Press "Enter" to skip to content

Katastrofy kolejowe pod Świebodzicami

Spread the love

Wielka katastrofa kolejowa, która miała miejsce w 1954 roku w pobliżu Świebodzic, jest jednym z najtragiczniejszych wydarzeń, które zapisały się w historii powojennego kolejnictwa na Dolnym Śląsku. Ale nie jest też jedynym tego typu zdarzeniem, który zdarzyło się w powojennej historii miasta.

Z zachowanych Dzienników wypadków przechowywanych w Jaworzynie Śląskiej wynika, że podobnych kolizji na dworcu PKP w Świebodzicach, bądź w jego pobliżu, było znacznie więcej.

Wypadek kolejowy z 1869 r. wprawdzie można uznać za jedną z większych katastrof w dziejach śląskiego kolejnictwa, to jednak próżno szukać w dzisiejszych opracowaniach jakichkolwiek informacji na jego temat. Lakoniczne przekazy pojawiają się jedynie w prasie z tamtego okresu

23 lutego 1963 roku na torze nr 2 na stacji Świebodzice doszło do najechania pociągu towarowego na inny pociąg towarowy  – zawinił układ hamulcowy. W wyniku tego zdarzenia rannych zostało 3 pracowników kolei, uszkodzono parowóz, wykolejeniu i uszkodzeniu uległo 11 wagonów. Straty materialne oszacowano wówczas na prawie 1 milion złotych.

Inny groźny wypadek wydarzył się niespełna rok później – 16 lutego 1964 roku o godz. 1.15 w nocy. Na trasie Jaworzyna Śląska – Świebodzice, około 50 km drogi kolejowej Wrocław – Wałbrzych, doszło do najechania lokomotywy na tył innego pociągu. Uszkodzone zostały wówczas 2 parowozy i 8 wagonów, zaś straty oszacowano na ponad 500 tysięcy złotych. W wypadku tym rannych zostało również 6 pracowników kolei. Przeprowadzone dochodzenie w tej sprawie wykazało winę dyżurnego ruchu – nierozwaga w kierowaniu ruchem pociągów.

W sumie w latach 50. i 60. XX wieku w Świebodzicach odnotowano co najmniej kilkadziesiąt kolizji torowych i innych zdarzeń kolejowych, np. w 1962 roku wypadki na kolei w Świebodzicach pochłonęły 3 ofiary śmiertelne. Dopiero gdy w latach 70. XX wieku znacznie zaostrzono przepisy i podniesiono kary dla nieostrożnych praco­wników kolei, sytuacja bezpie­czeń­stwa na torach znacznie się po­pra­wiła.

Zanim przejdziemy do najtragiczniejszej katastrofy kolejowej w okolicach Świebodzic warto wspomnieć, że wypadki i katastrofy po 1945 roku nie były jedynymi w historii miasta i jego okolic. Równie przykre zdarzenia związane z kolejnictwem miały tutaj miejsce przed okresem II wojny światowej. Jednym z nich była praktycznie nieznana dzisiaj katastrofa, jaka wydarzyła się nieopodal Świebodzic w 1869 roku. O zdarzeniu pisało kilka niemieckich dzienników z tamtego okresu, m.in. Schweinfurter Anzeiger, Schlesische Zeitung czy Freisinger Tagblatt. To właśnie dzięki nim dowiadujemy się, że: „25 marca tego roku, około godziny 14.30 doszło do dramatycznego wypadku w pobliżu Świebodzic. Jadąca ze Starego Zdroju w kierunku Poniatowa lokomotywa wraz z 10 wagonami węgla nagle stoczyła się z grobli i runęła w dół. Uszkodzone zostały również pozostałe wagony, które zaczęły zderzać się jeden z drugim. W wyniku tych okoliczności śmierć poniosło kilku członków załogi, a kilka kolejnych osób zostało poważnie rannych.” [Źródło: Schweinfurter Anzeiger, nr 2 z kwietnia 1869 roku].

Notatka o katastrofie z 1869 roku ze Schweinfurter Anzeiger

Wprawdzie katastrofa ta miała miejsce kilkanaście kilometrów na południe od granic naszego miasta – pomiędzy Starym Zdrojem (niem. Altwasser) a Poniatowem (Seitendorf) – to jednak prasa pisała o wypadku kolejowym w pobliżu Świebodzic (Freiburg in Schlesien). Obecnie są to dzielnice nieodległego Wałbrzycha, które wówczas stanowiły dwie odrębne miejscowości.

