Press "Enter" to skip to content

Poszukiwanie człowieka. Twórczość Agnieszki Dobkiewicz czyli czułe dotykanie historii

Spread the love

Agnieszka Dobkiewicz – pisarka, publicystka i dziennikarka. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Prezes Fundacji IDEA, która promuje dziedzictwo historyczne i kulturowe Dolnego Śląska i jest wydawcą Świdnickiego Portalu Historycznego, jednego z największych portali historycznych w regionie.

Inicjatorka i organizator „Białego Marszu” upamiętniające kobiety, które trafiły do obozu koncentracyjnego KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. Za swoją działalność otrzymała tytuł „Zasłużonej dla Miasta Świdnicy”. Uczestniczka wielu festiwali literackich oraz kulturowych w kraju i za granicą. Jest także jedną z kobiet wpisanych na Szlak Dolnoślązaczek. Kobiet, które promują Dolny Śląsk, pracują na rzecz jego kultury i historii oraz otwierają dla innych kobiet nowe perspektywy spojrzenia na dawny i dzisiejszy świat. Wyróżniona odznaczeniem „Chroniąc Pamięć”, które honoruje Polaków, ratujących żydowskie dziedzictwo narodowe.

Autorka dwóch przejmujących książek związanych z obozem KL Gross-Rosen: „Mała Norymberga. Historie katów z Gross-Rosen” i „Dziewczyny z Gross- Rosen. Zapomniane historie obozowego piekła”.

„Mała Norymberga. Historie katów z Gross-Rosen” to zbiór reportaży o obozowych katach, napisanych przez pryzmat tragedii, jakie zgotowali oni swoim ofiarom. Bezmyślna, tępa siła i wszechobecna nienawiść człowieka do człowieka. Książka ma także wątek sensacyjny, bowiem autorka przedstawia i analizuje fakty, które skłaniają ją do postawienia tezy, że znany zbrodniarz wojenny Josef Mengele tuż po wojnie stanął przed polskim sądem okręgowym w Świdnicy i nierozpoznany, został… zwolniony.

W „Dziewczynach z Gross-Rosen” autorka ponownie mierzy się z tragedią ofiar, tym razem ukazując losy młodych kobiet. Pokazuje hart ducha i wolę przeżycia, dzięki któremu udało im się ocaleć z Marszy Śmierci, kiedy były gnane boso w kilkunastostopniowych mrozach. Ale przywołuje też dziewczyny, które nie zdołały wypełnić danej sobie obietnicy i marzeń, że przeżyją i że zjedzą słodkie…truskawki… Znany dziennikarz, reporter i pisarz Marek Łuszczyna stwierdził, po lekturze „Małej Norymbergi” że: Dobkiewicz udało się wejść w umysł schwytanego zbrodniarza wojennego… Natomiast „Dziewczyny z Gross-Rosen” pięknie zrecenzował Michał Wójcik, dziennikarz i historyk: Z zaledwie sześciu nici Agnieszka Dobkiewicz utkała kobierzec, przy którym bledną arrasy wawelskie. To historie kobiet, które trafiły na samo dno człowieczeństwa i albo tam zostały, albo jak Ruth czy Halina żarliwie żyły dalej mimo straszliwego piętna. Wstrząsające.

Obie książki doczekały się w Polsce kilku wydań, osiągając status bestsellerów. Zostały także przetłumaczone i wydane w Czechach.

