Prezentujemy kolejną część obszernych wspomnień świdniczanina Paula Palma z 1945 roku [poprzednie można przeczytać tutaj: Wspomnienia Paula Palma (cz. 1): Groza zionęła w pustych oknach i Wspomnienia Paula Palma (cz. 2): Erich Puzik – ekumenizm i szacunek].
Znajdziemy w nich opis sytuacji niemieckich mieszkańców Świdnicy pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu, ale nie tylko. Ze wspomnień tych możemy także dowiedzieć się o atmosferze tamtych dni i o stosunkach panujących między zwycięzcami – w tym wypadku Polakami i przegranymi – Niemcami.
Czytając wspomnienia Paula Palma należy pamiętać, że spisane były przez Niemca, który jako przedstawiciel narodu odpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej, ze wszystkimi jej okropieństwami i ludobójstwem na czele, czuł rozgoryczenie z powodu klęski i nienawiść do zwycięzców. W tym wypadku skupiła się ona m.in., a może przede wszystkim na Polakach, którzy przybyli na Dolny Śląsk i zaczęli organizować w Świdnicy nowe życie, kosztem ich – Niemców, dotychczasowych mieszkańców jego miasta. Ale gorycz z tego jak przesiedleńcy ze Śląska zostali potraktowani przez mieszkańców rdzennych Niemiec, także wyraźnie przebija się w jego wspomnieniach. Te są dla nas jednak cenne dziś z kilku powodów. Zawierają sporo faktów i szczegółów – niektóre nieznane, a niektóre potwierdzające niezbyt pewne do tej pory informacje z innych źródeł, przez co je w większym stopniu uprawdopodabniają. Wspomnienia Paula Palma są więc interesującym dla nas źródłem historycznym, które poszerza naszą wiedzę o trudnym okresie przeistaczania się niemieckiego Śląska w polski Śląsk i to bez względu na poglądy Palma, chociażby w kwestii negatywnego stosunku do Polaków.
***
Pod koniec czerwca otrzymaliśmy rosyjski rozkaz opuszczenia domu w ciągu trzech dni, ponieważ rosyjscy oficerowie mieli się tam wprowadzić za około dwa tygodnie. Zezwolono zabrać tylko najbardziej potrzebne przedmioty, pościel i tym podobne. Meble, dywany i inne wyposażenie mieszkania musiały zostać. Ten los, nawiasem mówiąc, spotkał całą dzielnicę mieszkalną przy Waldenburger Strasse[1], o ile jej mieszkańcy powrócili. Natychmiast zapanował ruch i wszyscy starali się pospiesznie zabrać jak najwięcej rzeczy, aby uchronić je przed Rosjanami.

Najpierw zanieśliśmy nasze rzeczy do mojej szwagierki, pani Scholz, siostry mojej żony, która mieszkała na Königsecke[2] naprzeciwko kościoła katolickiego. Nie mogliśmy jednak zabrać zbyt wiele, ponieważ rosyjscy strażnicy bardzo uważnie nas obserwowali. Ewakuacja musiała zostać zakończona do godziny 18.00 w piątek, 2 lipca[3]. Od tego momentu ulice, o których mowa, były ściśle odgrodzone przez strażników i nikt z nas nie mógł bezpiecznie wrócić do swojego dawnego mieszkania. Byliśmy wtedy jeszcze tak naiwni i ufni, że uwierzyliśmy w rosyjskie zapewnienia, że wrócimy najpóźniej za dwa tygodnie. Niestety, od tamtej pory zostaliśmy wyprowadzeni z błędu.
Nie pozwolono nam długo cieszyć się spokojem i ciszą w naszym nowym miejscu. Rankiem, zaledwie dwa dni później, polska milicja nagle pojawiła się w domu i groźbami zmusiła nas do opuszczenia go i udania się na Friedrichstrasse[4], gdzie mieli się zebrać wszyscy wypędzeni obywatele. Szybko ukryliśmy w mieszkaniu wszystko, co mogliśmy i najlepiej jak potrafiliśmy. Rozeszła się wieść, że miasto ma zostać otwarte dla Polaków na tydzień grabieży. Spakowano żywność, a wszystkie wartościowe przedmioty i inne niezbędne rzeczy, które można było wykorzystać i zabrać, załadowaliśmy na mały wózek oraz do wózka dla lalek Inge, po czym ruszyliśmy w wyznaczonym kierunku. Drzwi musiały zostać otwarte, aby szabrownicy nie mieli kłopotów. Na Friedrichstrasse, na promenadzie, znaleźliśmy już dużą liczbę mieszkańców Świdnicy zgromadzonych ze swoim dobytkiem, którzy wszyscy podzielili ten sam los – zostali wypędzeni. Ale nikt nie wiedział, dokąd mamy jechać. Polacy krzyczeli: „Precz do Görlitz!”. W końcu uformowaliśmy długą kolumnę i ruszyliśmy w kierunku Świebodzic.

