Czytelnikom Świdnickiego Portalu Historycznego prezentujemy obszerne wspomnienia świdniczanina Paula Palma z 1945 roku. Znajdziemy w nich opis sytuacji niemieckich mieszkańców Świdnicy pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu, ale nie tylko. Ze wspomnień tych możemy także dowiedzieć się o atmosferze tamtych dni i o stosunkach panujących między zwycięzcami – w tym wypadku Polakami i przegranymi – Niemcami.

Paul Palm był starszym inspektorem sądowym i kuratorem w Sądzie Rejonowym w Świdnicy. Urodził się w 1883 roku, jednak w świdnickich księgach adresowych odnotowany jest dopiero w 1925 roku (nie ma o nim wzmianki w zachowanej wcześniejszej księdze z 1914 roku). Niewykluczone, że do Świdnicy sprowadził się być może dopiero po I wojnie światowej. Początkowo zamieszkał w domu przy ówczesnej Glubrechtstrasse 4 (obecnie Jagiellońska 4). Księgi adresowe z 1929 i 1931 roku wymieniają go, jako zamieszkałego w domu przy ówczesnej Obere Wilhelmstrasse 13 (obecnie Stefana Żeromskiego). Była to stosunkowo prestiżowa lokalizacja, na pewno lepsza i droższa niż mieszkanie w czynszowym domu przy Jagiellońskiej 4. Budowę okazałego gmachu zajmującego działkę na styku ulicy Stefana Żeromskiego i placu Grunwaldzkiego rozpoczęto w maju 1927 roku. Znalazło tu siedzibę znane wydawnictwo Bergland-Verlag (wraz z drukarnią), które wydawało popularną gazetę Mittelschlesische Zeitung (Gazeta Środkowośląska). Stąd wzięła się dziś już zapomniana nazwa dla tego obiektu – Bergland Haus (Dom Bergland), która znajdowała się kiedyś pod frontonem i oknami na poddaszu. Jeżeli Palm zamieszkał w nim już w 1929 roku, musiał się wprowadzić do dopiero co oddanego do użytku mieszkania. Zachowane księgi adresowe z lat 1938-1942 zawierają informację, że Paul Palm zamieszkał w domu przy ówczesnej Lützowstrasse 13 (obecna ulica Fryderyka Chopina 13), gdzie prawdopodobnie wynajął pół domu należącego lub mieszkanie do dr. Wilhelma Meyera. Tu jednak dokładna lokalizacja trudna jest do ustalenia, gdyż w księdze za rok 1938 i 1942 Palm miałby mieszkać przy Lützowstrasse 13, natomiast Meyer pod numerem 13, a potem 15. Na dodatek w spisie właścicieli posesji sporządzonej przez polską administrację po maju 1945 roku, dr Meyer miał posiadać na własność parcele przy ówczesnej Lützowstrasse 11-13. Prawdopodobnie więc nastąpiła w tym czasie jakaś zmiana numeracji domów na tej ulicy, co nie pozwala na stuprocentową pewność w identyfikacji.
1 sierpnia 1946 roku Paul Palm wraz z żoną i przybraną córką został wysiedlony ze Świdnicy. Osiadł w Sondershausen, niewielkim mieście powiatowym w Turyngii w Niemczech. W 1947 roku podjął pracę w miejscowym sądzie. W 1950 roku został z niej zwolniony, o czym pisze nie bez żalu. Zmarł w wieku 86 lat w 1969 roku.
Jego wspomnienia zachowała przybrana córka Paula Palma – Inge Aurach z domu Ziss. Otrzymał je od niej nieżyjący historyk i przedwojenny świdniczanin Horst Adler, za pośrednictwem którego trafiły one do Świdnicy, a konkretnie do historyka Sobiesława Nowotnego. Dzięki temu możemy je dziś Państwu zaprezentować.
