Press "Enter" to skip to content

Ostatnia egzekucja w Świdnicy

Spread the love

17 maja 1851 roku w Świdnicy odbyła się ostatnia publiczna egzekucja. Właśnie mija równo 170 lat od tego wydarzenia.

Publiczne egzekucje od najdawniejszych czasów w swoich założeniach miały przede wszystkim działać moralizująco i pokazać, że zbrodnia czy w ogóle łamania prawa nie popłaca i spotyka się z surową, ale jednocześnie zasłużoną i sprawiedliwą karą. Miały przestrzegać przed popełnianiem występków w danej społeczności ale jednocześnie udowodniać, że dany system działa i społeczeństwo w nim funkcjonujące może czuć się bezpiecznie.

Ale dla gawiedzi było to także – chociaż brzmi to może brutalnie – pewnego rodzaju widowisko, które w śląskich miastach gromadziło nierzadko po kilka tysięcy gapiów. Obserwowali oni nie tylko samą egzekucję, ale także przemarsz orszaku ze skazańcem na miejsce kaźni. Na początku takiego pochodu szedł poczet zbrojny, za nim duchowni, skazaniec, kat z pomocnikami i dalsza część eskorty w postaci zbrojnych.

Fragment XVIII-wiecznej mapy twierdzy świdnickiej: A Kościół Pokoju; B – Fort Szubieniczny; C – ulica Wrocławska; G – Wzgórze Szubieniczne z zaznaczoną szubienicą.

Egzekucji dokonywali wykwalifikowani kaci, którzy posiadali tytuły mistrzowskie w swoim fachu. Było ich stosunkowo ograniczona ilość, a ich usługi nie należały do tanich. Toteż nie wszystkie miejscowości, nawet te większe stać było na stałe zatrudnianie kata. Zdarzało się, że jeden kat niejako „obsługiwał” po kilkanaście miejscowości i że byli oni doraźnie zatrudniani tam, gdzie ich nie było. Jeżeli kat z jakichś względów nie mógł wykonać egzekucji, wyznaczał swojego następcę. Rola katów nie ograniczała się jednak do samej egzekucji. Często pomagali oni w zbieraniu dowodów winy, a po egzekucji mieli obowiązek pochować ciało skazanego. Bardzo często zdarzało się, że ci ostatni byli wrzucani do dołów znajdujących się blisko miejsca kaźni. Taki „pochówek” w niepoświęconej ziemi miał być dodatkową karą dla przestępcy.

Zatrudniając kata z innej miejscowości należało mu zapewnić kwaterę, wyżywienie, eskortę zbrojną w podróży i oczywiście zapłacić za wykonanie egzekucji. Wynagrodzenie było różne, w zależności od epoki, taryfikatora ustalonego przez daną radę miejską i rodzaju pracy do wykonania przez kata. Dla przykładu około połowy XVI wieku na Śląsku niektóre z czynności katowskich wyceniano na: torturowanie – 1 talar, chłosta przy pręgierzu – 2 talary, powieszenie na szubienicy – 3 talary, obcięcie uszu – 2 talary, obcięcie prawej ręki – 4 talary, ścięcie głowy – 5 talarów, pogrzebanie żywcem – 6 talarów, kastrowanie i powieszenie obciętych genitaliów na uszach – 6 talarów, spalenie żywcem – 6 talarów, łamanie kołem – 6 talarów, „kąpiel” w rozgrzanym oleju – 7 talarów, rozrywanie skazanego rozgrzanymi obcęgami – 8 talarów, a razem  z wleczeniem na miejsce kaźni, darciem pasów skóry i ćwiartowaniem – 12 talarów, nabicie na pal – 10 talarów.

Tak wyglądała murowana szubienica w Świdnicy u zbiegu obecnych ulic Wrocławskiej i Łącznej (fragment rysunku F. B. Wernera z połowu XVIII wieku)

Oczywiście powyższy taryfikator nie wyczerpuje wszystkich katowskich czynności i kar stosowanych na przestrzeni wieków, na podstawie wyroków sądowych.

Najbardziej rozpowszechnionymi karami było powieszenie lub ścięcie mieczem. O ile to pierwsze było zazwyczaj dość prostą egzekucją w wykonaniu, o tyle na pewno trudniejszą było ścięcie głowy mieczem. Prawidłowo wykonana egzekucja – głowa powinna zostać oddzielona od tułowia jednym cięciem – przynosiła katu jednak większy… prestiż.

