Prezentujemy drugą część obszernych wspomnień świdniczanina Paula Palma z 1945 roku [cześć pierwsza – czytaj tutaj: Wspomnienia Paula Palma (cz. 1): Groza zionęła w pustych oknach].
Znajdziemy w nich opis sytuacji niemieckich mieszkańców Świdnicy pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu, ale nie tylko. Ze wspomnień tych możemy także dowiedzieć się o atmosferze tamtych dni i o stosunkach panujących między zwycięzcami – w tym wypadku Polakami i przegranymi – Niemcami.
Czytając wspomnienia Paula Palma należy pamiętać, że spisane były przez Niemca, który jako przedstawiciel narodu odpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej, ze wszystkimi jej okropieństwami i ludobójstwem na czele, czuł rozgoryczenie z powodu klęski i nienawiść do zwycięzców. W tym wypadku skupiła się ona m.in., a może przede wszystkim na Polakach, którzy przybyli na Dolny Śląsk i zaczęli organizować w Świdnicy nowe życie, kosztem ich – Niemców, dotychczasowych mieszkańców jego miasta. Ale gorycz z tego jak przesiedleńcy ze Śląska zostali potraktowani przez mieszkańców rdzennych Niemiec, także wyraźnie przebija się w jego wspomnieniach. Te są dla nas jednak cenne dziś z kilku powodów. Zawierają sporo faktów i szczegółów – niektóre nieznane, a niektóre potwierdzające niezbyt pewne do tej pory informacje z innych źródeł, przez co je w większym stopniu uprawdopodabniają. Wspomnienia Paula Palma są więc interesującym dla nas źródłem historycznym, które poszerza naszą wiedzę o trudnym okresie przeistaczania się niemieckiego Śląska w polski Śląsk i to bez względu na poglądy Palma, chociażby w kwestii negatywnego stosunku do Polaków.
***
Wróg zbliżał się coraz bardziej. W Sobótce trwały zacięte walki, a nocą błyski dział rzucały upiorną poświatę aż na ulice przedmieść.
Kilkakrotnie wyruszałem w soboty, aby odwiedzić rodzinę w Krzeszowie. Jednak, gdy stawało się to coraz bardziej niewygodne i trudne, a później pojawiła się możliwość znalezienia zakwaterowania w Jedlinie-Zdrój w fundacji Antonius-Stift[1], moja żona i Inge wyjechały krótko przed Wielkanocą i przeprowadziły się tam, aby być bliżej mnie. Jedlina-Zdrój nie była niepokojona przez wrogie samoloty, pomimo bliskości Waldenburga i Świdnicy. W każdą sobotę mogłem tam podróżować pociągiem i spędzać niedziele w spokoju. W poniedziałkowe poranki zawsze wracałem pociągiem do Świdnicy. Z powodu zagrożenia nalotami, często bezpieczniej było wysiąść w Bystrzycy Dolnej lub Kraszowicach i przejść ostatni odcinek pieszo. Tak minął tydzień i wkrótce wiosna w całej swojej okazałości zawitała do tego nieszczęsnego kraju. Ale nikt nie mógł się nią naprawdę cieszyć. Groza wojny wypełniała umysły wszystkich.

W kościele parafialnym, pomimo ciągłego, wielkiego niebezpieczeństwa, proboszcz Puzik[2] kontynuował regularne nabożeństwa wcześnie rano, jeszcze przed świtem, a nawet w poranek wielkanocny można było celebrować Święto Zmartwychwstania, ku pocieszeniu nielicznych przestraszonych wiernych, którzy nadal byli obecni.