Zagadką, która kiedyś może zostanie zbadana, jest ta związana z lokomotywą parową. Dziś nie wiadomo, jaka ciągnęła skład z węglem, który uległ katastrofie. W grę wchodzić mogą dwie lokomotywy, powszechnie używane wówczas na Śląsku. Pierwsza to parowóz kolei NME (znacjonalizowana Kolei Dolnośląsko-Marchijskiej. Jest to koncepcja parowozu towarowego rozwinięta przez głównego mechanika kolei NME Woehlera w 1853 roku. Maszyny te zbudowano w latach 1856-1867 w ilości 77 egzemplarzy w berlińskich zakładach Borsig, Schwarzkopf i szczecińskim Vulcanie. Inną lokomotywą, jaka mogła być wówczas w użyciu, była maszyna wyprodukowana przez wrocławską firmę Ruffersche Maschinenfabrik, która od 1860 roku do programu produkcyjnego włączyła budowę lokomotyw parowych, m.in. montując angielskie i niemieckie maszyny. Aby podołać produkcji, w zakładzie zainstalowano olbrzymią wytaczarkę cylindrów, w której można było wytaczać cylindry silników parowych o średnicy do 2,8 m i długości do 4,4 m! Zakład wyposażony był także w tokarkę, na której można było obrabiać elementy o średnicy do 6,9 metra! To w zakładzie Ruffera wybudowano pierwszą lokomotywę na Dolnym Śląsku. Przekazano ją Kolejom Górnośląskim 2 stycznia 1861 roku. Po wybudowaniu 43 parowozów Ruffer porzucił jednak produkcję lokomotyw. Być może okazała się ona nierentowna wobec konkurencji większych potentatów z Niemiec.

Wejście do budynku dworca kolejowego w Świebodzicach

Najtragiczniejsze zdarzenie na kolei jak już wspomniano miało miejsce w 1954 roku.

Poranek 24 lutego nie zapowiadał tragedii, jaka niebawem miała się wydarzyć. Planowe kursy pociągów – pomimo zimowej pory – przebiegały dość sprawnie. Tak było przynajmniej do czasu, kiedy przed godziną 10.00 wyruszył z Wałbrzycha w swój tragiczny kurs pociąg towarowy o numerze 3388. Problemy z feralnym parowozem, który ciągnął cały skład towarowy, zaczęły się zaraz po opuszczeniu stolicy Zagłębia Wałbrzyskiego.

Niesprawny układ hamulcowy spowodował, że maszynista nie mógł w pełni kontrolować osiąganej przez maszynę prędkości, toteż około godziny 10.12 rozpędzony pociąg minął stację kolejową w Świebodzicach i wszedł tuż za nią w niebezpieczny, ostry zakręt. Pech chciał, że akurat na tym wirażu parowóz ciągnący skład towarowy z Wałbrzycha zaczął mijać się z nadjeżdżającym z naprzeciwka pociągiem osobowym (nr 6631).

W tym miejscu nastąpił tragiczny finał jazdy obu pociągów. W pewnym momencie wykoleiły się pierwsze wagony ze składu towarowego, które z ogromną siłą uderzyły w bok pociągu nadjeżdżającego od strony Jaworzyny Śląskiej. Wedle relacji siła uderzenia miała być tak potężna, że ogromne kłody drewna, które były przewożone przez skład towarowy, z niszczycielską siłą zgniatały wagony osobowe.

W katastrofie tej zginęło 7 osób – 3 pracowników kolei i 4 pasażerów, a około 40 zostało poważnie rannych, w tym 22 osoby znalazły się w stanie krytycznym i bardzo ciężkim. Niemal całkowitemu zni­sz­czeniu uległo 5 wagonów osobowych oraz jeden z parowozów.

Wieści o głośnym wypadku koło dworca kolejowego bardzo szybko obiegły całe miasto. Wielu mieszkańców z trwogą kierowało się w stronę miejsca zdarzenia, chcąc zobaczyć skalę zniszczeń i być może zaoferować pomoc. Jednak szczelny kordon wojska, jaki otoczył świebodzicką stację, uniemożliwiał skuteczne przedostanie się osób niepo­żą­danych. O rozmiarach tragedii świadczyła ogromna liczba karetek pogotowia ściągniętych z całego regionu, które nieprzerwanie przejeżdżały przez miasto.