Jako ciekawostkę związaną ze świdnickimi katami, których listę zamieszczamy na końcu tego tekstu warto podać, że przez około 170 lat funkcję tą pełnili przedstawiciele tej samej rodziny o nazwisku Neumeister. W Świdnicy (jak i w innych miejscowościach) tortur lub egzekucji od średniowiecza dokonywano w wyznaczonych do tego miejscach. Tych ostatnich było w Świdnicy kilka.

Pierwsza szubienica znajdowała się w Rynku, obok pręgierza w jego północno-wschodnim narożniku. Przy pręgierzu dokonywano m.in. kar chłosty i ścinania mieczem, na drewnianej szubienicy wieszano skazańców. Istniała od 1621 roku, nie wiadomo jak długo. Najsłynniejszą egzekucją, jaką wykonano w tym miejscu było ścięcie rycerza Taussdorfa w 1572 roku (historię tą opiszemy niebawem), co doprowadziło do dużych niepokojów społecznych w księstwie świdnickim.

Już w połowie XVI wieku istniała szubienica przed Bramą Piotrową (u wylotu obecnej ulicy Bohaterów Getta, na terenie placu Świętej Małgorzaty). W latach 1545-1620 potwierdzono tu źródłowo dziewięć egzekucji, chociaż było ich zapewne o wiele więcej.

Od 1621 roku istniała szubienica na miejscu straceń przed Bramą Dolną (obecnie plac Wolności) dla której udokumentowane są cztery egzekucje w latach 1621-1630.

Przynajmniej od 1591 roku istniała także szubienica przed Bramą Strzegomską (u wylotu obecnej ulicy Grodzkiej).

Główne miejsce straceń w Świdnicy znajdowało się przez co najmniej 350 lat na niewielkim wzgórzu u zbiegu obecnej ulicy Wrocławskiej i Łącznej. Z racji umiejscowienia na nim szubienicy nazywano je Wzgórzem Szubienicznym (niem. Galgenberg). Dopiero w 1840 roku z racji umiejscowienia tu Domu Strzeleckiego Świdnickiego Bractwa Kurkowego i organizowanych w tym miejscu zawodów strzeleckich nawiązujących do średniowiecznych tradycji, zmieniono jego nazwę na Wzgórze Bolka. Znajdująca się tu szubienica wykonana było w formie podobnej do wielu tego typu obiektów na Śląsku. Składała się ona z kamiennej, owalnej studni z platformą i drewnianą podłogą, a w późniejszych wiekach być może także wyposażoną w zapadnię. W kamiennym murze osadzone były cztery drewniane kolumny lub wymurowane z kamienia, do których przymocowane były poziome belki. Obok tej drewniano-murowanej, okrągłej szubienicy, znajdowała się także druga – klasyczna – tzw. kolankowa, wykonana z drewnianych belek wraz z drabiną. Ta największa i najdłużej działająca ze świdnickich szubienic nie zachowała się do naszych czasów. Została rozebrana na początku II połowy XIX wieku.

Galeria (kliknij, aby powiększyć)

Oczywiście lista ta nie wyczerpuje wszystkich miejsc kaźni istniejących w Świdnicy, bo o wielu zapewne nie zachowały się żadne wzmianki. W źródłach zachowało się wiele informacji o dokonanych na nich egzekucjach. Niektóre z nich swoją dramaturgią, wzbudzają do dziś przerażenie. Na przykład w 1541 roku pogrzebano tutaj żywcem kobietę, która zabiła noworodka, a dwa lata później spalono żywcem dwie kobiety i dziesięciu mężczyzn. W 1573 roku pewnej kobiecie za zabicie matki obcięto prawą rękę, przebito ją palem i pogrzebano żywcem, a w 1630 roku mordercy za dokonanie 13 zabójstw i uprawianie nierządu rozerwano ciało cęgami i połamano delikwenta na kole.