Trzecia książka Agnieszki Dobkiewicz „Pożydowskie. Niewygodna pamięć” to – podobnie, jak we wcześniejszych publikacjach – zbiór reportaży o przenikaniu się kultury polskiej i żydowskiej i konsekwencjach z tego wynikających. To dwanaście żydowskich miesięcy i dwanaście reportaży, które zmuszają do refleksji i poszukania odpowiedzi na pytanie – jak daleko w głąb polskiej tożsamości sięgają żydowskie korzenie. Spalenie statutu kaliskiego przez narodowców w 2022 roku odbiło się na świecie szerokim echem. Międzynarodowa społeczność wyraziła swoje głębokie oburzenie, a dla Agnieszki Dobkiewicz był to jeden z impulsów do zmierzenia się z kwestią, kiedy cudze zaczyna być własne, a (po)żydowskie przeistacza się w polskie. Z książki dowiadujemy się, co to znaczy być Żydem we współczesnej Polsce oraz co dzieje się, gdy po polskim mieście chodzi się z gwiazdą Dawida. Autorka zabiera nas w podróż przez osiemdziesiąt lat skomplikowanych relacji polsko-żydowskich w powojennej historiiPolski; od baśniowych ilustracji Jana Marcina Szancera i nieznanej twarzy Lema, przez kaliskie lalki szirlejki i koszerne pierniki z Torunia, po nieznaną historię słowika wileńskiego getta, tragedię i listy do małego Henia, cudem uratowaną ze zbiorowego grobu Czeszkę czy Holocaust „made in Hollywood. To historie, które nierzadko rozrywają duszę na strzępy. O książce pięknie napisał Konstanty Gebert: W żadnym innym języku nie ma tego słowa. W niemal żadnym innym kraju nie ma tego zjawiska. I nigdzie się tak bardzo nie milczy o pożydowskim jak w Polsce

Kolejna książka Agnieszki Dobkiewicz – „Zamek Książ. Historia opowiedziana głosami służących” to książka wyjątkowa. Zarówno pod względem konstrukcyjnym, jak również sposobu ujęcia tematu. Do tej pory historia trzeciego co do wielkości – po warowni w Malborku i rezydencji na Wawelu – zamku w Polsce, pisana była przez pryzmat arystokratycznego rodu von Hochberg, który władał Książem przez czterysta lat i który dziś jest wykorzystywany do promocji zamku. O Hochbergach i ich świecie wiemy sporo. Tymczasem autorka w swojej książce pokazuje nam inny, równoległy świat, który istniał obok hochbergowskiego, pełnego blichtru, bogactwa, zbytku i rozrzutności. Agnieszka Dobkiewicz odkrywa świat tych, którzy służyli wielkim Hochbergom, i których postaciami zapełnia na nowo zamkowe wnętrza. Postaciami, które całkowicie umknęły z ludzkiej pamięci i kart historii, a tworzyły swoje własne, zamknięte miejsce na ziemi. Dla autorki to swojego rodzaju „mikrokosmos”. Choć oba te światy siłą rzeczy były całkowicie odrębne i różniły się chociażby w sposobie postrzegania rzeczywistości, to jednak przenikały się wzajemnie, tworząc pewnego rodzaju koegzystencję. Świat postaci, które na nowo przywróciła do życia i naszej pamięci Agnieszka Dobkiewicz, praktycznie był do tej pory – z nielicznymi wyjątkami – zupełnie nieznany. Autorka przede wszystkim w oparciu o archiwalia, dokumenty, ale też relacje. listy i pamiętniki prezentuje nam w książce 24 postaci z tego „mikrokosmosu”. Ale nie jest to książka historyczna. Nie są to też zwykłe biografie. Agnieszka Dobkiewicz po raz kolejny sięga po swoją ulubioną formę literacką – reportaż. Z charakterystyczną dla siebie lekkością pióra, nie zaniedbując jednak kontekstu historycznego i operując faktami historycznymi, snuje godzina po godzinie opowieść o nieznanym świecie. Bo też czas jest dla tej opowieści niezwykle istotny. Każdy z 24 reportaży w książce to jedna godzina z życia jej bohaterów. Każdy reportaż zaczyna się o kolejnej godzinie, wybijanej przez zamkowy zegar. Razem z postaciami odkurzonymi przez autorkę przenosimy się do wcześniejszych okresów ich życia. Te retrospekcje są ważne dla konstrukcji literackiej książki, która ma niemal powieściową narrację. A przecież to historie prawdziwe.