Był to nędzny pochód ludzi reprezentujących wszystkie zawody i w różnym wieku: mężczyzn, słabych lub chorych kobiet i dzieci, każdy obładowany ładunkami lub ciągnący jakiś pojazd z dobytkiem. Do tego dochodził palący upał słońca i wysoki, suchy kurz na wyboistej wiejskiej drodze. Tego dnia dotarliśmy tylko do najbliższej wioski Słotwiny, gdzie spędziliśmy noc. Gospodarze w większości udostępnili nam swoje stodoły, w których znaleźliśmy schronienie na noc. Sam się przeziębiłem i znalazłem schronienie u rodziny Pabel wraz z kilkoma innymi osobami. Następnego ranka kontynuowaliśmy marsz w zamkniętej kolumnie do Świebodzic, około 12 km od Świdnicy. To była mozolna wędrówka. Wszyscy musieli sobie pomagać, żeby dotrzymać kroku. Dołączyłem do dużego dwukołowego wozu, na który około 12 osób załadowało swój bagaż, z których część ciągnęła wóz, a inni pomagali go pchać. Do tego dochodził okropny upał i kurz na drodze. Całkowicie wyczerpani, dotarliśmy do Świebodzic tego popołudnia i otrzymaliśmy tymczasowe zakwaterowanie. Miałem szczęście, bo po przyjeździe do Świebodzic spotkałem młodą kobietę, która tam mieszkała i pracowała jako pracownica sądu rejonowego w Świdnicy.
Zaprosiła mnie i moją rodzinę, abyśmy przyjechali i zamieszkali u niej i jej matki, jeśli nie znajdziemy noclegu. Z wdzięcznością przyjęliśmy propozycję i tak znaleźliśmy całkiem wygodne lokum w jej ciasnym mieszkaniu. Starali się, aby nasz pobyt był jak najprzyjemniejszy.
To właśnie tam po raz pierwszy usłyszeliśmy o śmierci naszego kardynała[5] na zamku w Johannesbergu, dokąd udał się za radą swoich lekarzy z Wrocławia. On również nie uniknął bólu zniszczenia swojej rezydencji i czcigodnej katedry wrocławskiej, której zachowaniu i renowacji poświęcił tyle czasu, co przyspieszyło jego śmierć.
Nie wytrzymaliśmy długo w Świebodzicach. Następnego dnia, w czwartek, zebraliśmy się ponownie z bagażami przy wyjeździe z miasta i opuściliśmy Świebodzice tą samą drogą, którą przyjechaliśmy, mając nadzieję jak najszybciej wrócić do Świdnicy. Myśleliśmy, że trzy dni wystarczą Polakom na grabież. Ale myliliśmy się. Gdy szczęśliwie dotarliśmy z powrotem do Słotwiny zakurzoną drogą, Polacy ze Świdnicy nagle rzucili się na nas na rowerach lub pieszo i natychmiast nas odpędzili, strzelając z pistoletów i grożąc gumowymi pałkami. Chociaż wszyscy byliśmy już bardzo wyczerpani, nie mieliśmy innego wyjścia, jak zawrócić i dowlec się z powrotem do Świebodzic. Dotarliśmy tam kompletnie wyczerpani wieczorem. Od razu odwieziono nas do kwatery. Ale nawet wtedy nie mieliśmy wiele spokoju, ponieważ już następnego dnia zaczęły krążyć pogłoski, że mieszkańców Świebodzic czeka ten sam los, co nas. I rzeczywiście, wczesnym sobotnim rankiem zostaliśmy wypędzeni z powrotem na ulice i musieliśmy uciekać jak najszybciej przed Polakami, którzy włamywali się do domów. Dokąd, nikt nie wiedział. Najpierw maszerowaliśmy w długim pochodzie z miasta w kierunku Wałbrzycha. Za miastem Polacy i ich milicja próbowali nas okraść, a wielu osobom odebrano kosztowności, które mieli przy sobie. Każdy, kto dobrowolnie nie oddał tego, czego chciał, był zmuszany do rewizji i odbierano mu rzeczy siłą. Swój złoty zegarek schowałem w nogawce spodni tak sprytnie, że niełatwo go było znaleźć. Po tym napadzie na otwartej ulicy ruszyliśmy dalej, jak najszybciej, ale bez konkretnego celu. Ta droga nie prowadziła do Świdnicy i nikt nie wiedział, czy w ogóle nas gdzieś wpuszczą. Pochód stawał się coraz bardziej rozproszony, ponieważ jedni szli w jedną stronę, inni w drugą, a nasza jedność całkowicie zanikła.

