Press "Enter" to skip to content

Wieża ratuszowa w Świdnicy (cz. 3)

Spread the love

Dokładnie 55 lat temu, 5 stycznia 1967 roku o godzinie 15.16 runęła wieża świdnickiego ratusza. Przez 8 wieków wieża była symbolem zamożności miasta i dominantą w jego śródmieściu. Jej historia jest niezwykle bogata… [dwie pierwsze części opracowania – czytaj tutaj: Wieża ratuszowa w Świdnicy (cz. 1), Wieża ratuszowa w Świdnicy (cz. 2)].

Widok wieży w latach sześćdziesiątych od północnego-wschodu. Widoczne duże ubytki tynku na elewacji (Kolekcja: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

II wojna światowa nie przyniosła ze sobą żadnych zniszczeń w bloku śródrynkowym i kiedy w maju 1945 roku do Świdnicy zaczęli przybywać pierwsi osadnicy, wieża w zasadzie pozostawała w niezmienionym kształcie od ponad dwóch wieków. Wydaje się, że w tym czasie nie przeprowadzono – z wyjątkiem drobnych zapewne napraw – jakichś zakrojonych na dużą skalę prac remontowych. Mijające dekady niewątpliwie jednak miały wpływ na stan techniczny wieży. Mimo skromnej ilości danych w źródłach pisanych z lat 1945-1967, informacje na jej temat zachowały się w pamięci wielu świdniczan, co pozwala na częściowe odtworzenie zarówno jej stanu technicznego, jak i losów do momentu katastrofy.

Zasiedlenie miasta przez polskich osadników nie zmieniło szczególnie sposobu użytkowania wieży. Podobnie, jak to miało zapewne miejsce przed drugą wojną światową, wieża pozostawała w pewnym sensie martwym reliktem dawnych czasów. We wspomnieniach osób, które przyjechały do Świdnicy po 1945 roku, znaleźć można zgodne stwierdzenia, że wieża aż do momentu zawalenia się nie była w ogóle użytkowana. Od czasu do czasu pojawiały się na niej jedynie wywieszone z różnych okazji transparenty. Zachowało się jedno takie zdjęcie, z wywieszoną datą „1966” z okazji Millenium.

Kto pierwszy wszedł na wieżę ratusza po przejęciu miasta przez władze polskie w maju 1945 roku, chyba nie jest już możliwe do ustalenia. Znamy jednak osoby, które z pewnością były  jednymi z pierwszych. Informację o jednym z nich odnaleziono w archiwalnym piśmie, sporządzonym przez ówczesną kierowniczkę Referatu Kultury, Sztuki i Oświaty – Felicję Strzemboszową.

Widok wieży w latach sześćdziesiątych od południowego- wschodu. Widoczne duże ubytki tynku na elewacji (Kolekcja: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

W dokumencie tym czytamy m.in.:

Obywatel Józef Urbańczyk został przydzielony do Referatu Kultury, Sztuki i Oświaty Starostwa Grodzkiego Miasta Świdnicy i pracował od dnia 12 maja 1945 r. do dnia 20 października 1947 roku. (…) Obywatel Urbańczyk, jako pracownik referatu zawiesił pierwszy sztandar Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej na wieży ratusza świdnickiego, z okazji przemarszu jednostki Wojska Polskiego przez Świdnicę (na prośbę władz miejscowych). Sprawa wywieszenia sztandaru nie była sprawą łatwą, gdyż schody wiodące na wieżę były w większej części zniszczone.

Tyle Felicja Strzemboszowa. Fakt wywieszenia polskiej flagi przez Józefa Urbańczyka potwierdził we wspomnieniach o ojcu jego syn – Zenon Urbańczyk. Wskazał on drugą osobę, która razem z Józefem Urbańczykiem brała udział w tej historycznej chwili. Był nią Antoni Wiciński, znany fryzjer świdnicki, który swój pierwszy zakład fryzjerski otworzył w Rynku.

W pierwszych latach powojennych wstęp na nią był możliwy praktycznie bez ograniczeń, bo nikt nie zabezpieczył wejścia do niej. Dotknęło to zresztą większości zabytkowych obiektów w bloku śródrynkowym, np. pobliskiego ratusza, z którego wyszabrowano dokumenty z archiwum miejskiego. Zamknięto ją dopiero w późniejszych latach i chociaż nie była udostępniona dla zwiedzających, można było sobie „załatwić” pozwolenie u zarządcy budynków w centrum miasta i wejść do niej. Pamiętający ten okres świdniczanie zgodnie też podkreślają, że stan techniczny wieży nie był najlepszy. Podobnie zresztą, jak całego starego miasta, o którego zabytkową substancję po prostu w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zupełnie nie dbano, ograniczając się przede wszystkim do wyburzania tego, co zdaniem ówczesnych decydentów do remontu się nie nadawało.