W tej książce jest wszystko – uciekający, bezwzględny czas, trochę sentymentalizmu i melancholii, nostalgia i tęsknota bohaterów za czymś, co już nie wróci, ich rozterki i dylematy, radości, smutki i tragedie. Daniel Lis, redaktor odpowiedzialny za książkę w Wydawnictwie Agora stwierdził, że: Ta książka otula jak ciepła kołderka. Bo też wiele w niej jest czułości i ciepła. A wszystko to w rytm bicia starego książańskiego zegara…

Więzień miał czuć się upodlony, miał bezwzględnie słuchać, odgadywać oczekiwania i pracować. Gdy już nie mógł, minuty jego życia były policzone. Obozowe koło mieliło kolejne setki więźniów, które tutaj przyjeżdżały. Z daleka od ludzkich oczu, bez ustanku i bez litości. Jeden z więźniów, który przebywał tu praktycznie od początku, opowiadał, że co jakiś do obozu wjeżdżała na koniu baronówna von Richthofen. Zmierzała do kuźni, gdzie pracujący osadzeni zajmowali się jej rasowym zwierzęciem. To musiał być widok jak z najlepszego obrazu mistrza surrealizmu. Młoda arystokratka na rasowym koniu, a wokół niej tłum upodlonych mężczyzn, którym nadano numery, by do końca pozbawić ich tożsamości. Co jakiś czas w powietrzu unosił się zapach palonych ciał tych, którzy nie dali rady lub tych, na których wydano wyrok i wykonano egzekucję. Ptaki zawracały, a ludzie udawali, że nie widzą, choć słodka, dusząca woń powodowała mdłości. Tylko że to nie był pure nonsense – to była prawda. Tragicznie realny świat, który ludzie stworzyli ludziom.

[…] Dziś w niewielkich Katovicach co roku w okolicach 20 kwietnia na ulice miasteczka wychodzą dzieci ze znajdujących się tu szkół i przedszkoli. Mają w rękach naręcza kwiatów i wieńce. Idą w ciszy na miejscowy cmentarz. Pamięć o tragicznym wydarzeniu, które przeżył Kozłowski na dworcu w Katovicach, przetrwała przez 70 lat. Pociąg wiozący więźniów został ostrzelany przez amerykańskie samoloty. Był wczesny ranek. SS-mani pochowali się w lesie. Wartownicy w obozie Gross-Rosen. Sprowadzeni do Świdnicy w 1947 roku na proces SS-mani też podawali się za wartowników i mówili, że z więźniami nie mieli w ogóle do czynienia. i zostawili wagony bez nadzoru. Właśnie wtedy ze stojącego obok budynku gospodarczego wymknął się niezauważony odważny František Gál, który mieszkał niedaleko w Starym Dražejovie. Czech wziął do rąk żelazny pręt i pod deszczem kul jak kot podbiegł z nim do wagonów. Chwilę to trwało, ale udało mu się otworzyć trzy spośród nich. W środku byli więźniowie. František uwolnił 250 osób. Oszołomieni, wyswobodzeni z transportu śmierci niewolnicy zobaczyli niespodziewanie na stacji napis „Katovice” i pomyśleli zapewne, że są… w Polsce. Dlatego zaczęli zeskakiwać z wagonów i na oślep biec w stronę lasu. Ponoć 150 udało się uciec! To scena godna najlepszego hollywoodzkiego filmu. Kilka setek wynędzniałych niewolników ucieka z pociągu, który rozbroił jeden odważny Czech – i to na oczach SS-manów. Tylko 11 więźniów złapano. Strażnicy przywlekli ich na dworzec i tutaj na oczach mieszkańców, przy wagonach, w których zamknięci byli pozostali osadzeni, rozstrzelali. Katoviccy Czesi musieli być wstrząśnięci tym, co się stało. Skoro później ryzykowali, podchodzili do wagonów, by podawać więźniom jedzenie i wodę, tragedia musiała spowodować przypływ niezwykłej odwagi i zrodzić bunt. Przecież, jak zeznał Höbbel, w transporcie jechało 200 SS-manów, a każdy z nich miał broń.