Czytając wspomnienia Paula Palma należy pamiętać, że spisane były przez Niemca, który jako przedstawiciel narodu odpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej, ze wszystkimi jej okropieństwami i ludobójstwem na czele, czuł rozgoryczenie z powodu klęski i nienawiść do zwycięzców. W tym wypadku skupiła się ona m.in., a może przede wszystkim na Polakach, którzy przybyli na Dolny Śląsk i zaczęli organizować w Świdnicy nowe życie, kosztem ich – Niemców, dotychczasowych mieszkańców jego miasta. Ale gorycz z tego jak przesiedleńcy ze Śląska zostali potraktowani przez mieszkańców rdzennych Niemiec, także wyraźnie przebija się w jego wspomnieniach. Te są dla nas jednak cenne dziś z kilku powodów. Zawierają sporo faktów i szczegółów – niektóre nieznane, a niektóre potwierdzające niezbyt pewne do tej pory informacje z innych źródeł, przez co je w większym stopniu uprawdopodabniają. Wspomnienia Paula Palma są więc interesującym dla nas źródłem historycznym, które poszerza naszą wiedzę o trudnym okresie przeistaczania się niemieckiego Śląska w polski Śląsk i to bez względu na poglądy Palma, chociażby w kwestii negatywnego stosunku do Polaków.
Pod tekstem znajdują się przypisy autorów.
WSPOMNIENIA PAULA PALMA
Nadszedł złowrogi rok 1945, pełen mrocznych, ponurych przeczuć. Na ulicach i w barach miasta nie rozbrzmiewał, jak zwykle, radosny sylwestrowy zgiełk. Ludzi ogarnęła powaga niepokoju i paraliżujący strach przed najbliższą przyszłością, przytłaczając ich. Wróg był już głęboko na Śląsku! Okopy w pobliżu Namysłowa oraz na północy i południu przecinały kraj, mając stanowić barierę przed nacierającą falą wroga. Wokół stolicy Śląska szalała rozpaczliwa i beznadziejna bitwa, obracając coraz więcej dzielnic w gruzy i popioły.

Aż do Świdnicy w pogodne dni wciąż słychać było odgłosy ciężkiej artylerii i bomb zrzucanych na nieszczęsne miasto, a nocą widniała ognista łuna na niebie w kierunku Wrocławia. Wróg zbliżał się coraz bardziej do Świdnicy i wkrótce w mieście pojawili się pierwsi uchodźcy z miast i wsi Górnego i Środkowego Śląska, a także z Wrocławia, Sobótki i Strzegomia. Wyczerpani, głodni i zmarznięci, niosąc w rękach i na plecach mnóstwo ocalałego dobytku, szukali schronienia i ochrony przed lodowatym śniegiem na ulicach. Ci biedni, bezradni ludzie, starcy i kobiety z niemowlętami i małymi dziećmi na rękach, wystawieni na surowość mroźnej zimy i uciekający przed wrogiem, już od wielu dni stanowili wstrząsający obraz ludzkiej nędzy i cierpienia. Ilu z nich leżało na poboczach drogi z wyczerpania i nigdy już nie wstało? Ile maluszków, którzy umarli z zimna w wozach lub w ramionach nieszczęsnych matek, musiało zostać pochowanych na skraju pola lub na polach po drodze! Bóg pewnego dnia wskrzesi ich wszystkich do lepszego życia.
W obliczu takiego ścisku i takiej potrzeby, wszystkie dostępne sale i pokoje w mieście wkrótce zapełniły się uchodźcami, a każdego kto miał jeszcze miejsce w mieszkaniu, proszono o pomoc. Czasami my również, w miarę możliwości, gościliśmy w naszym mieszkaniu nawet siedem osób – uchodźców ze Strzelina, Opola i Oleśnicy. Sąd Rejonowy również szeroko otworzył swoje drzwi, aby udzielać pomocy tym nieszczęśnikom o każdej porze dnia i nocy. Wszystkie dostępne pokoje wyłożono słomą, utworzono bank żywności i wprowadzono dyżur wolontariuszy, aby pomoc mogła być udzielana o każdej porze dnia i nocy. Chorych lub niezdolnych do kontynuowania podróży zabierano do szpitala. Wśród nich były dwie matki z jednodniowymi i dwudniowymi niemowlętami. Biada kobietom ciężarnym i karmiącym w tych czasach!