Jak już wspomniano ostatnia publiczna egzekucja w tym miejscu i w ogóle w Świdnicy odbyła się 170 lat temu 17 maja 1851 roku. Skazańcem na którym wykonano wyrok był tkacz z Modliszowa Ernst Ehrenfried Pantke. Został oskarżony o zamordowanie krawca z Siedlikowa (niem. Zedlitzheide, dawna kolonia włączona do Walimia w 1948 r.) – niejakiego Trandorfa w dniu 13 stycznia 1847 roku. Wina oskarżonemu została udowodniona. Pierwotnie zabójcę skazano na łamanie kołem od dołu, ale sąd specjalnym rozporządzeniem zmienił decyzję. Został skazany na ścięcie głowy toporem. Egzekucję wykonano. Katem, który wykonał tą ostatnią w dziejach Świdnicy publiczną egzekucję był Gottfried Neumeister, z kilku pokoleniowej rodziny świdnickich katów.

Literacki opis egzekucji błazna księcia Bolka II Małego – Jakuba Tau, który w 1347 roku na zamku w Bolkowie miał zabić cegłą następcę książęcego tronu – także Bolka (Władysław Jan Grabski, Rapsodia Świdnicka)

Silgut, mistrz sprawiedliwości, nie pożałował trudu ani kosztów, by krwawa uroczystość — lubo nie on był jej głównym sprawcą — wypadła najokazalej. Na skrzyżowaniu dróg za Kopańską Bramą zbudował czterołokciowej wysokości pomost, wierzchnie deski obił czerwonym, a schody czarnym suknem, najbliższy obieg kazał zagrodzić dla patrycjatu, a dla pospólstwa odkopać śnieg w promieniu kilkudziesięciu kroków. I tyle miejsca gdzieżby wystarczyło? Nie tylko cała Świdnica, ale kto mógł z najbliższych wsi i grodów. przybył na widowisko. Nim zagrzmiał bęben oznajmujący katów, już od północnej baszty po Piotrową Bramę roiło się od ludzi. Kędy spojrzałeś, drogi i ogrody wybrukowane twarzami, a do tego i dachy, i cała długość murów oblepiona gawiedzią. Zapewne większy bo tłum zgromadził się tutaj niż owego dnia przed barbakanem, kiedy żegnano zwłoki księcia Bolesia. Mróz nie odstraszył ludu. W dok śmiertelnych cierpień ciekawszy od trumny. Także usprawiedliwiano się przekonaniem, iż klątwa rzucona na głowę zabójcy dopełnia miary żalu po zabitym. Niech starzy przypieczętują złorzeczeniem, a młodzi źrenicami zapamiętają ten zły dzień!

Gdy Silgut z Santorem, poprzedzani przez czterech pachołków, wstępowali po trzeszczących deskach na rust, warkot bębna towarzyszący ich krokom zbudził pierwszy dreszcz grozy w przypatrownikach. Dwóch katów na jednego skazańca? Nie rozumiano, co ten symbol znaczy. Albo po ścięciu będą ćwiartowali, albo Santor niepewny. Był przecież w leciech, lecz jak wspaniale wyglądał. Wyolbrzymiony pąsowym płaszczem i czarnobiałym pióropuszem, stanął na osobności i wsparłszy się oburącz na długaśnym miekucie patrzał w niebo. N e drgnął, nie odpowiadał na okrzyki. Maryna, stojąca z synami w zagrodzie patrycjuszów, dostrzegła, żę wargi starca ruchają się nieustannie.

Od bramy do miejsca kaźni było ze sto kroków. Zawczasu halabardnicy przeorali tłum torując luźny chodnik między strażnicą a schodami pomostu. Już bramę zamykano, by ukrócić nieporządek, gdy ostatni przestąpił ją Konrad z Rogozina. Strażnicy nie śmieli go przeganiać. Omiatając śnieg rodyjskim płaszczem kroczył dostojnie wprost ku podwyższeniu. Przy schodach zatrzymał się, przyglądając katom. Szymek Kordalów, najbliżej stojący, dał mu znak, którędy wejść za ogrodzenie. Rycerz nie zwrócił na to uwagi. Po chwili zagadkowego wahania wstąpił na pomost i usadowił się między Santorem a grupą katowskich pachołków. Mistrz Silgut wytrzeszczał nań oczy, lecz nie odezwał się. Kto wie, co wolno szewalerom rodyjskim Świętego Jana! Może sam Bolko przysłał go tu w jakimś zamiarze?

