Press "Enter" to skip to content

Wspomnienia Paula Palma (cz. 4): Obcy na Śląsku, obcy w Niemczech

Spread the love

Prezentujemy kolejną część obszernych wspomnień świdniczanina Paula Palma z 1945 roku [poprzednie można przeczytać tutaj: Wspomnienia Paula Palma (cz. 1): Groza zionęła w pustych oknach, Wspomnienia Paula Palma (cz. 2): Erich Puzik – ekumenizm i szacunek i Wspomnienia Paula Palma (cz. 3): Wędrówka do Świebodzic.

Znajdziemy w nich opis sytuacji niemieckich mieszkańców Świdnicy pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu, ale nie tylko. Ze wspomnień tych możemy także dowiedzieć się o atmosferze tamtych dni i o stosunkach panujących między zwycięzcami – w tym wypadku Polakami i przegranymi – Niemcami.

Czytając wspomnienia Paula Palma należy pamiętać, że spisane były przez Niemca, który jako przedstawiciel narodu odpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej, ze wszystkimi jej okropieństwami i ludobójstwem  na czele, czuł rozgoryczenie z powodu klęski i nienawiść do zwycięzców. W tym wypadku skupiła się ona m.in., a może przede wszystkim na Polakach, którzy przybyli na Dolny Śląsk i zaczęli organizować w Świdnicy nowe życie, kosztem ich – Niemców, dotychczasowych mieszkańców jego miasta. Ale gorycz z tego jak przesiedleńcy ze Śląska zostali potraktowani przez mieszkańców rdzennych Niemiec, także wyraźnie przebija się w jego wspomnieniach. Te są dla nas jednak cenne dziś z kilku powodów. Zawierają sporo faktów i szczegółów – niektóre nieznane, a niektóre potwierdzające niezbyt pewne do tej pory informacje z innych źródeł, przez co je w większym stopniu uprawdopodabniają. Wspomnienia Paula Palma są więc interesującym dla nas źródłem historycznym, które poszerza naszą wiedzę o trudnym okresie przeistaczania się niemieckiego Śląska w polski Śląsk i to bez względu na poglądy Palma, chociażby w kwestii negatywnego stosunku do Polaków.

***

Jeżeli dopisywała pogoda zazwyczaj chodziłem z panem Beerem ustronnymi uliczkami na cmentarz parafialny przy Neumühlwerk[1], gdzie na samotnej ławce szukaliśmy ukojenia dla ciała i duszy. Tam przynajmniej byliśmy bezpieczni.

Świdniccy milicjanci w 1945 roku. Widoczne umundurowanie i wyposażenie pochodzące lub przerobione z niemieckich zapasów.

Każdy Niemiec musiał nosić białą opaskę i ponosić karę, jeśli jej nie posiadał. Polacy dokonali wielu aresztowań, a wśród Niemców nie brakowało niegodnych elementów, które nie bały się szpiegować dla Polaków, aresztując Niemców na ulicach i przedstawiając ich Polakom pod fałszywym pretekstem, by następnie wtrącać ich do więzienia na długi czas i to zazwyczaj bez przesłuchania. W szczególności wykazywali się tu niejaki Wenzel i jego pomocnik Geisler![2] Długo i bez żadnych ograniczeń dopuszczali się przestępstw. Wenzel był skazany ponad dwadzieścia razy, często stając przed sądem w Świdnicy, głównie za defraudacje i oszustwa, a jego towarzysz Geisler był nieustającym „przestępczym uczniem” w procesach ławniczych i izbach karnych. Ci dwaj osobnicy wchodzili i wychodzili z polskiego komisariatu, przyprowadzając każdego, kogo nie lubili lub na kim chcieli się zemścić. Nie wahali się nawet znęcać nad swoimi ofiarami na ulicy. W ten sposób Wenzel wytypował do zatrzymania wszystkich urzędników sądowych, z którymi miał do czynienia. Ponieważ wielu przebywało jeszcze w Świdnicy, doprowadził do ich aresztowania. Wśród jego ofiar znaleźli się między innymi dyrektor Sądu Rejonowego Beer, sędzia Sądu Rejonowego Dehmel i starszy prokurator Lorenz. Musieli spędzić odpowiednio od 10 do 12 tygodni w więzieniach policyjnych i sądowych.