Nadszedł 11 lutego 1945 roku, niedziela, która miała również oznaczać koniec wojny dla Świdnicy. W południe, nad miastem nagle pojawiły się samoloty wroga i zrzuciły bomby na miasto, które dotąd było oszczędzone przez wojnę. Między innymi domy Pannwitza[1] i Lietscha[2] na Rynku zostały obrócone w gruzy, a dom Pachaly’ego[3] na ulicy Długiej został szczególnie mocno uderzony. Szczególnie mocno ucierpiało Dolne Miasto. Zginęło kilka osób, wiele od kul artyleryjskich[4], przed którymi nikt nie był bezpieczny, żadnego dnia. Wszyscy uciekli do piwnic i bezpiecznych schronów, ponieważ nie było dnia bez wrogich nalotów, które wyrządzały większe lub mniejsze szkody. W tym pierwszym tygodniu dworzec kolejowy i stojący naprzeciwko Hotel Hindenburg[5] nadal były bombardowane, co ponownie doprowadziło do śmierci wielu osób. W tym trudnym czasie uciekliśmy z naszego mieszkania przy Lützowstrasse do rozległych kazamat pod kościołem katolickim, pochodzących jeszcze z czasów twierdzy.
Te kazamaty oferowały bezpieczne schronienie wielu mieszkańcom okolicy. Spędziliśmy tam tydzień i przez ten czas prawie nie widzieliśmy światła dziennego, ponieważ wrogie samoloty stale krążyły nad miastem, czyniąc ulice niebezpiecznymi. W tym czasie bomba trafiła również w plebanię przylegającą do kościoła, a obok kościoła spadła ciężka bomba, na szczęście nie powodując większych uszkodzeń samego kościoła.

Rozbitych zostało tylko kilka dużych witraży. Głównym celem samolotów było lotnisko za miastem, które następnie było wielokrotnie atakowane, raz przez całą noc, aż do wczesnego rana. Niestety, nie zobaczyliśmy zbyt wielu naszych umocnień obronnych. Gdyby tak duża część zrzuconych bomb nie wybuchła, miasto zostałoby poważnie uszkodzone. Jednakże zniszczenia były w dalszym ciągu umiarkowane.
Władze sądownicze zawiesiły działalność i zażądały od swoich urzędników, aby początkowo wytrwali na swoich stanowiskach. W pierwszych dniach rosyjskich nalotów na miasto władze nakazały i przeprowadziły ewakuację wszystkich kobiet, dzieci i osób starszych, pozostawiając na miejscu jedynie kilku mężczyzn, głównie tych niezbędnych w mieście z powodu wykonywanej pracy. Niektórzy pracownicy sądowi również woleli opuścić miasto i wrócić na Zachód z rodzinami. Tylko nieliczni wytrwali, ponieważ zostało to wyraźnie zażądane z góry. Wśród nich byli dyrektorzy sądów Beer[6] i von Loefen[7], sędzia sądu rejonowego Kuntnowitz[8], sędzia sądu rejonowego Dehmel[9], sekretarze sądów rejonowych Klein[10] i Schneider[11], nadzorca sądowy Weiser[12] oraz ja, który odmówiłem opuszczenia Świdnicy. Ponieważ nie czuliśmy się już bezpiecznie w naszych prywatnych mieszkaniach, z nielicznymi wyjątkami, rozgościliśmy się w naszych biurach i zostawaliśmy w sądzie dniem i nocą. Sąd posiadał przestronny, nowoczesny schron przeciwlotniczy, który został ukończony dopiero w ostatnich latach wraz z rozbudową budynku. Oznaczało to, że mogliśmy natychmiast szukać tam schronienia w razie ostrzeżenia o nalocie, co było konieczne o każdej porze dnia i nocy.

W hotelu „Zur Krone”[13] na Rynku utworzono wspólną kuchnię, z której otrzymywaliśmy posiłki. Codziennie około południa często spacerowaliśmy razem, z pojemnikiem i sztućcami w ręku, przez krużganek i Rathausgasse[14] – często wyjście na ulicę było zbyt niebezpieczne z powodu samolotów – i tam, za niewielką opłatą, otrzymywaliśmy nasz „gulasz”. Dostawaliśmy również zimne posiłki na kolację i wszyscy mogli być zadowoleni, ponieważ jedzenie było dobre i obfite. Zwłaszcza na początku, gdy połączenia kolejowe jeszcze funkcjonowały.
Wszystkie oficjalne odprawy odbywały się każdego ranka w pokoju na parterze sądu rejonowego, w tym celu przychodzili również urzędnicy, którzy nie przenieśli się jeszcze do budynku sądu.
