Press "Enter" to skip to content

Przesieka i Matejko – jak było naprawdę?

Chwała z odnalezienia zrabowanych podczas wojny dzieł Jana Matejki w całości przypadła warszawskim muzealnikom. A przecież wcześniej odkryła je Stanisława Urban.

Zanim niemiecką wioskę Hain w pobliżu Jeleniej Góry przemianowano na Przesiekę, mówiono o niej: Matejkowice.

– Nazwa została jednak szybko zmieniona, a pamięć ludzka jest ulotna – mówi Mariusz Czerski, mieszkaniec Przesieki. Chce, by miejscowi i turyści pamiętali o niezwykłym odkryciu sprzed lat, gdy w jednej z piwnic znaleziono tu zrabowane w trakcie wojny obrazy Jana Matejki.

Stanisława Urban i jej skierowanie do pracy w 1945 r.

Jemu opowiedziała o tym mama, Stanisława Urban. Na Dolny Śląsk trafiła w maju 1945 roku, z trójką synów i bez męża, który nie wrócił do kraju z robót przymusowych. Miała 27 lat, a władze obiecywały dobre życie na ziemiach odzyskanych. Spakowała się i przyjechała.

W Kotlinie Jeleniogórskiej mieszkali wtedy jeszcze Niemcy, Polaków było niewielu, a na południowej granicy szykował się kolejny konflikt, tym razem polsko-czeski. Samotna kobieta z trójką dzieci nie miała mieć łatwego życia.

– Mama znała język niemiecki, więc pełnomocnik skierował ją do osiedlania Polaków, którzy przybywali tu z całej Polski – mówi Czerski. – Trafiła do Podgórzyna, a potem przeniosła się do Przesieki. Była odpowiedzialna między innymi za przyznawanie domów nowo przybyłym.

Pewnego dnia w Hain pojawił się człowiek, który postanowił zająć Waldschlösschen (Leśny Zameczek), czyli gospodę położoną na samym szczycie miejscowości. Stanisława Urban przystąpiła do zwyczajowych procedur. Wzięła ze sobą Sylwestra Pawlaka oraz miejscowego milicjanta i poszła komisyjnie przekazać wybrany dom.

Gospoda Leśny Zameczek w Przesiece, dziś już nieistniejąca

– Gdy mama weszła do środka, zajrzała także do piwnicy. W środku znajdowały się skrzynie, a w nichjak się później okazałobyły obrazy Matejki – mówi Mariusz Czerski.

Kobieta natychmiast powiadomiła o odkryciu pełnomocnika rządu Wojciecha Tabakę. Z tych dni zachowała się notatka, którą sporządził referent działu kultury: W rozmowie z dnia 26 czerwca 1945 roku z panem inżynierem Graumanem dowiedziałem się, że w restauracji Waldschlösschen w Hain są złożone różne dzieła sztuki. Zgłosiłem to natychmiast panu Staroście Powiatowemu, by te eksponaty zabezpieczyć. Jednakże z powodu trudności transportowych nie mogłem tego na razie uczynić, pomimo że były tam obrazy Jana Matejki. Na szczęście pan profesor doktor Lorentz pojechał do miejscowości Hain i odkrył obrazy, m.in. Batory pod Pskowem, Rejtan, Unia Lubelska.

Skrzynie były wielkie i ciężkie, nie można było ich przenieść, dlatego zastały w gospodzie Waldschlösschen. Dzień i noc pilnował ich tam milicjant Pawlak.