Uszkodzony (bez ramion) krzyż pojednania, ustawiony wtórnie w XIX wieku na miejscu rzekomego ścięcia Jakuba Tau, na obecnym placu Świętej Małgorzaty w Świdnicy. Inicjały JT i datę 1347 wyryto także w XIX wieku.

Idą! Już idą! Od wrót zafalowały głowy. Gwar wzmógł się, tężał, aż wybuchnął rozjątrzonym krzykiem. Przeciw rozkołysanym halabardom wzrósł las upięścionych ramion. Chodnik prysnął pod naporero tłumu. Musiano na gwałt cofnąć orszak skazańca i czekać, póki zbrojni nie uśmierzą wrzenia. Z bramy wypadła pomoc. Spychano się, szarpano z najbliższymi, a dalsi napierali, piętrzyli się klnąc i wygrażając, aż gdy jakiś gorliwiec trącił starszynę Waldinberka w odmrożony nos, garncarz rąbnął go żelazem w czapę i taki przykład dał tym swoim wojom, że w parę chwil, cepując halabardami poskromili rozjuszonych widzów. Strażnicy, bodąc ostrzami, rozpruli chodnik z powrotem i ocembrowali go zaporą zbrojnych ramion. Waldinberk dał tedy ku bramie znak, że przejście ubezpieczono.

Pierwszy szedł January, w birecie z czarnym pomponem i fioletową stułą na kołnierzu. Za nim Kuba, bosy, w dzwonecznym, rogatym kołpaku i cysterskim habicie na gołym ciele. Fidolus jako trzeci, okryty był cudzą siermięgą. Nogi miał w grubych pończochach i jedyny z odkrytą głową. Krok w krok za tymi trzema postępował zastęp dwunastu strażników. Tłum mruczał, zżymał się, dalsze szeregi naciskały, chcąc tez prędzej ujrzeć, ale bliżsi odpierali natłok, źli, że przeszkadza im się chłonąć oczami mijającą ich Śmierć.

Fidolus rozejrzał się. Najprzód spojrzał z prostej ciekawości, by postrzec znajomych. Czerwone, podniecone gęby, ruchliwe usta, rozedrgane policzki, wyszczerzone w niemiłosiernym śmiechu zęby, i oczy, chciwe — jak macki pijawek — pochylonej głowy skazańca. Jałmużnik poznał dwoje ze swych biedaków. Bojarzyna, matka niepoprawnej złodziejki, musnęła go złowiestnym spojrzeniem. Chabun, niewierny rodzic czternaściorga głodomorów, nie wiedzieć czemu pogroził mu pięścią. I murarz Altpulser marszczył się złowrogo. Nikt nie patrzy inaczej. Niby sfora gończych psów, wściekła, gdy odgrodzą ją smyczą od powalonej zwierzyny. Fidolus też poczuł się zagrożony ich złością. Wstydzi się chroniących go halabardników. Jakby był winnym, że wbrew tłumowi idzie jako towarzysz zabójcy i pragnie pozostać mu wierny do ostatka. Nie masz zgody między nimi, braćmi w Chrystusie, nie masz innego pomostu, jeno ten katowski… (…) Dopiero gdy wstępowali po schodach, dostrzegli ludzie bose stopy skazanego. Wraz poczuli, że i im nogi marzną. Tupali żwawiej, rozgrzewali się obstukując rękawicami uszy. Dobrze mu! Przez niego cierpią taki mróz od świtu.

Kuba, przechodząc na środek pomostu, starał się uśmiechnąć, ale gdy klękał, wąskie wargi wyrażały niezwykłą powagę. Ze skrzyżowanymi na piersi rękoma trwał dłuższą chwilę bez ruchu Przeżegnał się, wstał i obrócił do czekających na swą rolę katów. Rozpoznając wśród nich Rodyjczyka, zdumiał się. Przerzucił wzrok z niego na Santora. Rzekł niegłośno, by tylko oni słyszeli:

– Zaklinam was, zatajcie przed Bolkiem to, co mogłoby jego żałobę zmącić niegodnym chrześcijańskiego małżonka pożądaniem Zrozumiałeś mnie, prawy rycerzu?

Konrad przytaknął głową. W oczach Santora malował się strach. Kuba podszedł do niego, przyklęknął na kolana, pocałował dłoń kata wspartą na mieczu i powiedział wyraźnie:

– Cokolwiek sprawi mi twoja ręka, przyjmuję jako ostatnią posługę, siebie winiąc za wszystko. Czyń swoje, mistrzu sprawiedliwości ludzkiej, a Bóg niech nam przebaczy, że Jego dobrą ziemię plugawimy!