Wkrótce jednak nadszedł feralny 8 maja, a wraz z nim długo oczekiwany rozejm, który ostatecznie położył kres katastrofalnemu i bezsensownemu rozlewowi krwi. W tym czasie byłem z powrotem w Jedlinie Zdrój. Nie było już możliwe ponowne dotarcie do Świdnicy. O tym, co działo się w niej w tamtych dniach, dowiedziałem się tylko od innych. Podobno proboszcz Puzik był jedynym przedstawicielem władz miejskich, który spotkał się z nacierającymi wojskami i negocjował z rosyjskim dowódcą w imieniu miasta. Później, zwłaszcza w początkowym okresie okupacji wielokrotnie mieszkańcy mogli się przekonać, jak pożyteczne było jego niestrudzone orędownictwo na rzecz dobra miasta i stopniowo powracającej do niego ludności. Na przykład gdy rosyjski żołnierz został rzekomo zastrzelony przez Niemca. W odwecie miała zostać rozstrzelana duża liczba niemieckich zakładników. Dopiero dzięki nieustraszonej interwencji naszego proboszcza rosyjski komendant został przekonany, by na razie powstrzymać się od tego okrutnego mordu. Jednakże w przypadku powtórzenia się takiego czynu istniała groźba zastosowania takiego rozwiązania.
Kiedy ogłoszono zakończenie rozejmu, w Jedlinie-Zdrój spodziewano się rychłego przybycia Rosjan z Wałbrzycha. Cała miejscowa ludność była naturalnie w stanie wielkiego podniecenia. Razem z obawami wzmogło się ono jeszcze bardziej, gdy wieczorem 8 maja dwa niemieckie czołgi zajęły pozycje na drodze prowadzącej do Jedlinki, a konkretnie przed wiaduktem kolejowym, aby powstrzymać Rosjan nacierających przez Jedlinę-Zdrój od strony Wałbrzycha. Było jednak oczywiste, że byłaby to próba całkowicie bezsensowna i absurdalna, mogąca przynieść jedynie zniszczenie i katastrofę miejscowości, które dotąd szczęśliwie uniknęło zniszczeń wojennych. Wkrótce na ulicy zebrał się duży tłum wzburzonych ludzi, energicznie domagających się od dowódcy czołgu, młodego porucznika, natychmiastowego wycofania czołgów z Jedliny-Zdrój. Wśród tłumu był także diakon miejscowego kościoła protestanckiego. Jak mi powiedziano, ta próba ze strony ludności niemal zakończyła się katastrofą. Porucznik miał zaatakować diakona fizycznie i tylko interwencja sierżanta zapobiegła czemuś gorszemu. W końcu stan wojenny wciąż obowiązywał! Jednak cały incydent przyniósł oczekiwane efekty, ponieważ przed zapadnięciem zmroku oba czołgi zniknęły, a ludność odetchnęła z ulgą.
Rosyjska inwazja była spodziewana z godziny na godzinę, a wszyscy w strachu wracali do domów i barykadowali się w nich, jak tylko mogli. Ogień artyleryjski i karabinów maszynowych od strony Wałbrzycha słychać było już zza gór, a nocne niebo – gdy się patrzyło w tamtym kierunku nieustannie płonęło czerwoną łuną. W powietrzu wisiało straszliwe napięcie, ciążące na i tak już nadszarpniętych nerwach i nikt nie mógł przewidzieć, co przyniosą kolejne godziny.
Oprócz nas w Fundacji Antoniusa schronienie znalazła tam również duża liczba uchodźców z Oleśnicy, w tym miejscowy proboszcz – Stasch, który schronił się w piwnicach i zamierzał oczekiwać na nadchodzące wydarzenia. Ale gdy wieczorem w mieście panowała cisza i nie pojawili się Rosjanie, w końcu wróciliśmy do naszych pokoi i niechętnie położyliśmy się, by odpocząć.
Następnego ranka około 5.00 rano, pierwsze oddziały rosyjskie przemaszerowały przez Jedlinę-Zdrój i zajęły miasto. Do Fundacji Antoniusa również przyszli rosyjscy żołnierze, jednak wszystkich pozostawiono w spokoju, ponieważ religijny charakter budynku, widoczny już po samym jego wyglądzie zewnętrznym, musiał powstrzymać żołnierzy od grabieży. Na szczęście również jedna z sióstr zakonnych była w stanie dość dobrze się z nimi porozumieć, co wyszło nam wszystkim na dobre.
