Press "Enter" to skip to content

Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 6): Wspomnienia babci i wnuczki

Spread the love

Kamienica przy ulicy Kazimierza Pułaskiego 59 w Świdnicy to jedna z wielu podobnych jej w centrum miasta, która posiada bogatą historię, sięgającą wczesnego okresu istnienia naszego miasta.

I chociaż jej dzieje nie są w jakiś sposób spektakularne – osoby, które w niej zamieszkiwały, a przede wszystkim były właścicielami posesji nr 174 i zabudowań na niej się w ciągu 700 lat znajdujących, odcisnęły swoje piętno na historii miasta. Dziś są już zapomniane.

Wygląd domu w 2012 roku (polska-org/Janusz)

O ulicy Kazimierza Pułaskiego – przedwojennej Hohstrasse, czyli ulicy Wysokiej obszernie pisaliśmy w opracowaniu innego domu przy niej stojącego – Kazimierza Pułaskiego nr 40 [czytaj tutaj: Kazimierza Pułaskiego 40 (cz. 1): Hohstrasse czyli Wysoka i kolejnych sześć części]. Natomiast poprzednie części niniejszego opracowania można przeczytać tutaj: Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 1): Wyjątkowa piwnica, Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 2): Budowniczy kościoła pierwszym właścicielem!, Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 3): Pomyłka urzędnika miejskiego, Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 4): Wielce czcigodni Fesselowie, Kazimierza Pułaskiego 59 (cz. 5): Wary i podatki.

Ostatnimi, przedwojennymi właścicielami domu i posesji przy dawnej Hohstrasse 59 była rodzina stolarzy ze Świdnicy – o nazwisku Raupach. Od wspominanego w poprzedniej części opracowania mistrza ślusarskiego Augusta Führischa dom nabył 30 czerwca 1919 roku Max Raupach, mistrz stolarski. Data zakupu posesji wraz z domem nie była przypadkowa. Jest to bowiem okres galopującej w Niemczech po I wojnie światowej inflacji, a w zachowanych aktach wspomina się o tym, jako o okazji, którą wykorzystał Max Raupach. W księgach adresowych Świdnicy w latach 1884-1901 wymieniony jest mistrz stolarski Karl Raupach, być może imię Max występujące w aktach Wywiadowi Gospodarczej Wilhelma Schimmelpfenga jest jego drugim imieniem, o ile wywiadowcy Schimmelpfenga po prostu się nie pomylili. We wspomnianym okresie Max/Karl Raupach mieszkał przy Langstrasse 40 (ulica Długa), gdzie miał prawdopodobnie także swój warsztat stolarski.

Dowodem na to, że Max i Karl to jedna i ta sama osoba jest zapis w księdze adresowej miasta z 1905 i 1910 roku, gdzie pod jednym adresem – Hohstrasse 51 (druga lokalizacja firmy, przed zakupieniem domu przy Hohstrasse 59) figurują wspólnie mistrzowie stolarscy Karl Raupach i Alfred Raupach. Obaj figurują jeszcze wspólnie w księdze adresowej z 1925 roku (już pod adresem Hohstrasse 59), jednak począwszy od księgi adresowej z 1931 Karl Raupach znika z ich kart, co oznacza, że musiał umrzeć pomiędzy 1925 a 1931 rokiem.

Remont elewacji w 2018 roku (foto: Paweł Mazur)

Z zachowanych dokumentów wiadomo, że Karl miał przynajmniej czwórkę dzieci – jednego syna Alfreda oraz córkę Camille, a także dwoje dzieci, o których nie udało się znaleźć informacji. Alfred i Camille 30 stycznia 1934 roku stali się spadkobiercami w równych częściach majątku po zmarłym ojcu lub co bardziej prawdopodobne matce, chociaż według informatorów Schimmelpfenga zmarła dopiero w 1936 roku. W momencie objęcia spadku Alfred Raupach był już żonaty, natomiast Camille Raupach pozostawała niezamężna.

Alfred Raupach urodził się w latach 70. XIX wieku, w momencie przejęcia spadku był więc już około 60-letnim mężczyzną. W 1910 roku przejął stolarską firmę ojca, która między innymi zajmowała się produkcją i sprzedażą mebli. Z dokumentów z 1936 roku wynika, że w domu przy Hohstrasse 59 posiadał zarówno stolarnię (zapewne w budynku na zapleczu domu, gdzie wcześniej miał warsztat ślusarski August Führisch, a także sklep z pomieszczeniem wystawowym na frontowej elewacji budynku. W latach powojennych, charakteryzujących się głodem mieszkań, pomieszczenia sklepowe z czasem zostały właśnie na nie zaadaptowane.