W tym samym czasie prof. Stanisław Lorentz z zespołem muzealników szukał zaginionych dzieł sztuki, które podczas wojny zrabowali Niemcy. Celem jego wyprawy była Świdnica – od kolejarzy dowiedział się, że przyjechały tam transporty ze zrabowanymi dziełami. Na stacji faktycznie odnaleziono 15 wagonów ze zbiorami Muzeum Narodowego w Warszawie. W Świdnicy rewindykatorzy odnaleźli jeszcze coś równie cennego – księgi magazynowe. Okazały się dla nas bezcenne. Z ogromną skrupulatnością notowano tam nie tylko np. aus Warschau, ale dokładniej: UW, Museum. Znaleźliśmy tam wzmiankę o dużym transporcie z Katowic „aus Museum” (…). Okazało się również, że zbiory te nie były trzymane w samej Świdnicy, ale rozrzucone w terenie. Na szczęście te miejsca były również w księgach magazynowych oznaczone – pisał jeden z członów ekipy muzealników, architekt prof. Jan Zachwatowicz.

Profesor Stanisław Lorentz nadzorujący zabezpieczenie dzieł sztuki i Izabela Czajka

Skrytki miały być rozsiane także w okolicach Kłodzka i Jeleniej Góry. Tak muzealnicy trafili do Rückers (dziś Szczytnej) koło Kołodzka. Według listy Grundmanna – historyka sztuki i niemieckiego konserwatora zabytków – była tam zlokalizowana jedna z istotnych skrytek.

Burmistrz Szczytnej zaprosił poszukiwaczy na uroczysty obiad, a inny z gości – porucznik Zygmunt Bratkowski – opowiedział Lorentzowi, że w Hain znalazł skrzynie z obrazami Matejki i podpisem: „Museum der Stadt Warschau”. Ilość spożytego tego dnia spirytusu spowodowała, że muzealnicy nie do końca mieli uwierzyć w te rewelacje. Ale rano pojechali 100 kilometrów dalej, w stronę Hain.

Profesor Stanisław Lorenz klęka przed skrzynią, której wieko jest oderwane i usiłuje z trudem rozwinąć olbrzymi rulon płótna. (…) Przez otwarte drzwi wpada nagle jasna smuga światła słonecznego. Profesor klęczy teraz w tej strudze… Podchodzę bliżej.

–  Profesorze… Profesor Lorentz podnosi głowę. Jego opalona na brązowo twarz jest dziwnie pobladła. Widzę, że błękit oczu ma przesłonięty szkliwem łez. Nie pytam więcej. Wiem, że odnaleźliśmy Matejkę.

Tak moment odnalezienia zaginionych dzieł sztuki opisała Izabela Czajka, z domu Szwarc. Pseudonim przyjęła w partyzantce Wojska Ludowego, wcześniej przeżyła piekło getta. Była żydowską pisarką i historyczką sztuki, ale też skandalistką, muzą artystów. Witkacy upamiętnił ją jako Helę Bertz w „Pożegnaniu jesieni”.

Telegram, jaki Lorentz wysłał do Warszawy po natrafieniu na dzieła Matejki
(kolekcja: Robert Kudelski)

Czajka nie bez powodu pojawiła się w grupie muzealników prof. Lorentza. Gdy objeżdżał ziemie odzyskane w poszukiwaniu ukrytych dzieł sztuki, ona szukała własnych skarbów. Podczas wojny Niemcy odebrali Czajce ponad 250 obrazów, w tym malowane przez Henri Matisse’a  i Chaima Soutine’a jej portrety. Miała mundur, pistolet i znajomości, zaciągnęła się więc jako ochroniarz dla grupy muzealników. Miała też wyjątkowy tupet: o odkryciu opowiedziała dziennikarzom, mimo zakazu od prof. Lorentza. Ckliwy opis mu się nie spodobał.

– Ukląkłem, bo tak było mi wygodniej odczytywać napisy na skrzyniach, łzy wymyśliła na użytek prasy Czajka. Ale opis ten, wielokrotnie przedrukowywany, także relacjonowany przez radio, dotarł do moich przyjaciół i bliskich znajomych. Na dłuższy czas byłem ośmieszony. Każdy, witając się ze mną, mówił: Pokaż Stasiu te swoje niewinne niebieskie oczy, w których lśnią czyste łzy! – wspominał profesor w jednym z wywiadów pod koniec lat 70.