Jedlina-Zdrój i cały okoliczny teren zostały zajęte przez wojska wroga i dopiero teraz miejscowa ludność zaczęła odczuwać na własnej skórze straszliwe skutki wojny i ciężar okupacji. Grabieże i gwałty były powszechne wśród Rosjan, a wciąż niemal pijani, żyli jak zwierzęta. Dowiedziałem się z wiarygodnego źródła w Wałbrzychu, że w pierwszych dniach po zajęciu miasta nie mniej niż 60 osób doznało wewnętrznego załamania i uciekło przed rosyjską przemocą, wybierając śmierć samobójczą. W Wałbrzychu Rosjanie odkryli duży magazyn wina i spirytusu. Firma Mittmann ze Świdnicy również przeniosła tam swoje zapasy, które zostały rozszabrowane. Konsekwencje dla ludności były straszne.

Tak mijały dni i tygodnie w niepewności i strachu, ale w Fundacji Antoniusa pozostawiono nas we względnym spokoju. Najwyraźniej ludzie niechętnie zbliżali się do budynku, który znajduje się między plebanią a kościołem, a my wszyscy, którzy znaleźliśmy schronienie, mądrze unikaliśmy niepotrzebnego pokazywania się na ulicy. Stworzyliśmy, że tak powiem, małą, własną wspólnotę z pastorem, który uciekł z Oleśnicy. Czuliśmy się tam całkowicie bezpiecznie i niemal komfortowo, pomimo ograniczonej przestrzeni. Było nas około 33 uchodźców ze Świdnicy i Oleśnicy oraz pięć miejscowych sióstr. Ogród za domem pozwalał nam spędzać czas na świeżym powietrzu i byliśmy przy tym niewidoczni z ulicy. Zapewnienie pożywienia okazało się jednak dość trudne, ponieważ każda rodzina musiała sama o siebie zadbać, a o jedzenie w wiosce trudno było. Trzeba było próbować nawiązać kontakt z rolnikami z okolicznych wiosek i apelować o ich pomoc. Niestety, często kończyło się to niepowodzeniem.
Nadszedł czerwiec i czas, aby ponownie odwiedzić Świdnicę i zobaczyć, co stało się z miastem i naszym mieszkaniem. Pewnego dnia wyruszyłem wcześnie i z plecakiem na plecach, bez lęku wędrowałem w kierunku mojego rodzinnego miasta przez góry i górskie wioski. Były gęsto zaludnione przez Rosjan. Udało mi się przedostać przez nie bez przeszkód, choć kilka razy sytuacja wyglądała dość krytycznie, zwłaszcza gdy natknąłem się na grupę Rosjan obozujących na odludnej leśnej ścieżce. Kiedy w końcu późnym popołudniem dotarłem do Witoszowa i po raz pierwszy rzuciłem okiem na nasz dom, od razu wiedziałem, co mnie czeka w środku. Drzwi na duży balkon były szeroko otwarte, co świadczyło o tym, że nasze mieszkanie zostało splądrowane. Moje podejrzenia wkrótce się potwierdziły, gdy wkrótce potem wszedłem do domu i mieszkania. Drzwi wejściowe były rozbite, podobnie jak drzwi wejściowe do mieszkania na parterze i do naszego. W korytarzu i na schodach walało się potłuczone szkło i odłamki. Wszystko sprawiało wrażenie opuszczonego.
Kiedy wszedłem do naszego mieszkania przez otwarte drzwi, moim oczom ukazał się odrażający i przerażający widok. Wszystkie pojemniki były rozprute, a zawartość, której nie zabrano, leżała wysypana na podłogę. Kuchnia wyglądała szczególnie obrzydliwie. Wszystko zostało wyciągnięte z szafek i szuflad i leżało na stercie. Zawartość słoików ze spiżarni również została na nią wylana. Stare, brudne ubrania szabrowników, którzy przebrali się w pościel i ubrania znalezione w mieszkaniu walały się dookoła. Wszędzie też znajdowała się ogromna ilość zaschniętych stert odchodów. Do zaraźliwego smrodu, który wypełniał zwłaszcza kuchnię, dochodził rój much, które czuły się bardzo komfortowo w tej zamkniętej przestrzeni, z jej ciepłem i obfitością jedzenia i które przypominały rój pszczół. Pozostałe pomieszczenia wyglądały podobnie. Zawartość mojego biurka również leżała na podłodze wraz z pochwą na szablę. Skąd się wzięła, pozostaje dla mnie zagadką. Nasze radio, jak wiele innych rzeczy zniknęło, a to czego złodzieje nie mogli zabrać, zostało poważnie uszkodzone lub całkowicie zniszczone. Łóżek nie było, a na materacach leżały sterty maku. Ogólnie rzecz biorąc, żałosny widok zniszczenia i grabieży. Natychmiast zacząłem sprzątać pokoje najlepiej, jak potrafiłem. Mieszkanie zostało wywietrzone, a wszystkie śmieci, w tym brudną pościel i ubrania, wyniosłem na balkon i do ogrodu.

