Press "Enter" to skip to content

Napad na Ernę Hansel (cz. 1)

Spread the love

Alkohol stał się przyczyną nieszczęścia, jakie dotknęło polskich osadników w świebodzickich Cierniach w 1946 roku.

Powojenna rzeczywistość, w jakiej znaleźli się przesiedlani na Dolny Śląsk mieszkańcy innych rejonów Polski oraz kresowiacy, nie była łatwa. Zagospodarowywanie ziem zachodnich, oprócz problematyki związanej z organizacją życia nowych mieszkańców i zaspokojeniem im ich najprostszych potrzeb, napotykało na ogromne trudności na wielu innych płaszczyznach. Na obiektywne trudności związane ze zniszczeniem Dolnego Śląska, powszechnym rabunkiem, szabrem i panoszeniem się sowietów, dochodziły także skomplikowane relacje przybywających tu osadników z autochtonami, osobami narodowości niemieckiej.

Pierwsi uważali, że trauma drugiej wojny światowej, doznane cierpienia i krzywdy, a w końcu poczucie, że są zwycięzcami moralnymi i fizycznymi w tym konflikcie, jest wystarczającym powodem do zajmowania niemieckiego majątku w każdej postaci i w każdy sposób. Taka postawa – usprawiedliwiona wspomnianymi powyżej czynnikami – powodowała jednak, że oprócz zalegalizowanych przez tworzącą się administrację działań związanych z zasiedlaniem ziem zachodnich, miało miejsca także samowolne, niezgodne z prawem postępowanie nowych mieszkańców Dolnego Śląska. Zazwyczaj było to związane z rabunkami dokonywanymi na szkodę niemieckich autochtonów. Ich sprawcami były nie tylko osoby cywilne, ale bardzo często funkcjonariusze milicji obywatelskiej czy urzędu bezpieczeństwa publicznego, wykorzystujący posiadaną władzę. Osobnym tematem, chociaż związanym z grabieżą, były rabunki dokonywane na osobach cywilnych wszystkich narodowości przez żołnierzy sowieckich.

Dla tworzącej się na obszarach włączonych do Polski komunistycznej władzy te nielegalne działania stanowiły pewnego rodzaju problem. Z jednej strony obawiano się zarzutów o chronienie autochtonów kosztem polskich osadników, z drugiej strony, chcąc zapanować nad nimi i umocnić komunistyczną władzę, nie mogły one sobie pozwolić na całkowitą samowolę osadników. Wzięcie ich w karby i zdyscyplinowanie oraz zasianie strachu przed próbami podważania tworzonego systemu społeczno-politycznego i pojmowanej na komunistyczny sposób „praworządności”, było ważnym zadaniem do zrealizowania. Dlatego dość często zdarzały się przypadki, kiedy sprawcy rabunków dokonywanych na osobach narodowości niemieckiej byli aresztowani i stawali przed sądem.

Dom, w którym mieszkała w Cierniach Erna Hansel

Zachowały się dokumenty sądowe dotyczące jednego z takich rabunków, który miał miejsce w lutym 1946 roku w Cierniach – wówczas nazywanych Cyrla, obecnie dzielnicy Świebodzic. Podobne sprawy – które także opiszemy – znane są także ze Świdnicy i innych miejscowości powiatu świdnickiego. Opisy tych spraw świetnie ukazują stosunki społeczne w pierwszych miesiącach powojennych i życie polskich osadników.

Erna Hansel mieszkała w Cierniach od urodzenia. Według danych z protokołu jej przesłuchania na posterunku Milicji Obywatelskiej we Fryborgu (Świebodzicach) posiadała wykształcenie średnie, nie pracowała jednak w żadnym zawodzie. W rubryce stan cywilny wpisano na formularzu „samotna” co równie dobrze może oznaczać, że była panną lub wdową. Niestety, nie wiemy, w jakim była wieku, bo w protokole błędnie wpisano datę urodzenia: 14.9.1946.

W lutym 1946 roku Erna Hansel zajmowała mieszkanie na I piętrze domu w Cierniach 34. Dół zajmowali polscy osadnicy przybyli z Małopolski – rodzina Jakuba D. (anonimizacja pochodzi od redakcji), z zawodu krawca po 4 klasach szkoły powszechnej. Nie wiemy nic o stosunkach pomiędzy polską rodziną, a Erną Hansel, która w powojennej rzeczywistości przygarnęła swojego starszego krewnego, wujka Paula Springera i razem z nim mieszkała w Cierniach.

