Prezentujemy trzecią część wspomnień Rudi Daniela Hillera. Poprzednie części można przeczytać tutaj: Wspomnienia Rudi Daniela Hillera (cz. 1), Wspomnienia Rudi Daniela Hillera (cz. 2).
***
Jak wiele pięknych wspomnień powraca, kiedy myślę o latach przeżytych w Świdnicy. W dni wolne od pracy robiliśmy z rodzicami sporo wycieczek po wspaniałej tutejszej okolicy. Szczególnie lubiłem wędrówkę dookoła jeziora Bystrzyckiego z Lubachowa do Zagórza Śląskiego i na zamek Grodno, wycieczki w Góry Sowie, wspinaczkę na Śnieżkę (po raz pierwszy mając lat pięć i do tego oczywiście pieszo), dłuższe pobyty zimowe w Szpindlerowym Młynie po czeskiej stronie Karkonoszy lub w Szklarskiej Porębie Górnej, gdzie godzinami przyglądałem się pełnej artyzmu pracy wydmuchiwaczy szkła w hucie „Józefina”. Wycieczki nasze prowadziły często do schroniska na Szrenicy, a ja naturalnie uczyłem się jeździć na nartach. W czasie odwiedzin Szczawna Zdroju nie przepuściłem żadnego koncertu i podziwiałem wystrój hali koncertowej oraz pięknie pielęgnowane założenia parkowe.

W samej Świdnicy ogromnie lubiłem oglądać przedstawienia bajek w teatrze miejskim w Rynku. Żelazna kurtyna, wspaniała sceneria, kostiumy aktorów i stale zmieniające się efekty świetlne pobudzały moją dziecięcą fantazję jako cuda techniki. Co roku od nowa poddawałem się czarowi nastroju jaki panował przed Bożym Narodzeniem, stając przed wystawami sklepów bądź między budami targu bożonarodzeniowego w Rynku. Lampki, choinki, zabawki i inne niespodzianki przykuwały moją uwagę. Uwielbiałem chorały, kolędy i podziwiałem wspaniałą szopkę w katolickim kościele św. Stanisława i św. Wacława, z postaciami prawie ludzkiego wzrostu, chociaż doskonale wiedziałem, że „mitologia dzieciątka Jezus”, a tym samym Boże Narodzenie zupełnie nie odpowiadały żydowskiej religii.
Ze względu na to, że moi rodzice byli liberalnego światopoglądu i czuli potrzebę przebywania z różnymi ludźmi, obchodziliśmy zaraz po żydowskim święcie świateł Chanuka także Boże Narodzenie w naszym domu. Wraz z choinką, prezentami i wspólną wieczerzą bożonarodzeniową z naszym chrześcijańskim personelem domowym. Do tego obowiązkowo włączane były: rodzinne ciepło i bliskość jednego człowieka obok drugiego. W tym gronie znajdowały się zwykle: długoletnia pomoc lekarska mojego ojca – panna Straube, gosposia pomagająca mojej matce i nasza piastunka. Ostatnią podziwiałem nie tylko z powodu jej przywiązania. Przypominam ją sobie jako bajkową wprost piękność.