Mieszkanie pod nami wyglądało identycznie, jak nasze. W całym budynku nie było ani jednego pokoju, który nie zostałby splądrowany. Smutny widok! Najwyraźniej oprócz Rosjan, byli tu także wcześniej internowani cudzoziemcy ze Wschodu – robotnicy przymusowi, którzy uciekli z pobliskich koszar. Kiedy przypadkiem usłyszałem od przechodzącej na ulicy kobiety, że tego wieczoru Niemcy nie mają wstępu na ulice, zabarykadowałem drzwi mieszkania najlepiej jak potrafiłem i ruszyłem w drogę, mając nadzieję dotrzeć do Bystrzycy Górnej przed zapadnięciem zmroku, znaleźć nocleg u pastora Müllera, a następnie wrócić pieszo tą samą drogą do Jedliny Zdrój następnego ranka. Oczekiwano mnie niecierpliwie i wszyscy byli żądni informacji i mojego raportu z miasta.
Po pobycie w Fundacji Antoniusa, gdzie warunki były znośne, do naszego mieszkania w Świdnicy wróciliśmy dopiero w połowie czerwca. W mieście dało się wyczuć powracający spokój i porządek, choć był on tylko pozorny. My, Niemcy nie mieliśmy już nic do powiedzenia i byliśmy pozbawieni wszelkich praw. Nikt się o nas nie troszczył i musieliśmy radzić sobie sami. Często wędrowałem po wioskach z plecakiem na plecach, mając nadzieję, że uda mi się przynieść do domu może pół bochenka chleba lub trochę warzyw. Niestety, często z marnym skutkiem.
Po inwazji rosyjskiej wkrótce przybyli Polacy z Warszawy oraz Galicji i przejęli administrację miasta. Zostali wypędzeni z Galicji, którą Rosjanie zaanektowali. Mieli odzyskać na Śląsku to, co Rosjanie zabrali im w Ojczyźnie. I doskonale to rozumieli. Żaden dom ani ogród nie był przed nimi bezpieczny. O każdej porze dnia i nocy włamywali się do niemieckich domów i zabierali to, co im było potrzebne albo po prostu wyrzucali właścicieli na ulicę i sami się wprowadzali. W ten sposób niektóre rodziny były wyrzucane ze swoich mieszkań po kilka razy. Gdy tylko w miarę sensownie urządziły sobie nowe lokum, inni Polacy nagle przejmowali je, a Niemcy musieli się natychmiast wyprowadzić. Znam jedną rodzinę, która była zmuszana do przeprowadzek nie mniej niż siedem razy.

To ciągłe nękanie ze strony Polaków i częste wizyty Rosjan, którzy rzekomo szukali radia, a w rzeczywistości mieli zupełnie inne zamiary, zamieniły życie w piekło. Dlatego drzwi wejściowe były solidnie zamknięte i zabezpieczone kratami dniem i nocą, aby zapobiec wszelkim próbom wtargnięcia, zwłaszcza ze strony Rosjan. Kilkakrotnie również, my na Lützowstrasse – musieliśmy z trudem bronić się przed rosyjskimi oficerami próbującymi włamać się do środka. W jednym przypadku intruz był już na schodach i próbował mnie wypchnąć, podczas gdy moja żona stała na górze w drzwiach w skrajnym strachu i zdenerwowaniu. Wtedy nasza Inge nas uratowała. Miała na tyle przytomności umysłu, by zeskoczyć ze schodów i zawołać na pomoc mężczyznę, który właśnie wyszedł z naszego domu. Oficer postanowił wtedy odejść. Nasz ogród był stale plądrowany przez Rosjan i Polaków i niewiele nam w nim zostało.