Zdjęcie wieży z lat 1950-1955 (Kolekcja: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

Na wieżę wchodziło się po podobno bardzo skrzypiących i mocno sfatygowanych drewnianych schodach. Tak, jak pozostałe elementy drewniane, a więc cała klatka schodowa, ze stropami – także drewnianymi i więźbą hełmu, były w nie najlepszym stanie technicznym. Belki podtrzymujące stropy poszczególnych pięter, wpuszczone w mur, były częściowo spróchniałe lub nosiły ślady nadpalenia, co świadczyć może o niezbyt dokładnym remoncie wieży po którymś z XVIII-wiecznych pożarów. Podziwiać można było natomiast stare malowidła, bo powłoki malarskie zachowały się w stosunkowo niezłym stanie, tu i ówdzie przebijając pomalowanymi złotą farbą ornamentami. Na zewnątrz, wieża prezentowała się mniej okazale, co widać na zachowanych zdjęciach z tego okresu. Zaniedbana i brudna ulica Wewnętrzna, która prowadziła do wieży, widoczne na zdjęciach z tego okresu, wyraźne, duże ubytki tynku na wschodniej i południowej elewacji wieży oraz na wpół urwane drewniane drzwi, prowadzące na taras widokowy, nie sprawiały najlepszego wrażenia. Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych przeprowadzono remont teatru oraz adaptację pomieszczeń ratusza na muzeum wraz z wykonaniem kotłowni, remont samej wieży nie został ujęty w kosztorysie i zakresie planowanych prac, z powodu zapewne wysokiego kosztu takiej inwestycji. Praktycznie jedynymi pracami, jakie były wykonywane w tych latach, była stała konserwacja zegara, którą nadzorowali świdniccy zegarmistrzowie Henryk Wiśniewski i Edward Durał. Obaj musieli być fachowcami wysokiej klasy, bo zadbany mechanizm sprawiał, że zegar uchodził za bardzo dokładnie odmierzający czas. W takim też stanie, praktycznie pozostawiona sama sobie wieża, przetrwała do feralnego 5 stycznia 1967 roku, kiedy runęła.

Właściwie odliczanie jej ostatnich dni rozpoczęło się pod koniec listopada 1966 roku, kiedy zobligowane do wykorzystania do końca roku dotacji, przyznanej przez Wojewódzką Radę Narodową – władze miasta, postanowiły w ekspresowym tempie przeprowadzić rozbiórkę części zabudowy ulicy Wewnętrznej, celem jej poszerzenia.

Prace rozbiórkowe rozpoczęto 13 grudnia 1966 roku, bez wstępnych badań statyki obiektów przylegających do wieży oraz jej samej. Do rozbiórki przeznaczono budynki przy ulicy Wewnętrznej nr 4 i 6, fragment starych zabudowań po stronie zachodniej wieży oraz bezpośrednio sąsiadujący z nią budynek nr 11. Ten ostatni wspierały trzy łęki, znajdujące się nad ulicą Wewnętrzną, które jak się później okazało, spełniały nie tyko funkcje podpór dla kamienicy, ale przenosiły także część obciążeń z wieży. O tym jednak wykonawca prac – Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Robót Elewacyjnych, Porządkowych i Produkcji Pomocniczej z siedzibą oddziału w Legnicy nie wiedział, bo i nie miał skąd się dowiedzieć.

Z wpisów dokonywanych w dzienniku budowy wynikało bowiem, że prace rozbiórkowe prowadzono bez żadnej dokumentacji technicznej, nie wyznaczono też inspektora nadzoru budowlanego. Trudno o lepszy dowód dla ludzkiej ignorancji i głupoty. W dniu 3 stycznia 1967 roku kierownik budowy zapisał w dzienniku informację, że mury wieży są poważnie zagrożone i w związku z tym proszę o wydanie dalszej decyzji, co do kontynuowania prac. Podobnie jak wcześniejsze alarmujące wpisy i ten nikogo nie zainteresował, a przynajmniej nie podjęto jakichkolwiek dalszych działań. Zresztą na ratunek było już za późno. Wieża straciła oparcie, bo zarówno mury kamienic przylegających do niej, jak i trzy łęki przenoszące obciążenia z wieży były już rozebrane, a sama budowla zaczęła tracić stateczność.