Stacja kolejowa w Świebodzicach po przeprowadzonych w ostatnich latach remontach

W akcji niesienia pomocy rannym i poszkodowanym w tym tragicznym wypadku brała udział m.in. Zofia Marzec-Nossel, która po latach tak wspominała ten dzień:

24 lutego 1954 roku zaczął się jak każdy. Tak jak codziennie, rozpoczęłam dzień pracy w przychodni przyzakładowej. Pracowałam tam zaledwie od pięciu miesięcy jako felczer. Od początku mojej pracy szkoliłam drużynę sanitarną, składającą się z ok. 30 młodych kobiet i kilkunastu mężczyzn ochotników zarówno z Rafio, jak i z Fabryki Mebli. Nigdy nie pomy­ślałam, jak bardzo już wkrótce owo szkolenie będzie potrzebne, gdy tak blisko rozegra się straszliwa tragedia, o której nawet dziś, choć minęło 55 lat, opowiadać nie jest mi łatwo…

Około godziny 11.00 przechodziłam z Fabryki Mebli do Rafio. Do dworca kolejowego zbliżały się z przeciwnych stron dwa pociągi: pośpieszny z Warszawy i towarowy od strony Wałbrzycha. Na platformach pociągu towarowego leżały ogromne pnie drzew spięte łańcuchami. Oba pociągi mijały zakręt, gdy nagle owe potężne bale, uwolnione z zabezpieczeń, uderzyły z niebywałą siłą w wagony pociągu osobowego wypełnionego podróżnymi.

Widziałam to na własne oczy i obraz ten pozostanie ze mną na zawsze, bo widzę go wciąż dokładnie, choć minęło ponad pół wieku. Wagony towarowe stawały pionowo, jak lekkie zabawki. Pnie drzew toczyły się po torowiskach, inne uderzały w wagony osobowe, przecinając wagon sypialny, I klasy i częściowo trzeci wagon, niszcząc lokomotywę. Te wagony stały jakby wciśnięte w ziemię, a wejścia do nich znalazły się na poziomie chodników peronu, boczne ściany zostały oderwane i zmiażdżone. Pasażerowie, którzy stali na korytarzu, zginęli. W przedziałach ławki z prawej i lewej strony były prawie złączone ze sobą. Wszyscy ludzie znajdujący się w przedziałach doznali otwartych złamań i bardzo ciężkich obrażeń. Słyszałam rozpaczliwe, pełne bólu krzyki ludzi. Wbiegłam do zakładu i natychmiast rozpoczęłam organizowanie akcji ratunkowej, w czym pomogła ogromnie ówczesna pani dyrektor.

Gdy z drużyną ratowniczą dobiegliśmy na miejsce katastrofy, część rannych została już wyniesiona i ułożona obok rozbitych wagonów. Zabitych ułożo­no w szeregu. Widok był makabry­czny. Ofiary katastrofy wy­nosili młodzi mężczyźni, jed­na­kowo ubrani. Gdy zorientowali się, że przybywa pomoc, wszyscy zniknęli cicho i nie wiadomo kiedy. Dopiero potem okazało się, że byli to więźniowie lotnicy, których wieziono do pracy w kopalni uranu w Kowarach.

Budynek dworca klejowego od strony peronów stacyjnych

Pasażerowie z nieuszkodzonych wagonów udali się (jak mi potem powiedziano) do kościoła, aby podziękować Bogu za uratowanie życia. Trzeba było natychmiast zająć się rannymi. Leżeli na ziemi, wszyscy z otwartymi ranami, z wystającymi ułamkami kości, w pozycji podkurczonych nóg. W takich pozycjach musieli być wyciągani spomiędzy zaciśniętych ławek, które ich okaleczyły. Do ułożenia ich na twardym podłożu użyliśmy drewnianych palet tzn. surowych drzwi montowanych w sąsiednich zakładach mebli, znoszonych przez robotników.

Trzeba było też jak najszybciej zatamować krwotoki z rozerwanych tętnic. Nie mieliśmy jednak odpowiednich opasek. Użyłam do tego pończoch, które kobiety z Rafio zdjęły z nóg.