Tak mijały kolejne tygodnie pełne niepokoju i niepewności, a złe wieści o rosyjskich postępach narastały. Tymczasem urzędnicy partyjni również zebrali się w sądzie i zajęli dla siebie przestronny pokój, gdzie przebywali dniem i nocą i wiedli całkiem dobre życie. Butelki po winie i koniaku zgromadzone na stole w korytarzu były tego wymownym dowodem. Duże piwnice z winami Winziga przy Burgstrasse[15] zostały już skonfiskowane i splądrowane! Gdy sytuacja w mieście stawała się coraz bardziej niebezpieczna, powiesili mundury na wieszakach i uciekli w cywilnych ubraniach.
Osiem dni później, gdy kazamaty pod kościołem nadal się zapełniały, nagle pojawiła się delegacja żołnierzy SS i wydała rozkaz natychmiastowej ewakuacji. Wszyscy mieli udać się do Kesselstift[16] i stamtąd kontynuować podróż. Nie mieliśmy innego wyboru, więc rankiem 19 lutego, z naszym skromnym dobytkiem, wyruszyliśmy z miasta w kierunku Kesselstift, ciągnąc za sobą w pełni załadowany wózek i plecak na plecach, podczas gdy wyły syreny alarmowe. Po bezpiecznym dotarciu do Kesselstift, natychmiast udaliśmy się do schronu przeciwlotniczego, gdzie mieliśmy pozostać z innymi uchodźcami. Ponieważ jednak alarm nie ustawał i nie chcieliśmy tam tracić zbyt wiele czasu, postanowiliśmy około południa wynieść bagaże na ulicę i czekać na przejeżdżający pojazd wojskowy, który miał nas zabrać. Mieliśmy szczęście, ponieważ wkrótce pojawił się otwarty samochód wojskowy, do którego szybko nas załadowano, mimo że był już pełen innych uchodźców. Udało nam się jednak zwinąć w kłębek w tylnym kącie, a raczej usiąść na tylnej krawędzi i ruszyliśmy w przerażającym tempie w kierunku Wałbrzycha, podczas gdy samoloty pojawiały się nad naszymi głowami.

Z Wałbrzycha kontynuowaliśmy konno podróż do Kamiennej Góry, gdzie zsiedliśmy z koni i poszliśmy do Krzeszowa, aby szukać schronienia u dobrze nam znanej rodziny, mistrza młynarskiego Müllera. Tam zostaliśmy ciepło przyjęci, a moja żona i Inge dostali przytulny, ciepły pokój. W ciągu następnych kilku dni przybywali kolejni uchodźcy, tak że Müllerowie zakwaterowali w sumie osiem osób. Okazało się, że Krzeszów pozostał nietknięty przez samoloty, a życie tam było generalnie spokojne. Gdy już wiedziałem, że moja rodzina bezpiecznie się zadomowiła, tego samego dnia wyruszyłem w drogę powrotną do Świdnicy i po pokonaniu wielu trudności, częściowo pieszo, częściowo samochodem i pociągiem. Dotarłem tam następnego ranka przez Jedlinę Zdrój. Życie w opustoszałym i wyludnionym mieście zamarło. Tam, gdzie kiedyś panowało tak radosne i tętniące życie, panowała upiorna, grobowa cisza, przerywana jedynie warkotem wrogich samolotów i wyciem syren z wieży ratuszowej, ogłaszających ostrzeżenia przed nalotem. Wiele ulic było zasłanych dachówkami i odłamkami szkła z okien wybitych przez ciśnienie powietrza po bombardowaniu, z których często wciąż zwisały podarte firanki, łopoczące na wietrze. Groza zionęła w pustych oknach. Każdy, kto zmuszony był przechodzić przez ulicę wieczorem lub ciemną nocą, powinien iść środkiem jezdni, aby uniknąć zmiażdżenia przez dachówki zerwane ze zniszczonych więźb dachowych przez wiosenną burzę.
Nasze mieszkanie przy Lützowstrasse, naprzeciwko Studtstrasse[17], oszczędziły bomby. Tylko frontowe okna zostały częściowo zniszczone, przez co wiatr i deszcz swobodnie wdzierały się do wnętrza. Piękna Studtstrasse przed nami była usłana grudkami ziemi i gałęziami drzew, ponieważ kilka ciężkich bomb spadło na ogrody domów położonych bardzo blisko naszego mieszkania, powodując zniszczenia.
A. Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny
Cdn.
Opracowanie powstało w ramach projektu w otwartym konkursie Starostwa Powiatowego w Świdnicy na realizację zadań publicznych w zakresie kultury, sztuki, ochrony dóbr kultury i dziedzictwa narodowego oraz krajoznawstwa.
[1] Rynek 8. Max Pannwitz – znany świdnicki cukiernik. Więcej informacji o nim – czytaj tutaj: Czekoladowy książę. Kamienica musiała być jedynie uszkodzona, bo zachowała się do chwili obecnej.
[2] Rynek 30. Adolf Lietsch – kupiec, był właścicielem największego w Świdnicy domu handlowego u zbiegu obecnej ulicy Kotlarskiej i Rynku. Dom w wyniku bombardowania został uszkodzony i istnieje do dziś (siedziba banku PKO S.A.
[3] Długa 58. Otto Pachaly – kupiec, prowadził sklep z wyrobami koszykarskimi i wózkami dla dzieci. Budynek, podobnie jak kilka sąsiednich domów nie zachował się do dziś. W jego miejscu znajduje się przerwa w linii zabudowy ulicy Długiej, pomiędzy obecnymi numerami 52 i 68.
[4] Palm ewidentnie tu się myli. Świdnica nie była ostrzelana przez sowiecką artylerię, a jedynie kilkukrotnie bombardowana i ostrzeliwana z karabinów maszynowych przez sowieckie lotnictwo.
[5] Budynek już nie istnieje. Znajdował się na rogu placu Dworcowego i placu Grunwaldzkiego. Do 1915 roku nosił nazwę Hotel Tamm. Został całkowicie zniszczony podczas nalotu 15 lutego 1945 roku.
[6] Max Beer – dyrektor Sądu Rejonowego.
[7] Paul Loefel – dyrektor Sądu Rejonowego.
[8] Max Kuntnowitz – sędzia Sądu Rejonowego.
[9] Georg Demel – sędzia Sądu Rejonowego.
[10] Josef Klein – sekretarz sądowy.
[11] Hans Schneider – sekretarz sądowy.
[12] Alfred Weiser – magazynier, mieszkał przy Kirchstrasse 4.
[13] Chodzi o hotel i restaurację Pod Złotą Koroną (zur Goldnen Krone), która mieściła się w kamienicy Rynek 7.
[14] Rathausgasse – Zaułek Ratuszowy, obecnie ulica Wewnętrzna.
[15] Winiarnia Paula Winziga znajdowała się przy ówczesnej Burgstrasse 11 (obecnie Grodzka). W maju 1945 roku żołdacy sowieccy wyszabrowali zapasy alkoholi, a samą kamienicę podpalili. Dziś dom, w którym się znajdowała nie istnieje. Ruiny zostały rozebrane w latach 50., a w jego miejscu oraz kilku sąsiednich domów wzniesiono socrealistyczny budynek mieszkalny, który zajmuje dziś dużą część południowej pierzei ulicy Grodzkiej. Inna wersja mówi o tym, że dom spłonął jeszcze przed majem 1945 roku, co częściowo może potwierdzić opowieść Paula Palma, mówiącego o splądrowanych piwnicach.
[16] Kesselstiftung – kompleks budynków fundacji Adolfa Kessela z Wrocławia, która miała się zajmować wychowaniem i utrzymaniem biednych dzieci i sierot, głównie z rodzin tkackich. Budynki Kesselstiftung zachowały się do chwili obecnej przy ulicy Wałbrzyskiej 41, a swoje miejsce znalazły w nich Szkoła Podstawowa nr 8 i parafia pw. św. Andrzeja Boboli. Adolf Kessel (ur. 1824) był współzałożycielem i dyrektorem Towarzystwa Akcyjnego Budowy Lokomotyw. Przed śmiercią w 1902 roku swój majątek zapisał miastu Świdnica.
[17] Obecnie ulica Adam Mickiewicza.
7 LIKES

















Niemcy sami sobie są winni, zaatakowali nasz Naród, z naszego nieszczęścia żyli do 1945 jak pączki w maśle a później oskarżyli za wszystko nas….,