Gdy pociąg z Katovic odjechał do Mauthausen, Czesi zebrali ciała ofiar i je pochowali. Cztery osoby w Katowicach i siedem w pobliskich Volenicach. Tymczasem ci, którzy przeżyli, ukrywali się u okolicznej ludności aż do czasu wyzwolenia przez Amerykanów. Historia, która wycisnęła tak trwałe piętno w pamięci mieszkańców, jest wciąż żywa.

Kiedy pierwszy raz odważniej spojrzałam na to zdjęcie, na drewnianym, piętrowym łóżku, które wydawało się olbrzymie w porównaniu z małym ciałem leżącej na nim kobiety, zobaczyłam starszą panią. Nie miała na sobie ubrań, a na pierwszym planie fotografii widać było jej duże stopy, które wydawały się wyjątkowo mocne jak na jej wiek. Wtedy jednak się nad tym nie zastanawiałam. Dopiero gdy mój wzrok zatrzymał się na jej wyjątkowo ciemnych włosach, przestałam być pewna tego, ile ma lat. Chyba wtedy zdałam sobie sprawę, że ta kobieta wcale nie jest stara. Jej wychudzone ciało było nagie, ale nagością inną niż ta, którą pokazujemy po zdjęciu ubrania. Wówczas nagość bywa często piękna i uzasadniona estetycznie. Natomiast skrajne wychudzenie ciała kobiety ze zdjęcia spowodowało, że przez skórę widać było każdą jej kość. Miednica sterczała, tak jakby miała zaraz przebić się przez cienką skórę, i sprawiała wrażenie boleśnie pustej. Nad złożonymi dłońmi – też wyjątkowo dużymi i młodymi, jak dopiero później zauważyłam – widać było jakby pozbawione zawartości kobiece piersi. Ktoś włożył kobiecie pomiędzy nogi kawałek tkaniny, jak dziecku. Trudno stwierdzić, czy z potrzeby, czy zlitował się nad wstydem obnażonego ciała. Wieńczyła je stosunkowo duża głowa z włosami, które nie dodawały urody. Bo chudość nie oszczędziła też twarzy kobiety. Wielkie oczy, patrzące gdzieś przed siebie, były niepokojące i jestem do dziś przekonana, że ta dziewczyna zdawała sobie sprawę, że umiera. Zdjęcie wykonano 8 maja 1945 roku. Fela Szeps miała na nim zaledwie 27 lat. Zmarła dzień później.

[…] Niewiele zachowało się wspomnień Gerdy z kolejnej jesieni i zimy. Opisywała coraz dłuższe apele i coraz zimniejsze poranki. Gorsze jedzenie i naloty bombowe. Przerwy w dostawach i przerażenie Niemców. Dziewczyna traciła powoli nadzieję, choć jednocześnie grossroseńskie więźniarki wiedziały, że zbliża się koniec wojny. Nie wiedziały jednak, czy przypadkiem nie oznacza to też ich końca. Złe przeczucia spełniły się 29 stycznia 1945 roku, gdy dostały po trzy kromki chleba i ruszyły przed siebie. Najpierw było przerażenie, gdy widziały inne więźniarki, które szły w marszu dłużej od nich. I dziękowały Bogu, że im tego oszczędził. Stosunkowo szybko przyszedł głód. W pierwszej stodole, w której spały, Gerda nauczyła się wszystkiego o życiu. Na przykład tego, że buty trzeba ściągać i kłaść się na nich, by w nocy koleżanki ci ich nie ukradły. Bez butów szanse przeżycia w zimie spadały do zera. W kolejnej stodole, gdy już nauczyła się spać na butach, oduczyła się modlitwy. Okazało się, że Bóg nie nadaje się na marsz śmierci i to, co widziała. Żaden bóg. I że Dziewczynka z zapałkami Andersena, którą mama czytała jej w dzieciństwie, jest bardzo realistyczna, bo gdy robi się tak zimno, że człowiek nie może się ruszyć, to najbardziej chce się zasnąć. Ale właśnie wtedy zasnąć nie można. Więc potrząsała Ilse z całej siły bezwładnymi rękami i krzyczała, że nie wolno jej spać, że ona jej nie pozwoli. Położono je na nagiej, zlodowaciałej ziemi. Rano zobaczyła wokół siebie wiele „dziewczynek z zapałkami”, które zasnęły. Ale Ilse nie pozwoliła zasnąć i sama też nie zasnęła. „Zostawiłyśmy wiele dziewczyn na śniegu, wiele zostało zabitych – wspominała Gerda. – Tego nie da się opisać. Miałam na sobie buty narciarskie, które dał mi tato. Prosił, żebym je cały czas nosiła, nawet w lecie. Uratowały mi one życie w tym marszu. Spałyśmy na dworze. Widziałam, jak dziewczyny rano odłamywały sobie przemrożone palce u nóg… jak gałązki. Dnia 29 kwietnia z Ilse nie było już dobrze. Miała halucynacje. Widziała […] rzeczy, których nie było. Jedna z moich sióstr obozowych miała dwa ziemniaki. «Weźcie je» – powiedziała. Dałam Ilse ziemniaka, a ona powiedziała, że nie jest głodna i kazała mi zjeść oba. Powiedziała też, że do nikogo nie ma żalu. «Jeśli moi rodzice przeżyli, to nie mów im, jak umarłam» – poprosiła. Chciała trochę wody, ale wtedy podszedł SS-man i kopnął ją w głowę. Dałam jej później pić z rąk i zasnęłyśmy. Rano obudziłam się, ale ona już nie…

