Press "Enter" to skip to content

Podziemia świdnickiej katedry (cz. 1)

Świdnicka katedra pw. św. Stanisława i św. Wacława należy obok wpisanego na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO Kościoła Pokoju do najciekawszych i najcenniejszych obiektów miasta. Zachwyca ona każdego turystę swą wielkością, wspaniałością wnętrz, bogatym barokowym wyposażeniem. Jak każdy obiekt, który istnieje ponad 750 lat (pierwsza wzmianka w 1250 r., choć w obecnej formie pochodzi dopiero z I poł. XIV w.) może się on pochwalić świetną i bogatą historią. Oczywistym jest, że w czasie tak długich dziejów powstało wiele zagadek i tajemnic związanych z tym obiektem. Jedną z nich są kościelne podziemia…     

Wieża świdnickiej katedry na tle zachodzącego słońca (foto: A. Dobkiewicz)

Do napisania tego artykułu i próby odpowiedzi w oparciu o zachowane i dostępne mi źródła historyczne skłoniło mnie odkrycie, jakiego kilkanaście lat temu dokonano podczas ściągania ostatnich ławek nawy głównej, znajdujących się naprzeciw głównego wejścia do kościoła pod chórem organowym. Odkryto bowiem wówczas wspaniale zachowaną, prostą, kamienną tablicę nagrobną, ozdobioną jedynie znakiem wykutego na niej krzyża. Bez wątpienia mamy do czynienia ze starym, niezwykle wręcz starym nagrobkiem, pochodzącym z okresu średniowiecza. Do kogo należał, nie wiadomo, nie zachowały się bowiem na nim żadne inskrypcje. Można jedynie podejrzewać, że zmarły nie należał do pośledniego stanu. Wskazuje na to zarówno forma nagrobka – duża granitowa płyta, jak i miejsce pochówku, tj. główna nawa kościoła farnego. Mógł być bardzo bogatym mieszczaninem, członkiem tutejszego patrycjatu, bądź też duchownym, co wydaje się nawet bardziej prawdopodobne. 

Sam fakt istnienia grobowców we wnętrzu świdnickiej katedry, dawnej świdnickiej fary, nie powinien szczególnie dziwić. W czasach średniowiecza to właśnie kościoły były w pierwszym rzędzie nekropoliami. Wiązało się to z prastarymi wierzeniami, że w dzień Sądu Ostatecznego wszyscy zmarli zmartwychwstaną i w związku z tym powinni znajdować się jak najbliżej samego Chrystusa. Chrystusa pojmowano bardzo dosłownie jako Przenajświętszy Sakrament, stąd już tylko był krok do przekonania, że w związku z tym w czasie Sądu Ostatecznego należy przebywać jak najbliżej samego Przenajświętszego Sakramentu. Jako że ten ostatni przechowywano w owym czasie w specjalnym sakramentarium bądź też w tabernakulum, umieszczanym zwykle w prezbiterium po stronie ewangelii (miejsce w prezbiterium na lewo od ołtarza, skąd w czasie mszy świętej odczytywano ewangelię), dlatego też pierwsze grobowce powinny znaleźć się w jego okolicy.

Krypta pod ołtarzem głównym (foto: A. Dobkiewicz)

Tak się też stało. Pod prezbiterium nawy głównej kościoła powstawały krypty, czyli miejsca gdzie chowano osoby szczególnie zasłużone, przede wszystkim władców poszczególnych terytoriów, czyli książąt lub hrabiów, jak i członków wyższego duchowieństwa. W świdnickim kościele katedralnym mamy tego typu kryptę pod głównym ołtarzem, która jak wynika ze źródeł, służyła za grobowiec.

W tym kontekście jako zupełne nieporozumienie należy uznać twierdzenie, czy też przypuszczenie, nieżyjącego już świdnickiego emerytowanego nauczyciela, zarazem autora Przewodnika po kościele św. Stanisława i św. Wacława – Edmunda Nawrockiego w oparciu o sugestie pewnego naukowca z dawnej NRD, że mógł tu zostać pochowany któryś ze świdnickich książąt. Jak wiadomo wszyscy oni pochowani zostali w kościele klasztornym w Krzeszowie. Wątpliwości istniały jedynie co do osoby księcia Bernarda, gdyż w Krzeszowie nie zachował się jego nagrobek. Z rękopiśmiennych źródeł XVI- i XVII-wiecznych, m.in. rękopisu legnickiego pastora Grünaeusa, znamy jednak treść również nie zachowanego obecnie epitafium tegoż księcia, a zatem wszelkie dywagacje na ten temat zostają tym samym jednoznacznie zakończone.