Po wędrówce z inną znaną nam rodziną, wieczorem wróciliśmy do Jedliny-Zdrój, gdzie ponownie zostaliśmy serdecznie przyjęci w Fundacji Antoniusa i wreszcie mogliśmy odpocząć po niewiarygodnym wysiłku w ciągu dnia. Byliśmy całkowicie wyczerpani i ledwo trzymaliśmy się na nogach. Upał i kurz na ulicach, głód i pragnienie, długi marsz z bagażem, a także nerwy i nieustanny strach przed dalszymi grabieżami, okazały się zbyt wyczerpujące dla naszych organizmów. Postanowiliśmy więc zostać na chwilę w spokojnej i przyjaznej Fundacji Antoniusa i całkowicie zregenerować siły przed powrotem do Świdnicy. Pogodziliśmy się już z naszą sytuacją do tego stopnia, że byliśmy przygotowani na wszystko, zwłaszcza że wiedzieliśmy, że w Świdnicy czekają nas tylko nowe, smutne niespodzianki. W Fundacji Antoniusa wciąż odnajdywaliśmy starych znajomych.
Okres pobytu w Fundacji to było dla nas piękne, harmonijne współistnienie, w którym pracujące tam siostry Elżbietanki pomagały nam, jak mogły. Ostatecznie jednak nie mogliśmy zostać w Jedlinie-Zdrój na stałe i po około dwóch tygodniach wróciliśmy do Świdnicy. Moja bratowa wróciła już wcześniej do swojego mieszkania i dawno uporządkowała splądrowany lokal. W szafie brakowało wielu ubrań. To, co innym się spodobało, przepadło. Ale także nasi drodzy niemieccy towarzysze, którzy mogli pozostać w mieście, bo służyli Polakom lub Rosjanom, prawdopodobnie nie wahali się zajrzeć do naszego mieszkania pod naszą nieobecność. Nam również brakowało wielu rzeczy i musieliśmy zadowolić się tym, co nam zostało. Niewiele udało nam się uratować przed Rosjanami, więc stratę, zwłaszcza ubrań, odczuliśmy boleśnie.

Ale nasz pobyt w mieszkaniu mojej szwagierki nie trwał długo. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, a Polacy, których liczba stale rosła z powodu codziennej imigracji, przeszukiwali i konfiskowali domy Niemców. Z tego powodu nikt nie był bezpieczny przed ich wizytami o każdej porze dnia i nocy. Nasze mieszkanie w Königsecke było już na celowniku. Wtedy nasz proboszcz podszedł do mnie i zapytał, czy zgodziłbym się zamieszkać w mieszkaniu w Domu Świętego Jerzego[6]. Było tam jeszcze kilka wolnych mieszkań, ponieważ ich właściciele nie wrócili, i biorąc pod uwagę okoliczności, lepiej byłoby, gdyby zostały zajęte jak najszybciej, aby uniknąć konfiskaty przez Polaków. To nam odpowiadało idealnie i wkrótce przenieśliśmy się do mieszkania ogrodnika cmentarnego Baenscha[7], który został powołany do wojska i którego rodzina mieszkała na Zachodzie. Wkrótce dołączyła do nas rodzina Ginsów[8] i dzieliła z nami to mieszkanie. Rodzina Feige[9] również przeprowadziła się do drugiego mieszkania na tym samym korytarzu, za zgodą proboszcza. Dyrektor Sądu Rejonowego Beer[10], którego Polacy w końcu uwolnili po dziewięciu, czy jedenastu tygodniach aresztu, miał mały pokój nad nami. Dom należał do kościoła katolickiego, więc wszyscy czuliśmy się tam całkiem komfortowo i bezpiecznie, ponieważ Polakom nie wolno było wchodzić do domu bez pozwolenia proboszcza. Polski prałat[11], który również mieszkał na plebanii, chronił nas przed swoimi rodakami, którzy oczywiście również chcieliby się tu osiedlić.