W 1939 roku Henio ma sześć lat. Czasem widzi, jak rodzice, rozmawiając, ściszają głos, gdy wchodzi do kuchni. Widzi zatroskane spojrzenie ojca, gdy czyta gazety. W powietrzu czuć, że coś się zmieni. Ale Henio żyje tym, że we wrześniu ma iść do szkoły. I to tej, w której uczy jego mądry tato. Na zdjęciu Henio nadal ma krótkie spodenki w pepitkę i białą koszulkę oraz białe butki i skarpetki. Znak, że mama Sara nadal go stroi. Nie pozwolił już jednak włożyć sobie na głowę żadnej dziecinnej czapki. Przecież jest mężczyzną. 5 lipca 1939 roku, gdy zrobiono zdjęcie, po raz pierwszy jechał rowerem na dwóch kółkach. Do fotografii Henio pozował na schodach banku przy Krakowskim Przedmieściu. To ostatnie zdjęcie chłopca, jakie się zachowało. 1 września na Polskę napadli Niemcy, a 17 września Rosjanie. Ostatecznie Lublin jako stolica dystryktu został włączony do Generalnego Gubernatorstwa. Henio jest jednym z 300 tysięcy Żydów, którzy w tym czasie zamieszkują dystrykt lubelski. Eksterminacja tej społeczności podczas II wojny światowej spowodowała, że ich historie się pourywały, a losy są nie do odtworzenia. W 2001 roku do Lublina przyjeżdża jednak Neta Żytomirska-Avidar. To młodsza kuzynka Henia, która przyszła na świat, gdy jego już na nim nie było. Jej tato – Leon, brat Samuela Żytomirskiego – wyjechał w 1937 roku do Palestyny. Jest jedynym członkiem rodziny Żytomirskich, który przetrwał Zagładę. Neta rodzi się w 1943 roku. Jako 58-letnia kobieta po raz pierwszy odwiedza Polskę i trafia do Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Tu opowiada historię małego Henia. Przekazuje też dwa albumy przedstawiające losy kuzyna i jego rodziców. Taki gest powoduje, że przywraca ich pamięci miasta.

Cztery lata później, w 2005 roku, gdy po raz pierwszy obchodzony jest Dzień Pamięci o Holocauście, powstaje projekt „Listy do Henia”. W miejscu, gdzie zrobiono ostatnie zdjęcie chłopca w 1939 roku, ustawiona zostaje duża fotografia małego Żytomirskiego, a obok stolik, przy którym można napisać list do niego i przybić okolicznościowy stempel oraz skrzynka pocztowa Teatru NN. Z głośników płynie opowieść o Heniu, a ludzie mogą napisać do niego list i go wysłać. Od tej pory listy wysyłane są co roku. Wszystkie wracają do autorów z adnotacją: „adresat nieznany”.