Bystro zerwał się z klęczek, chwycił obiema garściami za habit pod szyją, szarpnął i rozerwał w dół piersi. Obnażony do pasa, podwiązał rękawami biodra, po czym stojąc wpół nagi, wyciągnął ramiona w stronę murów, gdzie tłum gęstniał najliczniej.

Tysiące źrenic wkłuło się zachłannie, zwarło z dziwaczną postacią widniejącą na tle krasnych oprawców i cynowego, pochmurnego nieba. Z fałd habitu a pod czapą błazna wyrastał goły tors: muskularne, szramami poorane piersi i dwoje chudych ramion prężących się ku mroźnej przestrzeni. Ku ich oczom, ku ich słuchom sięgnął dźwięczny, donośny głos:

– Bracia chrzęścijany! Cokolwiek uczynicie potem memu ciału, pamiętajcie! W tym łonie zagościł dziś Jezus, i mój Zbawiciel. Amen!

Nie od razu ludzie pojęli te słowa. Czekali, aż dopowie coś, wyjaśni, oskarży się lub zabłaga o litość. Nie odezwał się więcej. Nie podał żeru na sprzeciw, nie dał czasu na odzew. Zwinął ramiona, skulił się i opadł na oba kolana przed katowskim pniem. Czapa skryła ostatni wyraz lic żywego Kuby. Wtedy ruszył się Santor. Zrzucił z ramion pąsową opończę i ciągnąc za sobą mieczysko, sztywnym krokiem podszedł do straceńca. Stanął nad nim po lewej. Przeżegnał się, westchnąwszy: „Boże, w Twoje miłosierne ręce oddaję jego duchaˮ. Wzniósł głownię, ugiął kolano, przymrużył się i — zawahał. By poprawić postawę, rozsunął stopy. Na to porwał się Konrad. Uskrzydlony błyskiem swego miecza doskoczył, odtrącił zachwianego starca, przymierzył się, machnął! Stal trzepnęła, głowa spadła. Zanim kto dostrzegł bluźnięcie krwi z trzonka szyi, rycerz dopadł ściętego i okrył drgający tułów falą rodyjskiego płaszcza. W tym samym pochyleniu zerwał z trupiej głowy błazeński czepiec i wepchnął na nią swój hełm z pióropuszami. (…)

Oprawcy nie ważyli się tknąć stygnącego ciała. Kiedy mistrz Silgut spróbował zabrać cenny płaszcz rodyjski, należny mu z prawa po straconym, porwano się na niego i przepędzono wraz z pachołkami, nie pozwalając zedrzeć nawet sukna z desek. Santor pozostał z ludem, pomagał halabardnikom owijać w purpurową materię rozdwojone zwłoki. Złożył je i podwiązał tak, by głowa mogła przymarznąć do ramion. Zniesiono je pieczołowicie na śnieg, a pomost rozwalono i podpalono. Aby pod żarem ognia ziemia odtajała i łatwiej było na samym miejscu kaźni wykuć grób dla Jakuba ze Świeradowa.

Świdniccy kaci notowani w źródłach: Heinrich Lindner (1602-1615), Valten Lindner (1624), George Rauwalt (1627-1632), Christoph Theill (przed 1635), Paul Rudolf (1636-1638), Balzer Thill (1640-1641), Christoffel Kühn (1653), Has George Gotzlich (1667-1677), Thobias Breier (1670), Hans Schmidt (1674), Martin Neumeister (1679-1681), Johann Christoph Untermann (1681), Johann Christian Neumeister (1689-1703), Christian Gottfried Neumeister (1709-1727), Johann Gottfried Neumeister (1727-1741), Johann Gottfried Neumeister (1741-1766), Carl Gottfried Neumeister (1775-1779), Carl Joseph Neumeister (1787-1804), Gottfried Neumeister (1803-1835), Gottfried Neumeister (1835-??, zmarł w 1866 roku). [wg D. Wojtucki, Kat i jego warsztat pracy na Śląsku, Górnych Łużycach i hrabstwie kłodzkim….]

Andrzej Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny (Fundacja IDEA)

19 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Mission News Theme by Compete Themes.