W krypcie świdnickiej katedry chowano zmarłych duchownych tutejszego kościoła, przede wszystkim tutejszych proboszczów. Ich groby mogły się znaleźć w późniejszym czasie również w obrębie samej nawy głównej kościoła. W nawach bocznych świątyni chowano w średniowieczu przedstawicieli duchowieństwa niższego (wikarych, altarystów, mansionarzy) oraz przedstawicieli bogatych rodzin mieszczańskich. W bocznych kaplicach kościoła grzebano przedstawicieli cechów miejskich, jeżeli tylko kaplica ufundowana została przez któryś z nich (w rzeczywistości chodziło tu zwykle o mistrzów cechowych i tzw. starszych czy też przełożonych cechowych), lub członków rodzin patrycjuszowskich miasta (również z takimi mamy do czynienia w obrębie dawnej świdnickiej fary).

Fragment płyty na zewnątrz świątyni z herbem patrycjuszowskiej rodziny von Monau
(foto: A. Dobkiewicz)
Jedna z płyt nagrobnych leżących przed wejściem do katedry, dziś już starta i niemożliwa do identyfikacji (foto: A. Dobkiewicz)

Plac wokół kościoła służył zwykle jako cmentarz dla osób niższego stanu. Z biegiem czasu jednak chowano na nim przedstawicieli wszystkich klas. Już w 1360 r. cmentarz przy kościele farnym w Świdnicy stał się zbyt mały, aby można było dokonywać na nim dalszych pochówków. Stąd też musiano pomyśleć o założeniu nowego, który powstał ostatecznie na miejscu obecnego Placu 1000-lecia Państwa Polskiego i nosił nazwę św. Mikołaja.

Świdnicki kościół farny [obecna katedra] stawał się powoli nekropolią dla bardzo wąskiego grona osób należących do najwyższych warstw społecznych. Powstanie szeregu kaplic cechowych i patrycjuszowskich jako dobudówek do naw bocznych kościoła wiąże się najprawdopodobniej z powstaniem krypt pod ich podłogą. Był to najprawdopodobniej proces równoległy. Bowiem fundator kaplicy, niezależnie czy był to patrycjusz, czy też jakiś cech miejski, otrzymywał swego rodzaju zawężone prawa patronackie do tej części kościoła  (prawa patronackie do całego kościoła św. Stanisława i św. Wacława należały do wrocławskiego klasztoru klarysek). Wiązało się to z obowiązkami utrzymania kaplicy w dobrym stanie budowlanym, dbaniem o jej wystrój itp. Lecz fundatorzy mieli również pewne prawa; oprócz możliwości słuchania w tym miejscu mszy św., posiadania specjalnej ławki, czy też empory, mogli oni być również pochowani w należącej do nich kaplicy, bądź w jej pobliżu.

I tak rozpoczynając naszą wędrówkę od pierwszej kaplicy przy nawie południowej, czyli kaplicy Marmurowej zwanej też Matki Boskiej Świdnickiej natrafiamy na pierwszą znaną kryptę. Obecna kotłownia (świdnicka katedra posiada bowiem podziemne ogrzewanie nawiewowe) znajdująca się pod kaplicą Marmurową i sąsiadującą z nią następną w kolejności kaplicą św. Józefa powstała w latach 30. XX wieku z połączenia dwóch znajdujących się tu wcześniej krypt.

Ołtarz Matki Boskiej Świdnickiej w kaplicy Marmurowej
(foto: A. Dobkiewicz)

Pod kaplicą Marmurową do czasów kontrreformacji chowano członków świdnickiego cechu rzeźników. Kaplica ta, zanim zmieniła swój wystrój na barokowy, należała do tego cechu. Ze względu na to, że rzeźnicy świdniccy nie chcieli przejść na katolicyzm i woleli pozostać przy luteranizmie, jezuici, którzy w 1629 r. przejęli kościół św. Stanisława i św. Wacława, zabronili im dokonywania pochówków w krypcie znajdującej się pod kaplicą Rzeźników. Czy chowano tu innych ludzi, nie wiadomo. Wydaje się jednak, że nie pozostawała ona pusta.

Pamiętać należy, że za pochówki w kościele, co było sprawą wielkiego prestiżu, trzeba było słono płacić, a jezuici, którzy nie gardzili żadnym, najmniejszym nawet groszem, z pewnością nie pozwoliliby na zmarnowanie się takiej okazji do zarobku.

Druga krypta znajdująca się pod kaplicą św. Józefa należała do świdnickiego cechu kramarzy. Był to kolejny bardzo bogaty cech, który stać było na ufundowanie sobie własnej kaplicy w kościele farnym.

