To jeden z pierwszych strajków w powojennej Świdnicy, o którym zachowały się w archiwach informacje. Wydarzenia, jakie miały miejsce w maju 1946 roku na terenie ówczesnych Państwowych Zjednoczonych Zakładach Drzewnych przy ulicy Bystrzyckiej 34 w Świdnicy, chociaż nie odcisnęły znaczącego piętna na życiu gospodarczym i społecznym miasta, są jednymi z pierwszych, udokumentowanych w zachowanych w stanie szczątkowym zbiorach archiwalnych prób, reagowania na wszechobecne – w trudnych, powojennych miesiącach – szabrownictwo i nadużycia.
Generalnie można stwierdzić, że był to niewielki epizod w skali miasta, chociaż na pewno istotny dla uczestników tych zdarzeń. Wydarzenia te ukazują w jakimś stopniu nie tylko pewnego rodzaju koloryt życia w ówczesnej Świdnicy, ale także niemal powszechne w tamtych czasach metody dokonywania nadużyć, stosunek ludzi do nich i reakcje władz partyjnych na negatywne ich zdaniem zjawiska, które mogły źle świadczyć o klasie robotniczej i w efekcie burzyć jej „pozytywny” obraz, kreowany od maja 1945 roku przez propagandę z pod znaku komunistycznej Polskiej Partii Robotników.

Państwowe Zjednoczone Zakłady Drzewne zlokalizowane przy ulicy Bystrzyckiej 34 w Świdnicy, zostały uruchomione tuż po zakończeniu II wojny światowej w dawnej Fabryce Zabawek i Artykułów Sportowych Hugo Roithnera [czytaj tutaj: Pierwsza rakieta na Śląsku]. Były one jedną ze składowych kilku zakładów związanych z przeróbką drewna na terenie Świdnicy i powiatu świdnickiego. Podlegały Zjednoczeniu Przemysłu Drzewnego Okręg Dolny Śląsk w Jeleniej Górze. To ostatnie skupiało w sumie na Dolnym Śląsku 37 zakładów o podobnym profilu. W późniejszych latach zakład wielokrotnie zmieniał nazwę i zakres produkcji. W latach 1945-1946 w oparciu o surowce pozostawione jeszcze przez Niemców oraz dostawy tarcicy z tartaków należących do Lasów Państwowych i w miarę zachowany park maszynowy, wytwarzano przede wszystkim zabawki, trochę prostych mebli biurowych, prawidła i akcesoria szewskie, ławki szkolne i meble sklepowe. Dopiero w późniejszych latach rozpoczęto produkcję obudów radiowych dla dzierżoniowskiej „Diory”, z którą świdnicki zakład związał się na wiele dziesięcioleci.
Pod koniec 1945 roku zakład przeszedł zmiany organizacyjne w wyniku których powstały Dolnośląskie Zakłady Przemysłu Drzewnego nr 1, nadal podległe zarządowi dolnośląskiemu w Jeleniej Górze. Pierwszym dyrektorem zakładu był Jan Sułkowski. I to on w alarmującym tonie wystosował 31 maja 1946 roku pismo do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Świdnicy, następującej treści:

„Dziś o godzinie 7-ej rano robotnicy Fabryki Zabawek i Artykułów Sportowych w Świdnicy Bystrzycka 34 urządzili strajk wywołany i podburzony przez Przewodniczącego Rady Zakładowej Ob. Piechowicza i jego zastępcę Ob. Wyrwasa.
Gdy zostałem powiadomiony o godzinie 7-ej, wezwałem Przewodniczącego Rady Zakładowej do natychmiastowego zaniechania strajku i zaprzestania podburzania robotników, zaznaczając mu, że dzisiaj przyjeżdża Komisja angielska i przedstawiciele Ministerstwa Przemysłu i że tok pracy musi iść normalnie a wszelkie sprawy z rzekomych powodów, po odjeździe Komisji angielskiej załatwimy. Zaznaczyłem mu przy tym, że czynie go odpowiedzialnym, jako Przewodniczącego Rady Zakładowej, za wywołany strajk i podjudzanie robotników.
Pomimo tego strajk trwał do godziny 9-ej i dopiero po przyjeździe sekretarza P.P.R. Ob. Abramczyka, robotnicy przystąpili do pracy.
Proszę wdrożyć dochodzenie w tej sprawie i winnych pociągnąć do odpowiedzialności, tak aby w przyszłości tego rodzaju wypadki się nie powtórzyły.”
Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego jeszcze tego samego dnia wdrożyli śledztwo, wszak nie mogło być mowy o jakichkolwiek strajkach – czytaj: działalności wywrotowej. Przede wszystkim wydano rozkaz zatrzymania przewodniczącego Rady Zakładowej Tadeusza Piechowicza, malarza i lakiernika zatrudnionego w zakładzie. Na podstawie zeznań kilku świadków to w nim upatrywano prowodyra strajku. Zatrzymano go dzień po wydarzeniach w zakładzie – 1 czerwca 1946 roku i osadzono w areszcie śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Świdnicy. Jednocześnie sformułowano przeciwko niemu zarzut namawiania robotników do strajkowania i przeprowadzenia samego strajku. Dlaczego do niego doszło?
Aby to wyjaśnić, trzeba cofnąć się w czasie do 30 maja 1946 roku, to jest wydarzeń, które miały miejsce dzień przed strajkiem. Prawdopodobnie w tym dniu – z zachowanych dokumentów jasno to nie wynika, wykryto w zakładzie kradzież 50 litrów benzyny i 60 litrów oliwy. Przeprowadzona została w zakładzie rewizja, o której wspomina w swoich zeznaniach Tadeusz Piechowicz, jako szef rady zakładowej mocno zaangażowany w ewentualne wykrycie sprawców razem ze swoim zastępcą Pawłem Wyrwasem. Tego samego we wczesnych godzinach porannych do ówczesnego Fryburga (dziś Świebodzic) wysłany został po wzorce do filialnego zakładu nr 9 – kierownik zakładu Szczepan Kruk. Towarzyszyli mu pracownicy zakładu – Kurtyka i Przyjemski, a kierowcą był Gierwadowski (Giewartowski). Od dyrektora zakładu Jana Sułkowskiego otrzymali na wyjazd 300 złotych. Po powrocie ze Świebodzic około godz. 19 Kruk chciał rozdzielić pomiędzy członków delegacji te 300 złotych, ale pozostali stwierdzili, że nie ma czym dzielić i żeby lepiej iść na wódkę do gospody[1]. Po pewnym czasie trafił do niej także Piechowicz z Wyrwasem, którzy nie wiadomo skąd posiadali informację, że ukradzione paliwo i olej zostały sprzedane właścicielowi gospody i tam je znaleziono, a z ich zachowania wynikało, że podejrzewają Kruka i jego współpracowników o to, że pili w gospodzie za uzyskane ze sprzedaży pieniądze. Po wyjściu z gospody, Kruk i towarzyszący mu pracownicy spotkali Piechowicza i Wyrwasa na ulicy. Według zeznań Kruka – kierowca Gierwadowski miał chwycić za klapy Piechowicza i szarpać go, pytając dlaczego ich oskarża. Krótką szamotaninę przerwał Kruk i obie grupy się rozeszły.
Nieco inną wersję wydarzeń przedstawiał później Piechowicz twierdząc, że jako członek rady zakładowej został przez kierowcę Gierwadowskiego znieważony i pobity. Podczas przesłuchania w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego Piechowicz zeznał:
Pytanie: Czy przyznajecie się do tego, iż w dniu 31 maja 46 r. nawoływaliście w Państwowych Zakładach Drzewnych w Świdnicy, w fabryce zabawek przy ul. Bystrzyckiej Nr 34 do przerwania pracy?

Odpowiedź: Ja nie przyznaje się do tego, iż dnia 31.V.46 r. w Fabryce Zabawek Bystrzyckiej Nr 34 nawoływałem pracowników Fabryki Zabawek do przerwania pracy, grożąc, iż o ile dyrekcja Państwowych Zjednoczonych Zakładów nie udzieli wyjaśnienia co do ukradzionych 50 litrów benzyny i 60 litrów oliwy.
Pytanie: Kto nawoływał do strajku w tej sprawie?
Odpowiedź: Ja opowiedziałem pracownikom fabryki zabawek, iż wykryłem gdzie jest benzyna i oliwa sprzedana i że w o tem zawiadomiłem kierownika fabryki Kruka, który w tem czasie przebywał w restauracji na rogu ul. Westerplatte w towarzystwie szofera Gierbadowskiego, magazyniera Przyjemskiego, kierownika Kurtyki i majstra malarskiego Dwornika.
Pytanie: Z kim zawiadomiliście kier. Kruka że benzyna która była ukradziona w fabryce zabawek jest sprzedana w tej restauracji?
Odpowiedź: Ja sam zawiadomiłem kier. Kruka o tym, ze benzyna i oliwa ukradziona, jest w tej restauracji sprzedana.
Pytanie: Co na tą wiadomość odpowiedział kier. Kruk?
Odpowiedź: Kier. Kruk odpowiedział, że wie o tym, że ta benzyna i oliwa jest sprzedana w restauracji, na co ja nic nie powiedziałem i wyszedłem na ulicę do me Wyrwasa Pawła, który tam na mnie czekał. Podszedł do nas pracownik fabryki, z którym zaczęliśmy rozmawiać o osobistych sprawach. W tym czasie kier. Kruk z całym towarzystwem wyszedł z restauracji siadając do auta, którym tam pojechali. Szofer Gierbadowski wychodząc ostatni z restauracji pogroził nam ręką, poczym odjechali autem do fabryki. Po jakichś 20 minutach kierownik Kruk w towarzystwie tym samym, co poprzednio, wyszedł z fabryki i spotkał się koło rampy kolejowej na ul. Bystrzyckiej i bez zdania racji i bez powodu szofer Giarbadowski i Przyjemski magazynier rzucili się na Wyrwasa Pawła. Szofer Gierbadowski uderzyl Wyrwasa Pawła w twarz, ten się im wyrwał i zaczął uciekać w stronę fabryki, a szofer Gierbadowski i Przyjemski gonili go, co im nie udało go schwycić.