Potem zwrócił również uwagę na mnie. Pewnej środy na początku września, późnym popołudniem, szedłem z Inge obok Sedanplatz[3]. Chcieliśmy sprawdzić, czy uda nam się gdzieś kupić mleko. Nagle zawołał mnie mężczyzna, który śpieszył przez plac w naszym kierunku. Zatrzymałem się i natychmiast rozpoznałem Wenzela, który poprosił mnie, żebym poszedł z nim. W odpowiedzi na moje zdziwione pytanie: – Dokąd?, odpowiedział: – Już oni się tym zajmą! Od razu stało się dla mnie jasne, co knuje. Byłem jego więźniem. Stawianie oporu byłoby w tych okolicznościach całkowicie bezcelowe i nierozsądne. Gdyby nie udało mu się mnie samemu obezwładnić, mógłby jedynie wezwać Rosjan, którzy okupowali pobliską Izbę Rzemieślniczo-Handlową[4], a moja sytuacja tylko by się pogorszyła. Poszedłem więc za nim, w towarzystwie Inge, do aresztu policyjnego na Burgplan[5]. Tam Inge musiała mnie zostawić i natychmiast pobiegła do domu, aby powiadomić moją żonę. W drodze do więzienia Wenzel powiedział, że czekał na okazję, żeby mnie aresztować. Teraz nie będę mógł wyrzucić jego akt do kosza. Był to więc czysty akt zemsty, ponieważ wielokrotnie musiałem go przesłuchiwać, gdy przebywał w areszcie sądowym.  Uważał, że sąd nie włączał jego zeznań do akt i dlatego za każdym razem był skazywany.

Świdniccy milicjanci w 1945 roku przed wyruszeniem na patrol.

W tym samym czasie, gdy przybyłem na komisariat, przyprowadzono tam emerytowanego pułkownika Heinkla[6], którego również o coś oskarżono. Po przybyciu skonfiskowano mi zegarek i złotą szpilkę do krawata, po czym zmuszono mnie do stania w kącie z uniesionymi rękami i twarzą zwróconą do ściany. Nie było żadnego przesłuchania ani wyjaśnienia powodów mojego aresztowania. Dwaj donosiciele Wenzel i Geisler, siedzieli przy stole na środku pokoju, na honorowych miejscach. Po dłuższej chwili zaprowadzono mnie do celi, w której siedział już inny więzień. Ponieważ był już wieczór doradził mi zdjęcie okularów na noc, żeby się nie stłukły podczas nocnych bić. Na szczęście tak się nie stało.

W sąsiedniej celi, gdzie przebywali dyrektor urzędu pracy i architekt miejski, ten pierwszy podobno otrzymał dotkliwy policzek. Cała nocna „rewizja” była niczym więcej niż śmieszną farsą Polaków, mającą na celu zastraszenie i znęcanie się nad Niemcami. Drugiego dnia mój współwięzień został przeniesiony, a na jego miejsce trafił pułkownik Heinkel. Dla mnie stanowiło to znaczną poprawę sytuacji.

Nasze współżycie w tym małym pomieszczeniu, przeznaczonym tylko dla jednego więźnia, było pełne wzajemnego szacunku i pomocy. Spędzaliśmy wiele godzin dnia i nocy na ożywionych rozmowach. Ponieważ w celi była tylko jedna prycza, tylko jeden z nas mógł leżeć w nocy na gołym drewnie. Drugi musiał zadowolić się jedynym stołkiem. Nie było koców, mimo że noce były już dość chłodne, a szyba w celi była wybita. Jedzenia było niewiele. Rano dostawaliśmy mały chleb, który musiał wystarczyć na cały dzień i czarną kawę. Na obiad cienką zupę, a wieczorem znowu kawę lub herbatę. Ciągle byliśmy głodni. Pewnego dnia, po umyciu się, gdy udało mi się zajrzeć do cel na dole, zobaczyłem, że w jednej z nich na pryczy leży również nasz wiceprezes, dyrektor Sądu Rejonowego Beer.

Tymczasem w domu moja żona skontaktowała się z naszym proboszczem Puzikiem, który w tym czasie odgrywał ważną rolę w mieście jako przedstawiciel Niemców. Jego energiczne starania w końcu doprowadziły do mojego zwolnienia.  W sobotę żona odebrała mnie z więzienia, pomimo pewnych trudności, jakie wciąż stwarzali funkcjonariusze. Nigdy nie odzyskałem zegarka i spinki do krawata. Poproszono mnie jednak o pisemne oświadczenie, że wszystkie skonfiskowane przedmioty zostały mi zwrócone. Oczywiście tego nie zrobiłem. Pan Heinkel musiał spędzić w więzieniu jeszcze kilka tygodni. Jak później słyszałem, cela była zajęta przez tak wielu więźniów, że ledwo mogli się poruszać.

