W dniu 18 marca, w wieku 89 lat zmarł wybitny sportowiec ziemi świdnickiej, kolarz szosowy Józef Beker.
Urodził się 28 marca 1937 roku w Starym Mieście pod Tarnopolem. Po II wojnie światowej razem z rodziną przyjechał na Dolny Śląsk. Osiedli w Mokrzeszowie w gminie Świdnica. W 1954 roku ukończył zasadniczą szkołę metalową, zdobywając zawód tokarza. Swoją karierę sportową rozpoczął w barwach klubu Victoria Świebodzice (1957) i Odry Brzeg (1960 rok), potem formalnie reprezentował Ludowy Klub Sportowy z Mokrzeszowa (1961-1963), a następnie LZS Dolny Śląsk (1964-1970). Był wychowankiem trenerów – Józefa Tropaczyńskiego, Władysława Wandora i Roberta Nowoczka.

Mimo, iż swoją przygodę z kolarstwie rozpoczął dopiero w 1957 roku w wieku 20 lat, bardzo szybko, dzięki żelaznej dyscyplinie i tytanicznej pracy zaczął osiągać sukcesy i to nie tylko na arenie krajowej. To dzięki nim w 1960 roku miał dużą szansę aby wyjechać na Olimpiadę do Rzymu, coś tam jednak nie zagrało i ostatecznie nie otrzymał od komunistycznych władz PRL paszportu. Rok później jego dominacja na krajowym podwórku sprawiła, że uznany został za najlepszego kolarza szosowego w kraju w klasyfikacji Polskiego Związku Kolarskiego i rankingu Przeglądu Sportowego. To był czas, kiedy uznawany był za największy talent polskiego kolarstwa, a potwierdzały to kolejne sukcesy jakie osiągał. Był między innymi Mistrzem Polski w szosowym wyścigu drużynowym (1961 rok) i wicemistrzem kraju w wyścigu górskim (1966 rok); zwycięzcą Tour de Pologne w 1965 roku, a w pozostałych startach w tym wyścigu zajmował lokaty w ścisłej czołówce: w 1961 roku – 9. miejsce, w 1962 – 6. miejsce, w 1963 – 3. miejsce i w 1966 – 6. miejsce. Był także 3-krotnym uczestnikiem Wyścigu Pokoju (1961 – 30. miejsce, 1962 – 21. miejsce, 1963 – wycofał się na skutek kontuzji). Podczas tego ostatniego wyścigu, jako pierwszy w historii kolarz reprezentujący Ludowe Zespoły Sportowe wygrał etap w Zielonej Górze (19 maja 1963 roku).
Pięciokrotnie brał udział w Mistrzostwach Świata w latach 1961-1964 i w 1966 roku. Podczas tych mistrzostw, w 1963 roku zajął 5. miejsce w wyścigu drużynowym na 100 kilometrów, a w 1968 roku – 8. miejsce.
Ukoronowaniem jego kariery sportowej była Olimpiada, na którą w końcu pojechał w 1964 roku do Tokio. Tutaj wystartował w wyścigu drużynowym na 100 kilometrów obok Andrzeja Bławdzina, Jana Magiery i Rajmunda Zielińskiego. Nasza reprezentacja zajęła wówczas 11. miejsce na 33 startujące ekipy z czasem 2:31.44,70 (mistrzem olimpijskim została wtedy drużyna Holandii – 2:26.31,19). Rok później, w 1965 roku Józef Beker zajął 2. miejsce w Wyścigu Dookoła Austrii.
Po zakończeniu kariery sportowej zajął się zarabianiem na życie prowadząc własny interes. W Dzierżoniowie na rogu ulic Świdnickiej i Adama Mickiewicza miał punkt z pamiątkami i płytami pocztówkowymi. Póżniej w Świdnicy, na ulicy Łukowej otworzył lodziarnię. Zamieszkał w Bagieńcu w gminie Jaworzyna Śląska. Był dwukrotnie żonaty z Haliną (1967 r.) i Barbarą (1996 rok). Dochował się dwóch córek – Adrianny i Pauli.
***
Msza święta pogrzebowa odbędzie się 27 marca 2026 roku o godzinie 14.00 na cmentarzu w Mokrzeszowie.
Rodzinie i przyjaciołom składamy wyrazy współczucia. Redakcja ŚPH