 Pamiętam, jakby to było wczoraj, mężczyznę biegnącego z naręczem damskich pończoch. Co 10-15 minut podchodziłam do rannych, by zwolnić ucisk, umo­żli­wić przepływ krwi. Przypomi­na­ły mi o tym pielęgniarki za­trudnione w Fabryce Mebli i Rafio. Każdy z rannych otrzymywał leki przeciwbólowe i uspo­kajające, które dostarczała apteka ze Świebodzic.

Po 30-40 minutach zaczęły przyjeżdżać karetki, było ich bardzo dużo. Stały w długim szeregu, czekając na swoją kolej, ale żaden z lekarzy nie wysiadł z samochodu i nie pomógł mi przy rannych. Do dziś nie wiem, dlaczego, tak jak nie wiem, dlaczego nie uzyskałam pomocy od dwóch lekarzy, ordynujących wówczas w Świebodzicach.

Akcja ratownicza zakończyła się około godziny 16.00. Ranni odjechali do pobliskich szpitali, każdy przygotowany do transpor­tu, unieruchomiony na drew­nia­nej palecie, z opaską uci­sko­wą poniżej krwawiących ran podudzi, z wałkiem pod podkurczonymi nogami. Te wałki kobiety zrobiły z konopi dostar­czo­nych z pobliskiego Defalinu i tkanin z Rafio. Jeszcze raz potrzeba stała się matką wynalazków. Zabitych przewieziono do kaplicy cmentarnej.

Zapadał wczesny zmierzch i po pewnym momencie zorientowałam się, że jestem sama, jakby na polu bitwy. Podszedł do mnie jakiś kolejarz i zapytał, czy chcę zobaczyć lokomotywę? Poszłam za nim i ujrzałam widok tak przerażający, że nie mogę go opisać. Mogę tylko powiedzieć tyle, że lokomotywa została zgnieciona jak harmonijka, a przecież wewnątrz też byli ludzie.

Na miejscu tragedii nikogo już nie było. Wracałam do domu na ulicę Pstrowskiego (dziś Skłodowskiej) w ubraniu przesiąkniętym całkowicie ludzką krwią. Nikt nie okrył mnie nawet prześcieradłem. Nie poszłam do mojego mieszkania, ale do sąsia­dek, pani Zofii i Lucyny Szable. One przygotowały mi kąpiel i rozebrały ze sztywnego od lu­dzkiej krwi ubrania, które potem spalono.

Dziś chyba jedyną pamiątką po tamtym tragicznym wypadku jest charakterystyczna nazwa zakrętu kolejowego, jaki znajduje się na około 57,5 km trasy Wrocław-Wałbrzych. Określany jest mianem zakrętu śmierci

Dopiero druga kąpiel pozwoliła mi się dokładnie umyć, pierwsza woda była czerwona od krwi. Potem zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie było przygotowane łóżko ze świeżą pościelą i termoforem pod kołdrą. W pokoju było ciemno, odchyliłam kołdrę i usiadłam na tym termoforze i wydało mi się, że usiadłam na głowie człowieka, którą odciętą od tułowia trzymałam w rękach na peronie. Krzyknęłam przeraźliwie i wtedy dopiero dostałam ataku płaczu. Myślę, że miałam szczęście, gdyż ze łzami spłynęło całe niewyobrażalne napięcie, w jakim byłam od momentu zetknięcia się z ofiarami wypadku. 

Tyle relacja Zofii Marzec-Nossel. Wśród innych, nie tak szczegółowych wspomnień, mówiących o tragedii, potwornym zamieszaniu i chaosie w mieście, są i takie, które wspominają o obrabowywaniu tych, którzy zginęli i rannych. Władze oficjalnie milczały o katastrofie. W mediach nie pojawiły się żadne relacje z niej. Jak do tej pory nie są znane też żadne zdjęcia z tej katastrofy.

Dziś chyba jedyną pamiątką po tamtym tragicznym wypadku jest charakterystyczna nazwa zakrętu kolejowego, jaki znajduje się na około 57,5 km trasy Wrocław-Wałbrzych. Określany jest mianem zakrętu śmierci, co dla wielu naj­star­szych mieszkańców Świebodzic na zawsze będzie się kojarzyć z dramatycznym epizodem z 1954 roku.

Rafał Wietrzyński

9 LIKES

One Comment

  1. Teresa.wadas Teresa.wadas 17 grudnia 2025

    Pamiętam tą straszną katastrofę, dziękuję Rafał za przypomnienie i szczegóły tego wypadku. Wielkie uznanie dla Pani Zosi ❤️❤️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.