Siedziba Prokuratury Rejonowej w Świdnicy. Tuż po wojnie znajdowała się tu siedziba Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej.

Życie w domu toczyło się więc dalej, wciąż w tej samej monotonii i strachu przed najbliższą przyszłością. Polacy wielokrotnie próbowali zająć Dom Świętego Jerzego. Bezskutecznie, ponieważ polski proboszcz nas chronił, a dom znajdował się pod administracją kościelną, co oznaczało, że Polacy nie mieli tu prawa wstępu. Mogli tam jedynie odbywać próby śpiewu do nabożeństw. Na razie kontynuowaliśmy nabożeństwa po niemiecku, a solidarność kościelna pozostała nienaruszona. Ale nasze dzieci nie mogły już uczęszczać do szkół, które zostały przejęte przez Polaków.

W Świdnicy wielokrotnie próbowaliśmy odzyskać część naszych rzeczy, które ocaliliśmy i zabraliśmy do Jedliny-Zdrój. Pewnego ranka moja żona i Inge wyruszyły z taczką. Miałem się z nimi spotkać następnego dnia. To była 21-kilometrowa podróż. Dotarły bezpiecznie, spakowały wszystko czego potrzebowały do wozu i wczesnym rankiem następnego dnia wyruszyły do domu. Jednak sześciu polskich milicjantów napotkało ich i pod groźbą kary zmusiło do szybkiego powrotu na posterunek wartowniczy w Jedlinie-Zdrój, gdzie wszystkie rzeczy zostały przeszukane, a najcenniejsze przedmioty skonfiskowane. Traktowanie przez Polaków było wyjątkowo brutalne i odrażające. Niewiele brakowało, aby zatrzymali wszystkie rzeczy.

W końcu zwolnili moją żonę i Inge z tym, co im jeszcze zostało. Ale kiedy dotarli do Zagórza Śląskiego, ponownie wpadli w ręce Polaków. Członek milicji z karabinem i cywil ruszyli za nimi w pościg i zatrzymali ich, wydając rozkaz powrotu. Jednocześnie próbowali przejąć to, co zostało na wozie. Ale moja żona, mimo śmiertelnego zmęczenia długim marszem, stawiła  energiczny opór i nie ruszyła się z miejsca, przygotowana na wszystko. Na prośbę cywila policjant w końcu ją puścił i odszedł. Wkrótce potem, zgodnie z umową, spotkałem żonę i dziecko na ulicy w umówionym miejscu i tak w pod wieczór, wróciliśmy do Świdnicy.

Do Jedliny-Zdrój nie pojechałem z nimi ze  względów bezpieczeństwa. Moja żona i Inge postanowiły jechać same. Z pewnością był to odważny krok. Duża część naszego majątku wciąż znajdowała się w Jedlinie-Zdrój i nie mogliśmy go odzyskać, a pilnie potrzebowaliśmy części z naszych rzeczy, chociażby po to, by zdobyć złotówki z ich sprzedaży. Żebyśmy mogli zarobić na życie. Ale odzyskanie rzeczy – jak opisałem wyżej – było bardzo trudne i ryzykowne. Dlatego większość z nich pozostała w Fundacji Antoniusa w Jedlinie-Zdrój i ostatecznie wpadła w ręce Polaków. Niemcy byli całkowicie bezsilni i pozbawieni praw, a życie w mieście stawało się coraz trudniejsze.

Świdniccy milicjanci przed wejściem do Komendy Miejskiej MO. Zdjęcie z 1945 roku i to samo miejsce obecnie.