Kiedy oddział Rosjan wyruszał na ćwiczenia – łąka w pobliżu domu służyła jako plac apelowy. Maszerowali obok domu, wdzierali się do ogrodu z jednej strony posesji, zrywali i zjadali niedojrzałe owoce, a potem znikali po drugiej stronie podwórka. Człowiek był wobec tego całkowicie bezsilny i musiał patrzeć, jak Rosjanie i Polacy niemal codziennie plądrują ogród w okresie dojrzewania owoców i warzyw. W pewną niedzielę około pięciu Polaków naraz napełniało worki truskawkami. Wiele z nich zostało jednocześnie zniszczonych przez bezlitosne wyrywanie delikatnych łodyżek i tratowanie grządek. Duży, skądinąd zadbany ogród wyglądał żałośnie. Volkssturm[3], który rozłożył się na sąsiedniej posesji, przeprowadził już ćwiczenia w ogrodach i w tym celu przeciął drut kolczasty w różnych miejscach.
Nasze mieszkanie nie ucierpiało zbytnio podczas bombardowań przed zajęciem miasta przez Rosjan. Tylko jedno okno w pokoju od strony frontu było częściowo rozbite. Przez to wiatr i warunki atmosferyczne mogły bez przeszkód przenikać do mieszkania przez całe tygodnie. Poza tym dom miał uszkodzone tylko okna od frontu. Wnętrze jednak wyglądało jeszcze bardziej pusto. Od tamtej pory zadomowiliśmy się z powrotem, jednak zawsze przerażeni i martwiący się, że Polacy, którzy wielokrotnie wchodzili do naszego mieszkania i pytali o to, co zabrać, będą chcieli pewnego dnia także nas wyrzucić na ulicę.
Cdn.
A. Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny
Opracowanie powstało w ramach projektu w otwartym konkursie Starostwa Powiatowego w Świdnicy na realizację zadań publicznych w zakresie kultury, sztuki, ochrony dóbr kultury i dziedzictwa narodowego oraz krajoznawstwa.
[1] Antonius-Stift – fundacja prowadzona przez siostry Elżbietanki z Wrocławia, zajmująca się między innymi opieką nad osobami starszymi. Dom w którym przed wojną mieściła się fundacja, zachował się do chwili obecnej.
[2] Erich Puzik – ostatni niemiecki proboszcz w parafii pw. św. Stanisława i św. Wacława. Postać bardzo szanowana zarówno przez Niemców, jak i Polaków, niestety, dziś całkowicie i niesłusznie zapomniana. Na Świdnickim Portalu Historycznym poświęcimy jego osobie osobne opracowanie.
[3] Cywilne, ochotnicze oddziały paramilitarne, po maju 1945 roku tworzyły niekiedy pomocnicze oddziały do pilnowania porządku.
7 LIKES

















Mój teść , już niestety nie żyjący zgłosił się na ochotnika w czerwcu 45 r. do takiej właśnie paramilitarnej grupy. Dostał marynarkę wojskową , opaskę na rękę i dwa rodzaje broni. Ruscy żołnierze stacjonowali w pałacu w Bystrzycy Dolnej a teść ze swoją grupą miał kwaterę w nieistniejącej już fabryce kleju też w Bystrzycy. Teść opowiadał, że nie widział jeszcze tak prymitywnych ludzi. Wyrywali między innymi klamki z drzwi która się bardziej świeciła. Najbardziej zależało im na benzynie za którą gotowi byli oddać nawet własną broń ,toteż nasi robili im różnego rodzaju kawały. Kazali im iść za wioskę gdzie rosła dzika gruszka i kazali im trząść to drzewo aż wszystkie gruszki spadną a w tym czasie podłożono im bańkę z benzyną.Następnej nocy z bańkami sami udali się do ogrodu sąsiada i tam usiłowali trzepać gruszę. Jak zorientowali się , że nasi ich oszukali to udali się pod bramę naszej kwatery i doszło do strzelaniny. Gdyby nie interwencja przełożonego doszło by do tragedii. A szabrowanie ogrodów było na porządku dziennym a raczej nocnym.
Dziękujemy za bardzo ciekawy komentarz. Może dałaby się Pani namówić na wspomnienia o tamtych czasach?