Wspomnienie o Józefie Bekerze: umarł bohater
Józefa Bekera i jego cudowną żonę Basię poznałam w bardzo trudnym momencie ich życia. To było rok po tym, jak uległ nieszczęśliwemu, bardzo poważnemu wypadkowi. Po upadku z drabiny podczas prac remontowych, uderzył głową w betonowy murek. Wpadł w śpiączkę. Dla 73-letniego mężczyzny mogło to oznaczać śmierć. Ale ciało sportowca nie poddało się tak łatwo. Józef Beker nie tylko wybudził się ze śpiączki i zaczął samodzielnie oddychać, ale po roku intensywnej rehabilitacji zaczął chodzić.
– To cud – mówiła mi wówczas Basia Beker. – Lekarze powiedzieli, że to cud, biorąc pod uwagę doznane obrażenia. Sytuacja rodziny nie była jednak łatwa. Skończyły się pieniądze wydane na rehabilitację, bezowocne były także kilkuletnie starania rodziny o wykupienie dzierżawionego od blisko 30 lat i remontowanego na własny koszt lokalu, w którym Bekerowie prowadzili działalność gospodarczą w Świdnicy.

– Mój mąż jest rozgoryczony – mówiła wówczas pani Basia, z którą siedziałyśmy w ciepłe, wrześniowe popołudnie w ogrodzie w ich domu w Bagieńcu. – Przez tyle lat jako sportowiec promował Polskę za granicą, przez tyle lat popularyzował sport wśród dzieci i młodzieży, przez tyle lat korzystano z jego pomocy, a dziś w chwili trudnej, to samo państwo nie chce mu się odwdzięczyć. Dla męża to bardzo ważne. On już nie może pracować i chciałby zakończyć sprawę, która od kilku lat nie daje mu spokoju.
Wykup lokalu, od kilkunastu lat dzierżawionego, remontowanego i prowadzonego stał się czymś ważnym dla człowieka, któremu powoli przychodziło podsumowywać życie.
– Kiedyś jeździłem po całym kraju, spotykałem się z ludźmi, z młodzieżą, wszyscy chcieli się ze mną pokazać, uścisnąć mi rękę. Dziś ja potrzebuję podania ręki. Ale dziś już nie jestem… – mówił ze łzami w oczach podczas tego spotkania pan Józef. Chyba wtedy postanowiłam, że nie zostawię tak tej sprawy. Że trzeba Bekerom po prostu po ludzku pomóc.
W Tygodniku Świdnickim, którego byłam wówczas wydawcą, ukazał się tekst o panu Józefie, i jego heroicznej walce o powrót do normalnego życia, w której tak dzielnie, z takim oddaniem i taką miłością wspierała go pani Basia. Udało się. Zareagowali świdniccy radni, którzy zwrócili się do prezydenta Świdnicy o umożliwienie wykupu przez Bekerów malutkiego lokalu. Prezydent Wojciech Murdzek przychylił się do tej prośby i ostatecznie przypieczętował wieloletnie starania rodziny. Dodatkowo świdnicki samorząd obiecał sfinansować przez dwa kolejne miesiące rehabilitację pana Józefa. Dołączył się także burmistrz Jaworzyny Śląskiej – Grzegorz Grzegorzewicz, na terenie gminy której mieszkali Bekerowie, a który zadeklarował wsparcie finansowe gminy w rehabilitacji.
Efekt? Pan Józef dzięki temu wsparciu, a także byłych kolegów kolarzy i wielu innych ludzi dobrej woli, a przede wszystkim swojej żony Basi – wrócił do zdrowia i zaczął nawet grać w tenisa. A mi do dziś brzmią w uszach słowa, jakie od niej usłyszałam w to wrześniowe popołudnie: – Dla mnie mój mąż był i będzie bohaterem – mówiła pani Basia, w pewnym sensie dla mnie także bohaterka.
Tak. Umarł bohater. Do widzenia Panie Józefie…

Agnieszka Dobkiewicz
5 LIKES





























Jako chłopak miałem okazję rozmawiać z nim, pytał o drogerie chciał wzmocnić sztukę plastrem żeby do domu dojechać. Drugi raz podczas etapu jelenia góra- Zielona Góra wyścig dookoła polski- prowadził peletonk etap przez Bolków. Był przykładem moich zamierzeń.
Spoczywaj w pokoju .
W Bolkowie mieszkał stryj też Józef Becker.