Tymczasem w innych regionach Śląska rozpoczęły się już ewakuacje, a przez Świdnicę przejeżdżały długie pociągi wagonów towarowych i bydlęcych, gęsto wypełnione wysiedlonymi rodakami. My również obawialiśmy się, że ten sam los czeka mieszkańców Świdnicy. Mimo to mogliśmy spokojnie świętować Boże Narodzenie, w tradycyjny sposób, aczkolwiek dostosowany do zmienionych okoliczności. Zbliżały się Wielkanoc i Zielone Świątki, a my skrycie żywiliśmy nadzieję, że Świdnica zostanie wyłączona z ewakuacji. Polacy przejęli administrację miasta, a wszystkie urzędy, takie jak sądownictwo, poczta, koleje, urząd skarbowy, urząd celny itp., zostały przez nich obsadzone i działały zgodnie z polskim prawem. Sytuacja Niemców stawała się coraz bardziej dramatyczna.

Na wzmiankę zasługuje jeden przykład okrucieństwa Polaków i wyjęcia spod prawa Niemców. Dzień po moim uwolnieniu, w niedzielę, mój kolega, inspektor Woller[7], wysoki, silny mężczyzna, został aresztowany w swoim mieszkaniu przez donosiciela Wenzela i Polaków, a następnie osadzony w więzieniu. Jednak pozostali mieszkańcy domu szybko wezwali na pomoc pobliskich Rosjan. Widząc to Polacy porzucili swoją ofiarę, jednak wkrótce wrócili i wywlekli Wollera z mieszkania. Następnego ranka jego żona otrzymała wiadomość, że jej mąż zmarł w więzieniu na zawał serca. Natychmiast pobiegła tam i zastała męża leżącego w strasznym stanie. Jego głowa i ramiona były poranione i zakrwawione w wyniku maltretowania, jakiego doznał. Został w nocy dosłownie pobity na śmierć. Jego żona znalazła jego rozbite okulary leżące na podłodze. Pan Beer, który również był tam wówczas więziony powiedział mi kiedyś: – Najstraszniejszą rzeczą w jego życiu było słuchanie krzyków konających tych konających nieszczęśników. Tragiczne jest to, że on [od red. tzn. Woller], który osobiście zawsze stawał w obronie Polaków i potępiał często surowe stosowanie wobec nich niesprawiedliwych praw, został przez nich zamordowany.

W wielu z nas zrodziło się więc skryte pragnienie, że lepiej być ewakuowanymi, niż być nieustannie poddawanymi woli tych Polaków, którzy nie gwarantowali Niemcom ani wolności, ani życia. Oczywiście, chodzi tu przede wszystkim o Polaków z dawnego Królestwa Kongresowego. Polacy na przykład z Warszawy, byli często bardziej wyrozumiali i sprawiedliwi wobec Niemców.[8] Ale ci pierwsi mieli przewagę. Byli komunistami.

Tymczasem to, czego od dawna się obawialiśmy, w końcu się stało. Również w Świdnicy rozpoczęły się ewakuacje. Ulica po ulicy Niemcy byli wyrzucani z domów i mieszkań i z niewielkim bagażem podręcznym, który zgodnie z publicznym ogłoszeniem mogli jeszcze zabrać, pędzeni byli długim pochodem na dworzec kolejowy w Kraszowicach. Tam początkowo miała miejsce tzw. „kontrola” dokonywana przez Polaków. Polegała ona na rewizji wszystkich bagaży Niemców i grzebaniu w nich. Konfiskowano wszystko, co im się podobało lub mogło się im przydać. Był to skandaliczny akt rabunku Niemców, którzy byli całkowicie bezsilni wobec takiego zachowania Polaków. Po kilkudniowym pobycie na stacji Kraszowice, deportacja ostatecznie odbywała się w z wykorzystaniem przepełnionych wagonów towarowych lub bydlęcych, które były kierowane najpierw do strefy wschodniej, a później do strefy zachodniej.

Wysiedlenie Niemców ze Świdnicy 1946 rok.

