwie. Nie szukanie polskiej nazwy – Jastrzębia, ale może niemieckiej nazwy z tłumaczeniem tego słowa na język niemiecki – Jastrząb = Falke. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Do maja 1945 roku jedna ze świdnickich ulic na peryferiach miasta nosiła nazwę Falken Weg. Końcówka Weg ma różne znaczenie w języku niemieckim związane z traktami – droga, ścieżka, szlak, gościniec itp. Dla nas istotny jest pierwszy człon nazwy Falke, który polska administracja przetłumaczyła dosłownie i nazwała drogę/ulicę przy której mieszkał Szczeniowski jako Jastrzębia. Dla nas jest to o tyle cenne i niespodziewane odkrycie, że do tej pory nazwa ta, która nie jest uwzględniona w znanych i dostępnych opracowaniach i spisach ulic powojennej Świdnicy, jednak funkcjonowała przez krótki okres czasu w topografii miasta, co jest informacją nową.

Protokół rewizji podczas której znaleziono pistolet Walther P 38

Wróćmy jednak do Gleba Szczeniowskiego. Była środa 18 września 1946 roku. Około godziny 9 rano trzech sowieckich żołnierzy weszło na teren prywatnego ogrodu przy domu Szczeniowskich na ulicy Jastrzębiej, z zamiarem dokonania kradzieży. Przyznali się do tego podczas przesłuchania już po zdarzeniu do którego wtedy doszło. Pierwszy z tych żołnierzy – Grigorij Denisienko zeznał (pisownia wszystkich zeznań oryginalna):

My idąc do garażu dnia 18 IX 1946 roku o godzinie 9-tej razem ze swymi kolegami Władimirem Dobowoj i Aleksandrem Kościuszko i ja weszliśmy do ogrodu nieznanego nam, a o którym nam mówił Dubowoj, że tam są orzechy i tam udaliśmy się. W międzyczasie widzieliśmy tam jednego żołnierza Armii Czerwonej, który był w ogrodzie, a którego nie znamy. W międzyczasie, kiedy zbieraliśmy orzechy, dziecko zawołało tatę i w tym czasie padły 3 wystrzały, które były oddane w kierunku naszym. Gdy strzały były oddane w naszym kierunku, tak my rozsypaliśmy uciekając [od red. w domyśle orzechy] i przestraszyliśmy się tak, że nic nie widzieliśmy, dopiero później dowiedzieliśmy od kolegów, że Dubowoj jest raniony. My wiedzieliśmy o tem, że do ogrodu nam jest nie wolno wcale wchodzić bez zezwolenia właściciela.

Zeznania drugiego żołnierza – Aleksandra Kosciuszki nie zachowały się, ale można przypuszczać, że brzmiały podobnie. Potwierdził je niejako najbardziej poszkodowany, trzeci żołnierz – Władimir Dubowoj:

Ja idąc w dniu 18 IX 1946 roku o godz. 9-tej do naszych garaży, ulicy nie znam, razem ze swymi kolegami Kosciuszko Aleksander i Denisienko poszliśmy do ogrodu na orzechy, pozbierać orzechy z ziemi, które leżały i w między czasie usłyszeliśmy 3 wystrzały i zaczęliśmy uciekać i później ja usłyszałem czwarty strzał i dostałem w nogę pociskiem. Ja o tym wiedziałem dobrze, że nie wolno jest wchodzić do ogrodu zezwolenia właściciela. Te strzały były oddane do nas bez żadnego zawołania na nas (…) po pierwszych strzałach zaczęliśmy uciekać, a po czwartym ja dostałem do nogi i zostałem leżeć, a ten Polak powiedział do mnie gdy ja leżałem czy che jeszcze dostać coś czy ma mnie dobić.

Nieco inną wersję podczas przesłuchania przedstawił natomiast sprawca strzelaniny Gleb Szczeniowski, po którego aresztowaniu dzień po zajściu tj. 19 września, w czasie  przeprowadzonej w jego domu rewizji, znaleziono niemieckiej produkcji pistolet typu Walther P 38 wraz z łuską i trzema nabojami. Szczeniowski podczas przesłuchania zeznał:

Sowiecka informacja o ranach odniesionych przez żołnierza postrzelonego przez Szczeniowskiego

Zeznaję, iż pistolet typu P. 38 № 6575 posiadałem od dnia 29 IV 46 r. tj. od dnia demobilizacji. Zarządzenia władz o konieczności posiadania zezwolenia na broń nie znałem, gdyż z braku czasu nie czytywałem gazet ani nie znam treści ogłoszeń. Przyznaję się do postrzelenia żołnierza armii czerwonej w dniu 18 IX 1946 r., który w towarzystwie dwóch innych żołnierzy, usiłował dokonać kradzieży jabłek w ogrodzie, którego jestem właścicielem. Natomiast stwierdzam, iż stało się to przypadkowo, ponieważ strzelałem z z gęstwiny drzew i krzaków i to nie w kierunku rabusiów a w górę. Postrzelenie owego żołnierza, było tylko w tym wypadku  możliwe, jeśli osobnik ów przypadkiem siedział w tym momencie na drzewie. Zaświadczam, że pistolet syst. P. 38  № 6575 posiadałem od końca 1945 r., tzn. jeszcze wówczas, kiedy byłem w służbie czynnej. Broń ta była moją prywatną własnością i dostałem ja w prezencie od dowódcy 4 warszawskiego pułku ppłk. Pankina.

Jeżeli więc przyjąć zeznania Gleba Szczeniowskiego za wiarygodne, to ni mniej ni więcej tylko ustrzelił sowieckiego sołdata, który siedział na drzewie i kradł orzechy lub jabłka. Zachowała się oryginalna notatka sowiecka z której wynika, że rana postrzałowa odniesiona przez Dubowoja okazała się ciężką. Pocisk wystrzelony przez Szczeniowskiego trafił Dubowoja w lewe biodro i roztrzaskał mu kość. Przeżył jednak, bo razem z pozostałymi dwoma żołnierzami stawił się jako świadek na rozprawie sądowej przeciwko Szczeniowskiemu.

cdn.

Redakcja

7 LIKES

2 komentarze

  1. Dzika Żaba Dzika Żaba 12 kwietnia 2026

    Szkoda, że dziś obowiązują nienormalne przepisy i nie mam prawa odstrzelić złodzieja nawet we własnym domu.

    • R.F R.F 12 kwietnia 2026

      Może i dobrze, bo by było strach na szabrowane jabłka chodzić

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.