[…] Drogi Heniu… bardzo mi przykro, że żyłeś w takich okropnych czasach, przez co nie udało Ci się przeżyć. Jednak wiem, że podczas Twojego krótkiego życia byłeś dzielnym chłopcem – pisze Magda i załącza dwa narysowane długopisem baloniki.

Michał:

[…] A ty, Heniu, czym się interesujesz, jak spędzasz czas? Poznałem historię o Tobie i Twojej rodzinie. To, co Was spotkało, bardzo mnie wzruszyło. Trudno mi jest sobie wyobrazić, co przeżyłeś, będąc w obozie. Byłeś kilkuletnim chłopcem, który nigdy nikogo nie skrzywdził.

Bernard:

[…] Gdybyś żył, byłbyś może dziadkiem mojego kolegi i opowiadałbyś nam nieznane historie o Majdanku, jak trzeba było sobie radzić w getcie i jakim zaradnym byłeś chłopcem. Ty nie możesz opowiedzieć już żadnych przygód, ale ja mogę opowiedzieć o Tobie innym młodym ludziom, z którymi możemy się troszczyć o świat bez przemocy.

Stanisław:

[…] Nikt nie powinien dorastać w takich warunkach. Naprawdę szkoda mi Twojej rodziny i nie życzę nikomu takiej tragedii. Mam nadzieję, że tam, gdzie jesteś, ci się podoba.

Kacper:

[…] Okropny los zabrał ci życie, choć miałeś go jeszcze tyle przed sobą. Ludzie, którzy odebrali ci żywot, zostali ukarani, ale to i tak nie przywróci Cię do życia. Choć nie ma Cię na świecie, to nadal jesteś w pamięci wielu starszych i młodych ludzi.

Gabrysia:

[…] Jutro wracam do szkoły i średnio się cieszę, ale będzie dobrze. Nawet nie wiesz, jak Ciebie tu brakuje. Z opowiadań mojej pani od polskiego byłeś superchłopakiem. […] Mam nadzieję, że kiedyś zobaczysz ten list. Pamiętaj, że gdy Ci się nudzi, to zawsze jest wiele rzeczy do zrobienia, takich jak granie w piłkę czy rysowanie. Teraz muszę już niestety spadać

[…] Wszystkie listy są adresowane na ulicę Szewską 3 w Lublinie. I wszystkie wracają.

***

Z perspektywy dzisiejszych czasów zeznania Straussovej są porażające i trudno zrozumieć w ogóle, jak w tak logiczny sposób mogła opowiedzieć o tej zbrodni. To głos prosto z mogiły, w którą zrzucono ją strzałem w głowę. „Policjant powiedział kilku kobietom, aby usiadły na kopcu ziemi wykopanej z dołu” – mówiła przed Bertą Gerzonovą. „Kazał mnie i jeszcze dwóm kobietom się odwrócić. Najpierw strzelił do kobiet w pobliżu dziury, a potem przyszła kolej na nas. Stałam na środku. Była piękna noc i świecił księżyc. Patrzyłam na księżyc i myślałam: «Jaka szkoda, że muszę umrzeć i nikt się nigdy nie dowie, co tu się stało». Właśnie wtedy zrozumiałam, jak pięknie jest żyć, pomimo tego wszystkiego, co przeszłyśmy. Usłyszałam strzał i moja sąsiadka po prawej runęła do dziury. Drugi strzał i poczułam intensywny ból w karku. Upadłam, ale nie straciłam przytomności, nawet na krótką chwilę. To dziwne, że nie byłam martwa, ale czekałam na nadejście śmierci. Po chwili zorientowałam się, że strzał nie był śmiertelny. Poczułam krew wypływającą z rany i szybko położyłam rękę na szyi. Trwało to tylko chwilę. W tym czasie moja sąsiadka po lewej stronie została zastrzelona. Przestraszyłam się, że zostanę pogrzebana żywcem. Słyszałam rozmowę dwóch Schutzpolizisten, którzy stali na wprost mnie. Wymiana zdań była interesująca. Jeden z nich chciał wrzucić nasze ciała do dołu, drugi chciał czekać, aż wszyscy będziemy martwi, a wtedy lekarz zdejmie z nas ubranie i wrzuci do dziury. «Ciężko chorych, których przywieziono tu na taczkach, zatłuczemy na śmierć kolbami karabinów» – powiedział jeden z Schutzpolizisten. Po tej rozmowie oddalili się od dziury na skraj lasu, aby przywieźć kolejne ofiary. Bez zastanowienia odwróciłam się i poczołgałam do lasu.