W swojej firmie mistrz stolarski Raupach zatrudniał pomocnika i czeladnika. Roczne obroty firmy wynosiły około 25 tysięcy marek. Parcela z domem i pozostałymi zabudowaniami warta była około 50 tysięcy marek, a sam skład mebli i warsztat z maszynami kolejne 4-5 tysięcy marek. Interes rozwijał się dobrze, toteż pod koniec lat 30. XX wieku Raupach, aby rozszerzyć działalność firmy, zaczął także prowadzić sprzedaż komisową mebli, biorąc towar od innych producentów.

Miał opinię solidnego rzemieślnika i dobrego ojca oraz męża (miał żonę i dziecko). Firmę prowadził w sposób rzetelny, należności spłacał regularnie, a zadłużony był jedynie na około 5-6 tysięcy, nie posiadał jednak żadnych problemów finansowych.

Na razie nie udało się ustalić daty śmierci Alfreda Raupacha, na pewno jednak żył jeszcze w 1942 roku, kiedy wymienia go księga adresowa Świdnicy, a wraz z nim figuruje pod tym adresem Klara Raupach, prawdopodobnie jego żona. Alfred Raupach był ostatnim niemieckim właścicielem parceli i domu przy obecnej ulicy Kazimierza Pułaskiego 59. Znajdujący się na parterze sklep otrzymał w użytkowanie polski pionier. 30 października 1945 roku przyznano go Marcjanowi Berezie. Ciekawostką jest, że w aktach poświęconych osadnikom, którzy otrzymali lokale użytkowe w latach 1945-1947, w kamienicy przy Kazimierza Pułaskiego 59 miał się znajdować pod nazwiskiem niemieckiego właściciela Raupacha – sklep szewski. A to oznacza, że pod koniec życia Alfred Raupach zakończył działalność firmy i dawny sklep meblowy wydzierżawił, a dzierżawca zmienił jego profil.

O tym, jak wyglądało życie w domu po maju 1945 roku możemy się dowiedzieć dzięki zachowanym przez wnuczkę wspomnieniom Stanisławy Żmii, która mieszkała w domu przy ulicy Kazimierza Pułaskiego 59 przez kilkadziesiąt lat.

Zanim jednak przejdziemy do tych wspomnień, warto krótko przedstawić jej sylwetkę.

Zdjęcie ślubne Stanisław Żmiii i jej męża Romana (Archiwum rodzinne)

Stanisława Żmija z domu Cebula urodziła się w 1926 roku w Zegartowicach niedaleko Krakowa. Pod koniec 1940 roku jako najstarsze dziecko w rodzinie została zabrana na przymusowe roboty do Niemiec. Stasia miała wtedy zaledwie 14 lat. Przez pięć lat pracowała na dwóch gospodarstwach rolnych w okolicach Bayreuth. Tu 14 kwietnia doczekała wyzwolenia, kiedy okolice zostały opanowane przez wojska amerykańskie.

 – Pamiętam, jak mama wspominała, że jak szli Amerykanie, to Niemcy zatrudniający robotników przymusowych błagali ich na kolanach, żeby poświadczyć, że byli dla nich dobrzy i nie robili im krzywdy. Amerykanie, podobnie jak i Rosjanie, chociaż może na mniejszą skalę rozstrzeliwali Niemców i gwałcili Niemki – wspominała po latach córka Stanisławy – Janina.

Po powrocie do Polski Stanisława najpierw wróciła do rodzinnych Zegartowic, a następnie krótko mieszkała w Konarzynach (powiat chojnicki). W połowie 1946 roku Stanisława Cebula przyjechała do Świdnicy.

Tu znalazła zatrudnienie, ale dość szybko przeżycia wojenne dały znać o sobie i z trudem dawała radę pracować.

– Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale babcia pracowała między innymi przy jakiś chemikaliach, chyba w zakładach meblarskich. Bezpośredni kontakt ze żrącymi chemikaliami sprawił, że nabawiła się bardzo ciężkiej egzemy rąk, na którą z większym lub mniejszym nasileniem cierpiała do końca życia. Babcia opowiadała mi, że czasami dłonie tworzyły jedną wielką masę odpadającej płatami skóry. Bardzo często musiała je bandażować. Musiała bardzo cierpieć, choć nigdy się nie żaliła. Zawsze jednak mówiła mi: wnusiu, oszczędzaj ręce  – opowiada wnuczka pani Stanisławy.

W 1950 roku Stanisława – wówczas jeszcze Cebula, wyszła za mąż za Romana Żmiję, z którym dochowała się trójki dzieci.

 – Mieszkanie, które zajmowała babcia, było jak na ówczesne standardy życia ogromne, na pewno największe i najładniejsze w całej kamienicy. W różnych okresach czasu mieszkali w nim razem z babcią różni członkowie rodziny, stąd nigdy nie zostało ono podzielone na mniejsze części. Składało się z dwóch bardzo dużych pokoi, jednego mniejszego, długiego korytarza i kuchni oraz dwóch komórek, z których jedna była składzikiem na węgiel, a druga przypominała służbówkę.

Według mnie pierwotnie mieszkanie zajmowało całe piętro, a po wojnie wydzielono z niego trzy  kolejne lokale, z których jeden od powojnia, o ile dobrze pamiętam, zajmowała rodzina Jerzyków. Dużo później do drugiego lokalu wprowadzili się Walkoszowie.

Gdy babcia się wprowadziła do mieszkania pod numerem 3 na I piętrze, mieszkała w nim jeszcze stara Niemka. Była samotna i w żałobie. Nie pamiętam jej imienia [od red. być może była to wymienia w księdze adresowej w 1942 roku Klara Raupach, żona Alfreda Raupacha]. Babcia wspominała, że nosiła się  na czarno i  praktycznie ze sobą rozmawiały. Mimo, iż mogła korzystać z kuchni, nie wychodziła ze swojego  pokoju, a do Polaków odnosiła się z wielką rezerwą. Kobiety nauczyły się żyć ze sobą w taki sposób, że nie wchodziły sobie w drogę. Po kilku miesiącach Niemka została wysiedlona i wyjechała do Niemiec. Babcia nigdy więcej nie miała z nią kontaktu. Nigdy nie odezwała się też jej rodzina. Zostały po niej meble i przedmioty. Pamiętam piękne komody, być może wykonane przez jej teścia, wielkie szafy i łóżka, w których całe życie spali dziadkowie. W domu został na przykład piękny młynek do mielenia kawy, książki i worek pełen guzików, które kiedyś się zbierało. Z czasem te niemieckie guziki przemieszały się z polskimi, a my się nimi bawiliśmy.   

Niedzielny spacer przed domem przy ulicy Kazimierza Pułaskiego 59. Lata 50. XX wieku (Archiwum rodzinne)

Babcia była bardzo gościnna, towarzyska i serdeczna, więc przez mieszkanie cały czas przewijali się znajomi i przede wszystkim bliższa i dalsza rodzina. Często miały miejsce spotkania z różnych okazji, a wielkie mieszkanie było rajem dla dzieci. Pamiętam, że już w późniejszych latach, po moim urodzeniu i powrocie do Świdnicy największą atrakcją dla mnie i mojej siostry było bawienie się w tzw. „skanseniku”. Była to chyba poniemiecka komoda, w której  babcia trzymała same nowe, nieużywane rzeczy czy produkty, takie jak kawa czy słodycze. A ponieważ babcia lubiła gromadzić różne dobra na wszelki wypadek, było tam właściwie wszystko. Zresztą cała rodzina wiedziała, że jak komuś czegoś brakowało albo nie mógł czegoś zdobyć, szedł do babci, a ta zawsze wyciągała ze „skanseniku” i obdarowywała potrzebujących. Babcia miała zresztą bardzo dobre serce i starała się każdemu pomóc w miarę możliwości. Była przy tym cierpliwa, starała się zrozumieć kogoś albo coś wytłumaczyć. Dużo przeżyła i to było widać. Pamiętam też, że do końca życia nosiła w kieszeniach fartucha kawałki chleba, musiała więc doznać głodu i strasznie bała się dużych psów. To były reminiscencje wojny. Wiem, że została pogryziona przez owczarka niemieckiego,, którego poszczuł na nią niemiecki gospodarz, u którego musiała niewolniczo pracować jako nastolatka.