Nadszedł 1 sierpnia 1946 roku. Nagle, około godziny 8.00 rano, dwóch Polaków pojawiło się przed naszym domem na Kirchplatz[9] i odczytało z listy nazwiska Niemców z Domu Świętego Jerzego, którzy mieli zostać wysiedleni. W ciągu godziny wszyscy mieli być gotowi do wyjazdu na stację Kraszowice. Naszego nazwiska jeszcze nie było na liście, ale ponieważ nie chcieliśmy się rozstawać z innymi znajomymi, a późniejsza ewakuacja i tak była nieuchronna, dobrowolnie dołączyliśmy do transportu. Nasz bagaż, który mieliśmy przygotowany w mieszkaniu od kilku dni, znieśliśmy pośpiesznie na dół i załadowaliśmy go na wózek dany nam przez proboszcza. Zgodnie z ogłoszeniem, każdy mógł zabrać tylko tyle, ile był w stanie unieść. Ilość jedzenia była nawet określona w gramach. Ale oczywiście nie trzymaliśmy się tego i zabraliśmy o wiele więcej niezbędnych dla nas rzeczy. Jedna osoba pomagała drugiej je nieść. Ale Polacy, którzy mieli wprowadzić się po nas, stali już w naszym mieszkaniu, niecierpliwie czekając na nasz wyjazd. Kiedy wszyscy zebraliśmy się na Kirchplatz, aby rozpocząć mozolny marsz na dworzec kolejowy w Kraszowicach, opuszczając w ten sposób z przymusem i z ciężkim sercem naszą Ojczyznę, każdy z nas poczuł potrzebę krótkiej modlitwy w naszym kościele. Błagaliśmy Boga o opiekę i pomoc w mrocznej, niepewnej przyszłości, która teraz nas czekała. Proboszcz Puzik odprawił dla nas nami krótkie, wzruszające nabożeństwo w Kaplicy Marmurowej, dodając nam otuchy i pocieszenia w serdecznych i wzruszających słowach pożegnalnych. Niemal wszyscy mieli ciężkie serca i obawiali się niepewnej przyszłości, która teraz nas czekała.

Droga z bagażem do stacji Kraszowice mająca około 3-4 kilometry długości, była dość uciążliwa ze względu na fatalną, wyboistą nawierzchnię z kostki, a kilka wózków się zepsuło. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, nasz bagaż podróżny wyposażyliśmy w kółka, dzięki czemu mogliśmy go ciągnąć za sobą.

Poruszaliśmy się z wielkim wysiłkiem. Kiedy w końcu dotarliśmy do celu, skierowano nas do dużych, wzniesionych tam baraków, gdzie mieliśmy chwilę poczekać. Potem w końcu rozpoczęła się tak zwana „rewizja”. Za barakami ustawiono długie stoły, które każdy mógł przejść obok, otwierając bagaże i rozkładając ich zawartość na stole przed stojącymi za nimi Polakami. Polacy sami je przeglądali i jak już wyjaśniono, wybierali to, co im się podobało. Przeprowadzono również rewizje osobiste. Pierwszą rzeczą, którą chcieli mi zabrać, był mój złoty zegarek. Ponieważ jednak energicznie powołałem się na publiczne ogłoszenie, że każdy Niemiec ma prawo zabrać zegarek, został mi on zwrócony. W zamian jednak z przeszukanej już walizki zabrano mi  dobry, niebieski garnitur. Moja żona również musiała ostro walczyć z Polką o niebieską sukienkę. O mało nie została przez nią uderzona. Ale sukienki nie oddała. Została poddana dokładnej rewizji osobistej w specjalnym pomieszczeniu, ponieważ podejrzewano, że przewozi pieniądze lub inne wartościowe przedmioty. Oczywiście skonfiskowano również kilka rzeczy z jej walizki i śpiworów. Te ostatnio po prostu rozcięto, ale tylko te najlepsze.

Po zwolnieniu musieliśmy pospiesznie spakować wszystkie powywracane rzeczy z powrotem do walizek, a następnie, obładowani kontynuowaliśmy mozolny marsz do pociągu towarowego stojącego w oddali. W jednym wagonie bydlęcym musiało się zmieścić 36 lub więcej osób, z całym bagażem, które musiały przygotować się do długiej podróży. Wagony były straszliwie ciasne. Nawet bydło nie powinno być przewożone w ten sposób.

Moment wysiedlenia niemieckich mieszkańców Świdnicy na stacji Świdnica Kraszowice w 1946 roku.