W krypcie znajdującej się pod kaplicą Kramarzy chowano jednak nie tylko przedstawicieli tego cechu, lecz również członków bogatego mieszczaństwa, którzy byli zapewne fundatorami stojących niegdyś we wnętrzu tej kaplicy gotyckich ołtarzy. Wiemy to dzięki informacji na temat znajdującego się tu niegdyś, niezachowanego niestety do dnia dzisiejszego, epitafium świdnickiego patrycjusza Johannesa de Monte.

Kaplica Kramarzy z ołtarzem św. Józefa (foto: A. Dobkiewicz)

Występuje on w źródłach częściej jako Hannos vom Berge. Znany jest m.in. z darowizny 1 grzywny na ołtarz kościoła Bożego Ciała w Świdnicy. Znana jedynie ze źródeł rękopiśmiennych treść tego epitafium w tłumaczeniu na język polski brzmi:

Tu spoczywa zamknięty kamieniem Johannes de Monte. Który za życia był szlachetnym, czcigodnym opiekunem duchowieństwa. W wielkich sprawach był rozważnym radnym. Cieszył się też poparciem całego ludu. Wyruszył ze świata ku gwiazdom w 1494 r., nadto 12 czerwca. Chryste przyjdź z pomocą. Odpuść grzechy, przyjmij do wiecznej szczęśliwości.

A zatem z 1494 r. posiadamy pierwszą pewną wzmiankę na temat pochówku dokonanego w krypcie znajdującej się pod tą kaplicą. Członków cechu kramarzy musiano jednak grzebać tu już znacznie, znacznie wcześniej. Nie posiadamy dokładniejszych danych, ile osób znalazło w tej krypcie swe ostatnie miejsce spoczynku. Wiadomo wszakże, że w latach trzydziestych naszego stulecia, gdy szukano miejsca pod kotłownię, mającą służyć do ogrzewania wnętrza kościoła, znajdowały się w niej jeszcze trumny.

Dzięki umieszczonym na trumnach cynowym tabliczkom inskrypcyjnym wiadomo, czyje zwłoki tu spoczywały. Pierwsza informowała o pani von Scholitz z domu von Karger, która zmarła 9 lutego 1808 r. w wieku 70 lat i kilku dni. Druga tabliczka zawierała znacznie ciekawsze informacje, które nie tylko wiążą się z osobą zmarłego, lecz również przynoszą nieznane fakty na temat likwidacji pewnych krypt (leżących chyba jednak poza obrębem samego kościoła) w okresie budowy umocnień twierdzy świdnickiej w czasach pruskich. Oto jej treść w tłumaczeniu na język polski:

W 1764 r., dnia 2 listopada, zmarła w Panu pani Maria Philippina Peschel, córka pana Philippa Großa, burmistrza miasta Paczkowa. Urodzona tam [czyli w Paczkowie] 15 maja 1738 r., zmarła w wieku 26 lat. 5 listopada jej ciało pochowane zostało w rodzinnej krypcie, którą Dominikus Sebastian Peschel nakazał wznieść dla siebie i dla swej rodziny z tyłu za ołtarzem głównym kościoła, lecz już 6 listopada 1770 r. musiała wraz z trzema jej dziećmi zostać przeniesiona, czyniąc miejsce pod umocnienia twierdzy świdnickiej i przez swego męża przeniesiona została 16 maja 1771 r. do tej krypty.

Na trzeciej tabliczce było napisane:

Tu leży pan Johann Wenzel Alexander Sommerfeld świętej pamięci cesarski poborca podatkowy, który urodził się 14 maja Roku Pańskiego 1696, zmarł 23 kwietnia 1772 r. Ożeniony był z dwiema kobietami, z pierwszą żył w związku małżeńskim 8 lat, z drugą 43 lata. Spłodził 12 własnych dzieci, doczekał się 12 wnucząt. Pochowany został 26 kwietnia. Niechaj Bóg da mu pokój wieczny!

Ostatnia poświęcona była Beacie Prillmayer, z domu Winkler, urodzonej w Milikowicach. Jak dowiadujemy się z inskrypcji:

Zmarła ona 22 marca 1802 r. Urodziła 21 dzieci, z czego tylko dwoje dobrych i pobożnych mogło opłakiwać jej łagodną śmierć.

Jednym z tych dwojga dzieci, jak pisze historyk Hermann Hoffmann, był świdnicki proboszcz Johann Peter Prillmayer. Niestety trumny te zniknęły wraz z powstaniem wspominanej już kotłowni. Najprawdopodobniej przeniesione zostały na cmentarz św. Mikołaja, który istniał przed II wojną światową w pobliżu obecnego placu 1000-lecia Państwa Polskiego i placu Wojska Polskiego.

cdn.

Sobiesław Nowotny

23 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.