[…] Pożydowskie to ważna dla mnie podróż w wielu aspektach, także w głąb swojego życia. To również efekt wielu miesięcy, a może nawet lat pracy. Nie byłoby jej jednak, gdyby nie osoby, które mi podczas niej towarzyszyły. Nim jednak zacznę podziękowania, napiszę o osobie, która już w końcowym etapie powstawania książki najbardziej mi pomogła. To poseł Konfederacji Grzegorz Braun. Gdy kończyły się prace redakcyjne nad „Pożydowskim”, zaczęłam wątpić w to, co zrobiłam, bo wydawało mi się, że być może ta historia nikomu nie jest potrzebna. Polska żyła wyborami parlamentarnymi i zmianą władzy. Pomyślałam, że może to czas patrzenia do przodu, a nie w tył, i ludzie tego nie potrzebują. Nie są to dla autora takiej historii pozytywne przemyślenia, zwłaszcza że książka była już w zaawansowanym etapie produkcji. I nagle przyszedł 12 grudnia 2023 roku. Oglądałam, jak pewnie większość z nas, obrady Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, której jestem dumną obywatelką. Nagle TVN24 pokazało coś, co mnie zmroziło. Poseł Grzegorz Braun wziął gaśnicę i rozpylił jej zawartość na świecznik chanukowy, który postawiono w Sejmie i na którym zapalono kolejne światełko. Bo przecież Chanuka to święto światła. W akcie barbarzyństwa poseł Konfederacji wygasił płomień. Wydarzenie poruszyło całą Polską, ale nie tylko, bo pisały o nim media na całym świecie. Ten gest bezduszności pozwolił mi jednak uwierzyć, że Pożydowskie jest potrzebne i że taką podróż każdy Polak i Polka powinni odbyć. Bo to pożydowskie siedzi w nas głębiej, niż byśmy może chcieli. Także w pośle Braunie. Dlatego dziękuję Ci, pośle Braunie, że dzięki

Tobie przypomniałam sobie, z jakiej niezgody na świat, który Ty chcesz tworzyć, moja książka powstała. Ona jest sprzeciwem wobec takiej właśnie rzeczywistości, jaką Ty proponujesz, i wstydu, jaki niesiesz swoimi działaniami na cały świat.