W mojej pamięci pozostaje również do dziś Cesarska Promenada [od red. obecnie park przy ulicy Generała Władysława Sikorskiego) znajdująca się za przejazdem kolejowym przy ulicy Friedrichstrasse, gdzie uczyłem się biegać. Stare drzewa wryły się w moją pamięć podobnie jak śliczne brązowe wiewiórki, które obserwowały moje pierwsze próby chodzenia. W mniejszym stopniu mogłem się zaprzyjaźnić z groźnym żołnierzem z pomnika garnizonowego, który trzymał gotowy do rzutu granat ręczny. Dzięki temu, że chodziłem do szkoły, zbyt dobrze znałem cierpienia żołnierzy i gorzki los „poległych”, abym mógł zdobyć się na gloryfikowanie „słodkiej i pełnej chwały śmierci za ojczyznę”.
O wiele bardziej moją fantazję poruszył Zeppelin. Godzinami stałem na narożnym balkonie naszego mieszkania, które znajdowało się przy ulicy Grodzkiej i oczekiwałem przybycia zapowiedzianego LZ 127. W końcu pojawił się, błyszczący srebrem i poszybował nade mną. Mój wujek, który we Wrocławiu prowadził sklep z trafiką, podarował mi później „Album z Zeppelinami”, który jeszcze dziś posiadam. On sam zmarł w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen.
Od początku lat trzydziestych aż do naszej emigracji posiadaliśmy ogródek działkowy. Tam nie raz przyglądaliśmy się zachodowi słońca; w czasie dni wolnych od pracy przebywaliśmy tam znacznie dłużej. Bardzo często odwiedzali nas tam członkowie innych rodzin żydowskich, także ci należący do biedniejszej warstwy. Mogli się oni u nas odprężyć na łonie natury i przynajmniej na moment zapomnieć o swych kłopotach. Na naszym małym kawałku ziemi zajmowałem się pracą w ogrodzie, uczyłem się coraz lepiej wdrapywać na drzewa i objadałem się owocami agrestu, czarnych porzeczek, śliwek i jabłek, które sam zrywałem. Dumny byłem z naszej altanki, która chroniła nas od deszczu i nadmiernego słońca oraz wiatru. Wielu spośród moich kolegów ze szkoły odwiedzało mnie tutaj, ponieważ ich rodzice zapowiedzieli im, aby unikali odwiedzin w naszym mieszkaniu.

W latach trzydziestych przeprowadziliśmy się i mieszkaliśmy od tej pory w budynku przy ulicy Komunardów 1, na rogu ulicy Muzealnej. Tam moja matka organizowała dla mnie corocznie przyjęcie urodzinowe, w którym uczestniczyli również moi koledzy ze szkoły. Były to zawsze wspaniałe spotkania z zabawami, muzyką i dobrym jedzeniem. Szczególnie wielkim dla mnie przeżyciem był również moment, kiedy do miasta przyjeżdżał cyrk.
Przypominam sobie jeszcze występy trup cyrkowych „Sarrasani”, „Krone” i „Busch”. Wiele godzin spędzałem na placu, na którym miał stanąć cyrk, oczekując na przybycie kolumny wozów i byłem zawsze zafascynowany precyzyjną pracą osób zatrudnionych w cyrku przy stawianiu namiotu. To zakrawało prawie na cud, że po zaledwie dziesięciu godzinach po przybyciu wozów można było w pełnej okazałości i przy blasku świateł rozpocząć przedstawienie. Pewnego razu ogromne wrażenie zrobiło na nas dzieciach zdarzenie, gdy nagle arena zmieniła się w potężny basen, a z pysków grzywiastych lwów wylały się na odsłonięte schody olbrzymie masy wody.
Nie mniej poruszające mój umysł były często organizowane, na lotnisku w Pszennie, pokazy akrobacji lotniczej, w których podmiotem były hałaśliwe jednomotorowe samoloty. Jeżeli nagle gasł silnik lub coś zaczynało strzelać w motorze, wówczas wszyscy oczekiwali z prze-strachem, cóż się teraz wydarzy. Oprócz tego, któregoś dnia, jako szczególna atrakcja dla publiczności, wystartował słynny Ernst Udet.
Tylko kilka wspomnień z dzieciństwa – a jakże daleko te czasy za nami! Ile złego przydarzyło się potem Żydom i wszystkim tym, którzy nie chcieli dmuchać w jeden róg z narodowym socjalizmem. W końcu ile złego dokonała wojna z prawie połową świata. Dla wielu milionów Żydów oznaczało to śmierć w męczarniach, także dla większości moich krewnych, którzy pozostali w Niemczech. Po drugiej wojnie światowej miliony Niemców zostały wypędzone z ich ojczyzny. Przy tym Świdnica stała się bardziej obca dla moich wspomnień. Pozostały tylko budynki a te zostały zasiedlone przez ludność mówiącą już innym językiem. Nauczy-ciel Koehler, który okazał się bardzo pomocnym i otwartym na ludzkie potrzeby człowiekiem, dr Fritz Hering, dr Gloger, dr Galda i inni przyjaciele musieli umrzeć z dala od rodzinnej ziemi.
Rudi Daniel Hiller (tłum. Sobiesław Nowotny)
8 LIKES











Skomentuj jako pierwszy!