Pytanie: Co zrobili Gierbadowski i Przyjemski gdy im Wyrwas uciekł?
Odpowiedź: Szli z powrotem w moją stronę, doskoczywszy do mnie ze słowami: czy ja ukradłem benzynę. Przyjemski uderzył mnie w pierś, wywracając mnie do rowu, podniósł mnie kier. Kruk, uspokajając napastników.
Pytanie: Gdzie poszliście po tej awanturze?
Odpowiedź: Ja z Wyrwasem skierowaliśmy się w stronę fabryki, gdzie Wyrwas mnie pożegnał i poszedł do domu, a ja wszedłem na fabrykę by zabrać moją teczkę i kapelusz, przy okazji opowiedziałem całe zajście wartownikowi, który był na wartowni.
Pytanie: Co zaszło rano dnia 31.V.46 r. po waszym przyjściu do fabryki?
Odpowiedź: Gdy ja przyszedłem do pracy rano koło godz. 6.45 ludzie, którzy pracowali w zakładzie byli zgrupowani w grupach na podwórzu debatując nad wczorajszym zdarzeniem. Gdy mnie ujrzeli i podszedłem do grup stojących na podwórzu. Zaczęli mnie wypytywać o całe zajście.
Pytanie: Co odpowiedzieliście im na ich zapytania?
Odpowiedź: Ja im opowiedziałem cale zajście, jak zostałem pobity wraz z Wyrwasem. Pracownicy powiedzieli że nie przystępują do pracy, dokąd od dyrekcji nie otrzymają wyjaśnień.
Dalszy scenariusz wydarzeń z ranka 31 maja jest już znany. Po wezwaniu wszystkich członków rady zakładowej do kierownika personalnego Jana Kahna, próbowano na nich bezskutecznie wymusić powrót załogi do pracy. Niewiele dała też rozmowa telefoniczna dyrektora zakładu Jana Sułkowskiego z Piechowiczem. Dopiero o godzinie 9 przyjechał sekretarz Komitetu Miejskiego Polskiej Partii Robotniczej Jan Abramczyk[2]. Zebrał on całą załogę w świetlicy. Nie wiemy, czy obiecał całą sprawę wyjaśnić, czy też zagroził załodze konsekwencjami, faktem jest, że po zebraniu, cała załoga wróciła do pracy. Strajk trwał w sumie 1 godzinę i 40 minut.
Niestety, brak w zachowanych archiwach dokumentów świadczących o tym, jak zakończyła się cała sprawa. Czy złapano złodziei oliwy i benzyny? Z pewnością nagłośnienie przez Piechowicza sprawy kradzieży benzyny i oliwy z zakładu, była nie na rękę i dyrekcji zakładu i aparatczykom z PPR, którzy zapewne woleliby „zamieść sprawę pod dywan”. Piechowicz wykazał się w pewnym sensie cywilną odwagą, mówiąc głośno o dokonanym nadużyciu i o ewentualnym pobiciu go z tego powodu.


Wiadomo, że cała afera miała jakiś dalszy ciąg. 12 czerwca 1946 roku kierownik wydziału śledczego PUBP w Świdnicy – B. Guzek skierował pismo do prokuratora Sądu Okręgowego w Świdnicy o wydanie postanowienia o zastosowaniu środka zapobiegawczego wobec Tadeusza Piechowicza oraz Pawła Wyrwasa, podejrzanych o wywołanie strajku w fabryce nr 1/9 Państwowych Zakładów Drzewnych w Świdnicy. Z informacji zapisanych w Streszczeniu Sprawy przygotowanym w PUBP dla prokuratora okręgowego zaznaczono, że Piechowicz przyznał się do stawianych mu zarzutów wywołania strajku. Stało się to po 12-dniowym pobycie w areszcie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego bezpieczeństwa i toczącym się w tym czasie wobec niego śledztwie. Jednocześnie PUBP wnioskowało o nałożenie na Piechowicza sankcji.
Niestety, nie wiemy, czy i jakie konsekwencje swoich działań poniósł Tadeusz Piechowicz, ani jakie były jego dalsze losy. A może czytelnicy ŚPH wiedzą coś na ten temat?
Redakcja
[1] Chodzi o dawną restaurację E. Tesche, która mieściła się w narożnym budynku u zbiegu ulicy Bystrzyckiej i Westerplatte (nr 54). 9 sierpnia 1945 roku w użytkowanie objęła ją osadniczka Irena Własiak.
[2] Wpływowa postać ówczesnego życia politycznego miasta. Funkcję I sekretarza KM PPR pełnił od lutego 1946 roku. Potem pełnił funkcję sekretarza Komitetu Powiatowego PPR. W lutym 1949 roku został przeniesiony na analogiczne stanowisko do Dzierżoniowa.
6 LIKES








Skomentuj jako pierwszy!