O tym, co się stało w nocy 3 lutego 1946 roku dowiadujemy się z zeznania, jakie Erna Hansel złożyła na posterunku milicji obywatelskiej:

„Dnia 3 II 1946 roku o godzinie 3-ciej w nocy, przyszło dwóch osobników do mego mieszkania, którzy zaczęli gwałtownie pukać w drzwi. Na zapytanie kto jest, odpowiedziano mi że Milicja (kryminal policaj), na co ja odpowiadam że otworzę tylko się muszę ubrać. Trwało to jednak osobnikom za długo, więc siłą otwarli drzwi i weszli do mieszkania. Poznałam w nich obywatela B. i D., obaj ci mężczyźni byli w stanie podchmielonym. W mieszkaniu przedstawił się obywatel B., że jest Sołtysem. Zabrali się oni zaraz do pakowania bielizny do worka, następnie odebrali dokumenty memu wujowi i rozkazali mu zanieść ten worek pod nr 48.”

Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu sprawców napadu

Podobne zeznanie złożył wuj Erny – murarz z zawodu Paul Springer, uzupełniając je o to, co stało się potem:

„(…) Mnie natomiast zabrali dowody osobiste i rozkazali mi nieść zabrane rzeczy. Po drodze gnali mnie, żebym szybko szedł, bo jak nie, to mnie chcieli wrzucić do rzeki, która nad drogą przechodziła. Rzeczy te zaniosłem pod nr 48, a potem rozkazali mi iść do domu.”

Co ciekawego, zeznanie potwierdzające te zdarzenia złożyła żona Jakuba D. – jednego z napastników, mieszkająca pod Erną Hansel:

„Dnia 3 II 1946 roku o godz. 3-ciej w nocy obudziła mnie Niemka Erna Hansel, która mówiła, że u niej do góry w mieszkanie przyszło dwóch mężczyzn i zabierają jej bieliznę, wiec prosiła mnie żebym przyszła jej z pomocą. Ja poszłam natychmiast do góry gdzie poznałam swego męża, a odezwałam się do obywatela B., czego szukają. To odpowiedział mi że broni. Tymczasem jednak pakowali do worka bieliznę, a mnie schwycił obywatel B. za rękę i zepchnął mnie z schodów na dół mówiąc, że nie mam tam nic do szukania. Ja ze strachu od podchmielonych już więcej do góry nie poszłam. Dopiero o godz. 4-tej rano przyniósł mój mąż paczkę w której były rzeczy, te które się przed godziną dzielili. Ja tą paczkę natychmiast, oddałam właścicielce.”

Jak wynikało z przesłuchań kolejnych osób, między innymi brata jednego z napastników – Michała D., obaj mężczyźni przynieśli zrabowane Ernie Hansel rzeczy do jego domu pod nr. 48. Powiedzieli mu, że schwytali Niemca na drodze i zarekwirowali mu te rzeczy. Po spisaniu fikcyjnego protokołu wysypali zawartość ukradzionego worka na stół i zaczęli się nią dzielić, zabierając lepsze rzeczy, a gorsze wrzucając pod stół. Dalej Michał D. zeznawał:

„O godz. 9-tej dowiedziałem się, że rzeczy te są pochodzenia z kradzieży, więc zawinąłem wszystkie pozostałe rzeczy, które chciałem odnieść do B., na co on jak raz wchodzi. Ja natomiast rzuciłem te rzeczy jemu pod nogi mówiąc, zabieraj sobie, te rzeczy są kradzione. Na to wchodzi Sołtys, któremu zaraz meldowałem, a Sołtys meldował do M.O. w Fryborku.”

Rzeczywiście dowiedziawszy się o całym zajściu Sołtys Cierni – Ignacy Kalisz (Ciernie nr 51) zameldował o dokonanym napadzie.

Obaj sprawcy – Jakub D. oraz Józef B. zostali zatrzymani jeszcze tego samego dnia i przetransportowani do Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Świdnicy. Tutaj 4 lutego sporządzone zostały dwa akty oskarżenia przeciwko napastnikom, które skierowano do Sądu Grodzkiego w Świdnicy. 5 lutego o godz. 14.00 obaj zostali przetransportowani z aresztu Komendy Powiatowej MO i osadzeni w więzieniu w Świdnicy.

Pismo mecenasa Jana Myszki w sprawie obrony oskarżonych i ich prośby o powołanie świadków

Podczas przesłuchania obaj przyznali się do zarzucanego im czynu, chociaż powody takiego zachowania i przebieg zdarzenia tłumaczyli nieco inaczej.