Mijały więc tygodnie i miesiące, zawsze wypełnione niepewnością, strachem i troską o nasz chleb powszedni. My, Niemcy, byliśmy pod tym względem w najgorszej możliwej sytuacji. Nikt się o nas nie troszczył. Tylko sporadycznie otrzymywaliśmy kartki żywnościowe, które pozwalały nam kupować chleb u niektórych piekarzy za nasze niemieckie pieniądze. Masło, mięso czy tłuszcz były dostępne tylko w polskich sklepach za złotówki, a my ich nie mieliśmy. Ale żeby przeżyć, musieliśmy handlować z Rosjanami lub Polakami za złotówki, więc z ciężkim sercem sprzedaliśmy wiele naszych rzeczy, takich jak dwa dywany, garnitur, dwie eleganckie sukienki mojej żony, szlafrok, damski płaszcz, dużą lalkę należącą do Inge, bieliznę, złoty łańcuszek do zegarka, biżuterię mojej żony i wiele innych, takich jak drogie kubki upominkowe i kryształowe przedmioty. Jednak ponieważ ceny żywności były bardzo wysokie, dochody zazwyczaj nie wystarczały na długo. Ludzie nie odważali się już wychodzić do miasta z obawy przed szykanami i aresztowaniem przez Polaków.
Cdn.
A. Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny
Opracowanie powstało w ramach projektu w otwartym konkursie Starostwa Powiatowego w Świdnicy na realizację zadań publicznych w zakresie kultury, sztuki, ochrony dóbr kultury i dziedzictwa narodowego oraz krajoznawstwa.
[1] Obecnie ulica Wałbrzyska. W początkowym okresie po maju 1945 roku, została w całości zamknięta przez sowietów, którzy posterunki wystawili już przy przejeździe kolejowym. Dopiero później „uwolnili” przejazd ulicą, zajmując jednak obiekty po obu jej stronach.
[2] Wyjaśnienie tego określenia znajdą czytelnicy w ostatniej części – post scriptum do niniejszego opracowania.
[3] Pomyłka Palma. 2 lipca 1945 roku wypadał w poniedziałek.
[4] Obecnie ulica Komunardów.
[5] Palm miał na myśli kardynała Adolfa Bertrama (1859-1945).
[6] Chodzi o tzw. St. Georgshaus. To okazały budynek przy obecnym placu Świętego Jana Pawła II nr 2-3, wzniesiony w 1865 roku. Znajdował się tu początkowo szpital św. Elżbiety (do czasu wybudowania budynku przy obecnej ulicy Westerplatte) oraz mieszkania. W 1945 lokale w obiekcie udostępniono uciekinierom, bezdomnym i ofiarom ewakuacji.
[7] Erich Bänsch – zarządca cmentarza, pełnił także funkcję ogrodnika.
[8] Prawdopodobnie chodzi o rodzinę księgowego Bruno Ginschela, który mieszkał przy Grunauerstrasse 2 (obecnie ulica Okrężna).
[9] Rodzina niemożliwa do zidentyfikowania, w Świdnicy mieszkało kilkanaście osób o tym nazwisku o różnych profesjach.
[10] Wspomniany w I części opracowania. Max Beer – dyrektor Sądu Rejonowego.
[11] Palm ma na myśli administratora parafii pw. św. Stanisława i św. Wacława – księdza Stanisława Marchewkę, który ściśle współpracował z niemieckim proboszczem wspomnianym w I części opracowania – Erichem Puzikiem.
5 LIKES














Skomentuj jako pierwszy!