Mariusz Czerski chce upamiętnić niezwykłą historię odnalezienia obrazów

Co stało się później z odnalezionymi obrazami? Według relacji Stanisławy Urban, cenne znalezisko po kilku tygodniach miało zostać przetransportowane do urzędu gminy przy ul. Spadzistej w Przesiece.

Prof. Stanisław Lorentz, podobnie jak Izabela Czajka, twierdzili jednak, że obrazy Matejki zabrali prosto z gospody. Z akcji zachowało się zdjęcie, dostępne dziś w Muzeum Karkonoskim. Widać na nim profesora i ładowane na ciężarówki obrazy. Wśród lokalnych historyków wciąż trwa spór o to, jak było naprawdę.

– Trudno na podstawie jedynego zdjęcia, jakie do tej pory widziałem, stwierdzić jednoznacznie, w którym miejscu ekipa muzealników ładuje obrazy do samochodów – mówi Mariusz Czerski. – Mnie taki dowód nie przekonuje. Wierzę opowieściom mamy, która bardzo szczegółowo mówiła o zabezpieczaniu tych dzieł.

Monument jest już gotowy. Obok projekt tablicy, jaka ma zostać na nim umieszczona

Dlatego Mariusz Czerski razem z sąsiadem Maciejem Popkiewiczem chcą upamiętnić historię mamy i pierwszych polskich mieszkańców karkonoskiej wsi. Postanowili, że postawią w Przesiece obelisk. Obok znajdzie się tablica z historią podróży dzieł Matejki w czasach wojennej zawieruchy. Przybliży też symbolikę samych dzieł i odda hołd konserwatorom oraz tym, którzy po wojnie walczyli o odzyskanie cennych dzieł.

Pomoc w upamiętnieniu polskiej historii tych ziem deklarują władze gminy; trwa także zbiórka pieniędzy od darczyńców. Wpłaty można przekazywać na rachunek Komitetu Społecznego „Upamiętnienie wojennych losów obrazów Jana Matejki” z siedzibą w Przesiece: PKO BP SA 12 1020 5226 0000 6002 0644 2893. Organizatorzy chcą odsłonić obelisk we wrześniu br.

Jak Matejko trafił na Dolny Śląsk? Powojenne losy jego obrazów są bardzo skomplikowane. W 1945 roku Rejtan i Batory pod Pskowem wyjechały z Warszawy razem z prezydentem Ignacym Mościckim. Pozostawił je w depozycie w zamku Radziwiłłów na Wołyniu. Gdy po napaści na Polskę do majątku wkroczyli Rosjanie, dzieła wywieźli do Muzeum Regionalnego w Łucku. Prawdopodobnie wtedy złożono je w kostkę i zasypano naftaliną. Tak przeleżały do 1943 roku. Odnaleźli je Niemcy, którzy po wypowiedzeniu wojny ZSRR zajęli te tereny. Zabezpieczenie i renowację płócien zlecono Janowi Marksenowi, głównemu konserwatorowi miasta Lwowa. Pod jego opieką pozostały do 1944 roku, gdy wydano nakaz ich ewakuacji. – Zbliżający się front powodował ogromne zagrożenie dla wszystkich dzieł sztuki, znajdujących się we Lwowie – mówi Robert Kudelski, autor książek o historii Dolnego Śląska. – Jan Marksen zaprojektował dla każdego z obrazów skrzynię, w której płótno zawieszone było na wałkach w pewnej odległości od ścianek  na wypadek uszkodzeń mechanicznych podczas podróży kolejowej czy samochodowej. W kwietniu transport wyruszył na zachód. Po perturbacjach dotarł do Wiśnicza, do dawnego klasztoru karmelitów. Obrazy przebywały tu zaledwie kilka miesięcy. Ostatecznie decyzją gubernatora Dystryktu Galicji Otto Gustawa Wächtera zostały ewakuowane do Świdnicy, a następnie do Sichowa i Morawy. Stamtąd wywiózł je Günther Grundmann i za jego poleceniem trafiły do Jeleniej Góry.

Agnieszka Dobkiewicz

7 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.