Stary Richard siedział sam w pokoju, w którym gęstniała ciemność. Choć na zewnątrz było jeszcze jasno, popołudniowe słońce nie oświetlało jego mieszkania przy Friedrichstrasse 49 w Świebodzicach i szybko zapadał w nim półmrok. Teraz jednak mu to nie przeszkadzało. W fotelu skierowanym do otwartego na oścież okna było mu wygodnie i ciepło, a nogi okrywał pled. W rękach trzymał strzelbę firmy Westley Richards. Była to jedyna pamiątka z ostatnich lat, którą zabrał, odchodząc z pracy w książęcych lasach. Drewniana kolba w rękach sprawiała, że czuł nie tylko przyjemność, ale też pewność, że w jego życiu coś miało znaczenie. Co pewien czas przyciskał twarz do zimnej, stalowej lufy. Ktoś mógłby pomyśleć, że w ten sposób chłodził twarz w upalny lipcowy wieczór. W rzeczywistości Richard co chwilę zapadał w krotki sen, a opadająca głowa zatrzymywała się na lufie. Wydawało mu się wtedy, że jest w lesie i czeka na rozpoczęcie polowania. W chwilach powrotu świadomości docierało do niego, że siedzi w mieszkaniu i nikogo z nim nie ma. Nie bał się samotności. Bał się zapomnienia. Dziewięć dni wcześniej odszedł na emeryturę po trzydziestu trzech latach pracy u Hochbergow. Liczył na to, że książę Hans Heinrich XV spotka się z nim i osobiście podziękuje mu za wierną służbę. Napisał nawet do doktora Paula Hohbauma, dyrektora generalnego dóbr książęcych, uprzejmą prośbę o możliwość rozmowy z księciem. Dostał jednak odpowiedź, że ten zaniemógł i musi pilnie wyjechać do lekarza w Berlinie, a później pojedzie do uzdrowiska Bad Nauheim w Hesji na dalszą kurację. Czuł rozczarowanie, choć przecież nie liczył na wdzięczność. Wydawało mu się jednak, że po tylu latach zasłużył na tę jedną rozmowę.

[…]  Tej nocy, w dziesiątym dniu emerytury, były książęcy nadleśniczy przyłożył głowę do zimnej lufy po raz ostatni. Rano znalazła go córka Irma, a wezwany przez nią lekarz stwierdził udar. Jednak w ostatnich godzinach Richard Ludwig przypomniał sobie tamto spojrzenie. Wówczas, w grudniowej ciemności, wydawało mu się, że żubr śpi i zaraz się obudzi. Zapamiętał, że w tle zamkowy zegar wybił godzinę dwudziestą, gdy ktoś pochylił się nad nim i poklepał po ramieniu.

– Masz – powiedział.

Richard odwrócił się w stronę głosu i aż podskoczył. Obok stał cesarz i wręczał mu jedną ze swoich strzelb.

– Niech ten Westley Richards dobrze ci służy – dodał.

Zesztywniały nadleśniczy wyciągnął rękę i wziął broń. Cesarz ruszył dalej ze swoją świtą, a on stał jak zaczarowany. Gdyby nie strzelba, którą – siedząc w fotelu – wciąż trzymał w rękach, uważałby, że to sen.

***

Droga okazała się znacznie spokojniejsza niż dzień wcześniej, co przywróciło miss Dolly pewną nadzieję. Gdy zmierzchało, stanęli w miasteczku – chyba już po czeskiej stronie Sudetów – i postanowili, że spędzą noc na zewnątrz. Zjedli po kawałku chleba i popili mlekiem, które wzięli na drogę jeszcze z książańskich zapasów. Zrobiło im się raźniej.

Schmidt chciał ruszyć dalej nocą, bo uważał, że tak będzie bezpiecznie. Już koło godziny dwudziestej położyli się więc spać. Wyruszyli tuż przed świtem. Dolly spojrzała na zegarek. Dostała go od księżnej Daisy tuż przed jej śmiercią. Dochodziła czwarta nad ranem.

Właściwie trudno zrozumieć, co stało się później. Z lasu wyskoczyli jacyś ludzie, krzyczeli w niezrozumiałym języku. Mieli karabiny. Dyrektor Schmidt mówił do nich po angielsku i po niemiecku, ale nie słuchali.

– Jesteśmy z Książa, od książąt Hochbergów, służącymi, jesteśmy Anglikami – tyle zrozumiała. o nie przyniosło żadnego skutku. Ustawili miss Dolly przy drodze i wycelowali w nią karabiny. Gdzieś w oddali słyszała bicie dzwonu.

– Jeden – liczyła – dwa, trzy, czte…

Strzałów już nie słyszała. Dokładnie o tej porze niecałe dziesięć miesięcy wcześniej Alec Ste-wart, były dyrektor stajni książęcych, obudził się w Hamburgu z krzykiem na ustach.

1 LIKE

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.