Jeżeli chodzi o kamienicę, to był ona mroczna albo taką kazała mi ją zapamiętać moja wyobraźnia. Jako dziecko czasami bałam się jednak po niej chodzić. Dom skrzypiał, było w nim mnóstwo zakamarków, półcieni, jakiś nie do końca wytłumaczalnych sytuacji. Tam zawsze miało się wrażenie, że ktoś, kogo nie widzisz, stoi obok ciebie. Może to też efekt mojej wyobraźni, ale czuło się tam obecność kogoś poza lokatorami. Dziś, gdy czytam wydobytą przez Świdnicki Portal Historyczny opowieść o tym miejscu, wiem dlaczego.

Mój strach budziły także bardzo głębokie piwnice, chociaż jako dzieci oczywiście zaglądaliśmy w każdą dziurę. Na podwórku stały jeszcze ponoć w latach 70. XX wieku drewniane komórki, które potem wyburzono. Na ich miejscu i na miejscu dawnego ogrodu zrobiono później niewielkie podwyższenie z trawnikiem i piaskownicą oraz urządzeniami do zabawy, całość dziś w opłakanym stanie, a kiedyś nasze miejsce wspaniałych wakacyjnych przygód.

W pewnym momencie, było to gdzieś w latach chyba 90. XX wieku w pomieszczeniach z tyłu budynku, przy wyjściu na dawny dziedziniec i ogród, uruchomiono dużą chemiczną prywatną pralnię.  Zniszczyła ona to miejsce. Przykry zapach chemikaliów i detergentów unosił się po całym domu. Ludziom zaczęło się żyć tu ciężko. Na dodatek wibracje od dużych pralek sprawiły, że mury budynku, który i tak był w złym stanie, zaczęły pękać. Na dodatek właściciele pralni wykuli w ścianie nośnej ogromny otwór. Kto na to pozwolił? Stare mury kamienicy zaczęły osiadać razem ze stropami. W efekcie tego pod koniec lat 90. XX wieku wszystkich lokatorów wysiedlono, a dom został poddany kapitalnemu remontowi.

To byli ludzie, którzy znali się od dziesiątek lat. Ten dom był dla nich czymś więcej niż tylko kamienicą, w której zamieszkali. Moja babcia wychowała tu czwórkę dzieci i doczekała się szóstki wnuków. Mam wrażenie, że do czasu pojawienia się pralni chemicznej, kochała ten dom i opiekowała się nim. To jest trochę taka opowieść, jak w tym serialu „Dom” Jana Łomnickiego. Tylko ulicę Złotą zastąpiła ulica Pułaskiego.

Fragment kuchni ze starymi meblami, pamiętającymi jeszcze czasy ostatnich niemieckich właścicieli – rodziny Raupach. Lata 70. XX wieku. (Archiwum rodzinne)

Dla starego domu remont, o którym wspomina wnuczka pani Stanisławy był przełomowy. Praktycznie wyburzono cały układ wewnętrzny budynku, zlikwidowano ściany działowe i stare, drewniane stropy, pozostawiając mury zewnętrzne. Wykonano nowy podział wnętrza, wydzielając mieszkania, które nie miały nic wspólnego z pierwotnym układem, a drewniane stropy i biegi schodowe zastąpiły konstrukcje żelbetowe. W ten sposób, gdy dziś zajrzy się na klatkę schodową, ma się wrażenie, że jest się w nowoczesnym budynku, a nie w starej kamienicy.

Nie udało się ustalić, jakie punkty usługowe lub handlowe znajdowały się po 1945 roku w pomieszczeniach na parterze budynku. W pierwszej dekadzie XXI wieku po lewej stronie od wejścia funkcjonował zakład fryzjerski damsko-męski, a po prawej stronie sklep Coccodrillo z markową odzieżą, obuwiem i akcesoriami dla dzieci (przeniesiony później na ulicę Kotlarską). W 2018 roku wyremontowano elewację domu, w formie zachowanej do chwili obecnej. Potem w miejscu sklepu funkcjonował (2023 rok) zakład „Eternity Spa – Patrycja Karwowska Renata Kępa” S.C. Obecnie w obu lokalach nie jest prowadzona działalność handlowo-usługowa, a lokal po prawej stronie od wejścia o powierzchni 108 m2 jest do wynajęcia.

Andrzej Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny

1 LIKE

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.