Późnym wieczorem długi pociąg ruszył, a w dokumentach kierownika transportu widniał napis: Niemcy Zachodnie. Jechaliśmy przez Legnicę, Żagań i Forst[10]. Nikt nie wiedział dokąd. Z pociągu mogliśmy oglądać okolicę tylko przez szparę w drzwiach i to z ograniczoną widocznością. Siedzieliśmy i leżeliśmy na bagażach, z niecierpliwością oczekując końca podróży. Na małej stacji pociąg nagle się zatrzymał i wszyscy musieliśmy wysiąść i ustawić się w długiej kolejce przed pociągiem. Niemieccy urzędnicy szli wzdłuż pociągu z gumowymi pałkami, zmuszając nas do zajęcia miejsc. Wtedy jeden z nich stanął przed nami i głośno zapytał, dokąd chcemy jechać. Wszyscy krzyknęliśmy: – Do Strefy Zachodniej! Ale nie o to mu chodziło i próbował nam wytłumaczyć, o ile lepiej nam się żyje w Strefie Wschodniej. Tutaj dostawaliśmy tyle gramów mięsa, masła, tłuszczu, chleba itp., podczas gdy w Strefie Zachodniej tylko tyle. Wiedzieliśmy już, że nasz transport został przekierowany i nie będziemy mogli dostać się na Zachód.

I rzeczywiście, wróciliśmy przez Riese[11] i Chemnitz[12], a rano 4 sierpnia zostaliśmy rozładowani we Flöha[13] i pomaszerowaliśmy do Plane, gdzie przeszliśmy dwutygodniową kwarantannę. Zakwaterowano nas w dużej fabryce i traktowano jak więźniów. Strażnik stał przy bramie fabryki i nie chciał nikogo wypuścić. Żywności było mało i początkowo słabej jakości. Dopiero po usilnych skargach do Rosjan nastąpiła niewielka poprawa. Ludzie z Plane często gromadzili się przy bramie na dziedzińcu i próbowali handlować jedzeniem, które przywieźli ze sobą, a które nam oferowali, doskonale wiedząc, że jesteśmy głodni. Warunki sanitarne były również fatalne, a urządzenia w niewiarygodnym stanie. Stamtąd pewnego dnia wysłano nas na odwszawianie, jakby wszyscy uchodźcy ze Śląska, byli zarażeni wszami.

Ponieważ wśród nas był również kapelan ze Świdnicy – Norbert Wenzel, w jednym z dużych, dolnych fabryki pomieszczeń odprawiono kiedyś nabożeństwo. W ten sposób nasze życie za murami odbywało się przez całe dwa tygodnie w całkowitej monotonii i bez urozmaicenia. Często w ciągu dnia musieliśmy schodzić po 90 schodach na dziedziniec, co zawsze było uciążliwe, zwłaszcza że straciliśmy wiele sił z powodu niedostatecznego i ubogiego w tłuszcz pożywienia oraz wysiłku. W końcu, 18 sierpnia w niedzielę zostaliśmy wywiezieni, a 19 sierpnia ponownie wyładowano nas na dworcu kolejowym w Mittweida[14].

***

Dalsza część wspomnień Paula Palma nie dotyczy już Świdnicy i jego wyjazdu z niej. Opisuje rzeczywistość z jaką wysiedleni wysiedleni ze wschodu Niemcy. W trudnych czasach i w zniszczonym przez wojnę kraju nie byli dobrze przyjmowani przez swoich ziomków. Opisuje na przykład sytuację z Mittweidy, gdzie zostali oskarżeni o kradzież ziemniaków z pola:  Burmistrz Mittweidy, po zebraniu nas wszystkich na dziedzińcu pewnego popołudnia, udzielił nam ostrej reprymendy, jakby miał do czynienia tylko ze złodziejami i niebezpiecznymi elementami, i zagroził nam wszystkim surową karą, jeśli inny obywatel miasta złoży mu skargę na takie przestępstwo. Zarządził natychmiastową kontrolę w celu wykrycia wszelkich ukrytych ziemniaków, co okazało się bezskuteczne, i wprowadził godzinę policyjną od godziny 20.00. (…) Jako uchodźcy po prostu nie byliśmy równymi sobie ludźmi. Wielokrotnie odnosiliśmy takie wrażenie.

Ostatecznie 24 sierpnia 88 osób ze Świdnicy trafiło do Schönheide, gdzie zakwaterowano ich w szkole i kazano czekać na mieszkania. Jak pisze Palm: Jednak z tygodnia na tydzień sprawa się opóźniała, ponieważ mieszkańcy podobno nie mieli dla nas miejsca w swoich domach. Stopniowo tylko nielicznym udało się dostać mieszkanie. Dalej Palm opisuje ogromne problemy ze zdobyciem niezbędnych do życia rzeczy – jedzenia, opału, a także bierność władz administracyjnych i mieszkańców Schönheide: Miejscowa ludność oczywiście mogła lepiej się utrzymać, ponieważ w większości posiadała ogrody lub ziemię orną. Nie dzieliła się jednak żadnym ze swoich zapasów.