„W nocy z 2 na 3 lutego 1946 roku, z soboty na niedzielę, będąc po całodziennej uczcie weselnej u znajomych, kompletnie pijany, spotkałem się z Jakubem D., który również był podchmielony. D. zaczął użalać się przede mną na Niemkę, byłą właścicielką gospodarstwa, na którym został osiedlony. Niemka ta dotychczas mieszkała w tym samym domu tylko na piętrze. D. zajmuje parter. Do Niemki tej miał przychodzić jej brat i każdorazowo po jego pobycie Niemka stawała się coraz gorsza. Na moje pytanie czy brat Niemki tej nocy jest u niej D. przypuszczał, że może być obecny. Wówczas zaproponowałem udanie się do Niemki dla sprawdzenia i wylegitymowania przychodzącego do niej Niemca. na nasze pukania i żądanie otworzenia drzwi Niemka, której nazwiska nie znam powiedziała, że drzwi nie otworzy bo my jesteśmy pijani. Na to powiedziałem, że jeżeli nie otworzy drzwi to wezwiemy milicję, a ona pójdzie do kryminału. Zaprzeczam, abyśmy mówili, że to my jesteśmy milicją kryminalną. Przy szarpaniu drzwi spadły one z zawiasów, wówczas weszliśmy z D. do mieszkania. Rzeczywiście zastaliśmy tam Niemca, który prawdopodobnie nie jest jej bratem. Sprawdziliśmy jego dokumenty  stwierdzające, że pochodzi z Wałbrzycha. Zobaczyliśmy, że u Niemki jest także dużo rzeczy w magazynie, na co D. powiedział, że jego dzieci nie mają się czym przykryć, a tu tyle jest rzeczy zapasowych. Wówczas powiedziałem, to sobie weź. Ja wybrałem wsyp, prześcieradło i bieliznę i kazałem Niemcowi zapakować to do worka, co też zrobił. Sprawdziłem też, że szafy były pełne ubrań męskich, lecz nic z tego nie wzięliśmy. Worek kazałem wziąć Niemcowi i mieliśmy iść do Sołtysa, ale na propozycję D. poszliśmy do jego brata Michała D. (…)– zeznał Józef B.

6 lutego 1946 roku wydane zostało postanowienie o tymczasowym aresztowaniu Józefa B. i Jakuba D. Obaj osadzeni zostali w więzieniu w Świdnicy. Reprezentował ich znany świdnicki adwokat Jan Grubski, który zwrócił się do prokuratora sądu Okregowego o uwzględnienie kolejnych zeznań świadków oraz samych sprawców, co miałby świadczyć na ich korzyść. Mecenas Grubski w piśmie do prokuratora, na podstawie informacji od swoich klientów, próbował zastosować linię obrony, że byli oni kompletnie niepoczytalni w momencie dokonania rabunku:

Osadnicy, którzy podpisali się pod opinią o sprawcach napadu

„Krytycznego dnia odbywało się wesele w Kunzendorfie [od red. Obecnie Mokrzeszów], odległem około 4 km od Cyrli. Na tym weselu chwile byl B., gdzie wypił około 1/2 1 wódki. Wracając z Kunzendorfu do Cyrli zetknął się po drodze z Jakubem D., z którym i jego żoną udał się do brata D., gdzie wypili około 3/4 1 wódki. Stamtąd wyszli i udali się do piekarza Bercala, gdzie wypili znowu około 1/2 1 wódki i po jednym piwie. Wieczorem tego samego dnia udali się do drugiego piekarza Stanisława Świtały i będąc już dobrze pijanymi wołali o wódkę, on jednak dał im po setkowym kielichu, który wypili, a gdy więcej nie chciał im dać, mając swoja wódkę około 1/2 1 wypili ją u tego piekarza. Stamtąd już dobrze pijani udali się do domu Jakuba D., gdzie też pili wódkę i lemoniadę. Tu już byli prawie kompletnie pijani tak, że nie wiedzieli, co robią. Co się dalej działo, tego nie pamiętają.”

Tłumaczenia upiciem niewiele dały, bo 12 lutego 1946 roku prokurator Sądu Okręgowego skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko Jakubowi D. i Józefowi B. Jednocześnie rozpoczęły się próby wydobycia obu oskarżonych z aresztu tymczasowego. Mecenas Jan Grubski wnioskował 28 lutego o zwolnienie obu oskarżonych z aresztu za kaucją na co sąd nie przystał argumentując, że wprawdzie ich sprawa trwa na drodze postępowania zwyczajnego i nie grozi im kara śmierci, ale za dokonany czyn przewidziano w kodeksie karnym karę nawet do 15 lat więzienia! Zachodziła też obawa, że obaj oskarżeni na wolności mogą namówić świadków do składania fałszywych zeznań. Za sprawcami napadu na Ernę Hansel ujęli się też mieszkańcy Cyrli, którzy 13 marca wystosowali pismo do Sądu Okręgowego w Świdnicy z prośbą o zwolnienie obu oskarżonych. W prośbie tej czytamy między innymi:

„Oświadczamy, że wymienieni, jak ich w tutejszej gromadzie znamy, popełnili karygodny czyn pierwszy raz i to w stanie  „nie czczwem”  [od red. nietrzeźwym], przez cały czas pobytu w tutejszej gromadzie Cyrla do czasu aresztowania zachowywali się nienagannie. Co stwierdził Urząd gromady Cyrla i my niżej podpisanie osadnicy”. Po pismem widniały 52 podpisy mieszkańców Cierni.

cdn.

Redakcja

7 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.