Palm bezskutecznie próbował dostać się do swojej rodziny w zachodnich Niemczech, która od czasu do czasu mu pomagała, co pozwoliło rodzinie przeżyć. W końcu dzięki znajomościom jeszcze ze Świdnicy otrzymał pracę 1 października 1947 roku w Sądzie Rejonowym w Sondershausen, gdzie pod koniec roku mógł się z rodziną przeprowadzić. Swoje wspomnienia kończy jakie znamiennymi słowami człowieka rozgoryczonego i chyba przegranego: W marcu 1949 roku przeprowadziliśmy się do innego mieszkania i mieliśmy tylko jedno pragnienie: jak najszybszy powrót do ojczyzny. Bo nigdy nie mogliśmy czuć się tu jak w domu. W wieku 67 lat zostałem zwolniony ze służby cywilnej, po 45 latach służby, bez usłyszenia choćby jednego słowa podziękowania czy uznania. Nie byłem członkiem partii, a jako stary urzędnik byłem jedynie tolerowany, ale niechciany. Zamiast ustawowo wymaganej emerytury otrzymałem jedynie skromną emeryturę – zbyt wysoką, by umrzeć, i zbyt niską, by przeżyć. Nastała nowa era, w której my, starzy ludzie, już się nie mieściliśmy.

A. Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny


[1] Chodzi o tzw. Nowy Młyn, obiekt dziś już nieistniejący, znajdujący się niegdyś w pobliżu obecnej Alei Brzozowej, prowadzącej na cmentarz parafialny. W tym wypadku terenem spacerów były pozostałości umocnień twierdzu świdnickiej, tzw. Fleszy Nowomłyńskiej.

[2] Obaj, chociaż brak bliższych danych na ich temat, pojawiają się w wielu powojennych wspomnieniach zarówno Polaków, jak i Niemców.

[3] Obecnie plac Wojska Polskiego.

[4] Dziś budynek Państwowej Szkoły Muzycznej przy alei Niepodległości.

[5] Obecnie ulica Zamkowa. Miejska Komenda Milicji Obywatelskiej miała swoją siedzibę w budynku zajmowanym dziś przez Prokuraturę Rejonową. Areszt mieścił się w piwnicy budynku oraz w osobnym, niewielkim domu obok dużego budynku.

[6] Nie udało się zidentyfikować tej osoby.

[7] Nie udało się zidentyfikować tej osoby.

[8] Niezrozumiała logika i stosowane przez Paula Palma określenia różnych grup społecznych, na które podzielił Polaków w Świdnicy. Za komunistów uważał tych z dawnych ziem tzw. Kongresówki, obejmującej ziemie Królestwa Kongresowego, istniejącego w latach 1815-1832 i powiązanego unią personalną z Rosją. Za „lepszych” uważał mieszkańców Warszawy, która nota bene także wchodziła w skład ziem Królestwa Kongresowego. Zapewne – nie bez racji – dostrzegał w tej drugiej grupie ludzi wykształconych, którzy na ziemiach zachodnich obejmowali ważne funkcje np. w sądownictwie, co rzeczywiście miało miejsce. W świdnickich sądach grodzkim i okręgowym pracowało tuż po wojnie wielu sędziów i prokuratorów oraz adwokatów z przedwojennych doświadczeniem i wykształceniem.

[9] Obecnie plac Świętego Jana Pawła II.

[10] Forst  – miasto we wschodniej części Niemiec w Brandenburgii. Leży nad Nysą Łużycką, której środkiem przebiega granica między Polską i Niemcami.  Liczy około 15 tysięcy mieszkańców.

[11] Riesa – miasto we wschodnich Niemczech, w Saksonii, w powiecie Miśnia.

[12] Chemnitz – miasto na prawach powiatu w południowo-wschodnich Niemczech, w Saksonii, nad rzeką Chemnitz. W latach 1953–1990 nosiło nazwę Karl-Marx-Stadt.

[13] Flöha – miasto w Niemczech, w kraju związkowym Saksonia, w okręgu administracyjnym Chemnitz, w powiecie Mittelsachsen.

[14] Mittweida – miasto we wschodnich Niemczech, w kraju związkowym Saksonia, w okręgu administracyjnym Chemnitz.

5 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.