Galeria (kliknij, aby powiększyć – Kolekcja: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

5 stycznia 1967 roku o godzinie 14.50 kierownik rozbiórki przy ulicy Wewnętrznej nerwowo dzwonił do architekta miejskiego. Działo się coś niedobrego! Na trzonie wieży pojawiły się rysy i spękania, widać także obsypujący się z wieży tynk! Na miejsce przyjechała milicja, która zabezpieczyła teren, ewakuując mieszkańców z pobliskich domów i przeganiając na bezpieczną odległość gapiów. Nikt nie wiedział co robić dalej, ale też nie było czasu na spokojne, racjonalne myślenie. Dzwon wybił godzinę trzecią po południu. Ktoś wpadł na pomysł, aby trzon wieży, na którym rysa jest coraz wyraźniejsza, podstemplować. To zła decyzja, bo jak wykazały późniejsze badania, mogła tylko przyśpieszyć runięcie obiektu. Na szczęście zabrakło czasu na jej realizację, bo zapewne skończyłoby się na ofiarach śmiertelnych, gdyby wieża runęła na robotników. Powoli dolna część trzonu wieży zaczęła się wybrzuszać się na zewnątrz, a od gotyckiego łuku w górę na wysokość pierwszego piętra pojawiło się potężne pękniecie. Wieżę mogą ratować tylko stalowe ściągi, które opasałyby trzon wieży. Na takie działanie jest już jednak za późno. O godzinie 15.15 po raz ostatni uderza dzwon kwadransowy. Brzmi symbolicznie, niczym memento dla ludzkiej głupoty i bezmyślności. Niewykluczone, że rezonans od dźwięku dzwonów sprawił, że pęknięcie wieży powiększyło się i kilkadziesiąt sekund później, o godzinie 15.16 rozerwana wzdłuż swojej pionowej osi wieża osunęła się częściowo na łącznik teatru, budynek ratusza i magazyny Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Osunęła się majestatycznie, powoli i bez huku. Katastrofie towarzyszy jedynie stłumiony odgłos, jakby dalekiego wystrzału armatniego… Świdnicki poeta Mieczysław Jasek napisał później w swoim wierszu, że wieża uklękła w heroicznym geście.

Czy wieżę można było uratować? Zapewne tak, gdyby nie podjęto decyzji o rozbiórce kamieniczek przy ulicy Wewnętrznej, obok wieży. Kazimierz Lachowicz, który do Świdnicy przyjechał w 1947 roku, pracował przez wiele lat w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. W 1967 roku, kiedy zawaliła się wieża ratuszowa, był kierownikiem działu handlu PZGS. Sklepy związku z różnymi towarami zajmowały w sumie niemal całą południowo-wschodnią część bloku śródrynkowego. W jego wnętrzu, na tyłach rozbieranych kamieniczek przy ulicy Wewnętrznej, znajdowały się magazyny tych sklepów. Po latach Kazimierz Lachowicz wspominał:

Pracownicy PZGS Samopomoc Chłopska na gruzowisku po zawalonej wieży. Styczeń 1967 (Kolekcja: Kazimierz Lachowicz)

Rozbiórka kamieniczek przy ulicy Wewnętrznej była według mnie niepotrzebna. Były w niezłym stanie technicznym i tak naprawdę, to brakowało tam tylko solidnego gospodarza. Pamiętam, że mieszkało w nich kilka rodzin, które później zostały gdzieś wysiedlone. Z racji bliskiego sąsiedztwa naszych magazynów i rozbieranych kamieniczek, wiele razy rozmawiałem z inżynierem kierującym praca rozbiórkowymi, że to, co robią, grozi zawaleniem wieży. Już po katastrofie podobno uciekł i znaleziono go dopiero we Wrocławiu, ale nie wiem, czy to prawda. Tak jednak wtedy mówili. Kłóciłem się z nim, bo nazywał mnie sabotażystą. Zresztą za moje protesty byłem wzywany na dywanik do komitetu PZPR i do wydziału handlu Urzędu Miejskiego. W końcu mój szef powiedział mi, żebym dał spokój kłótniom. Właściwie cudem uniknąłem śmierci, bo wieża zawaliła się na nasze magazyny i między innymi na pomieszczenie, gdzie nieco wcześniej jadłem obiad. Później musiałem wyjść na miasto załatwić jakąś sprawę. W chwilę potem okazało się, że wieża runęła. Gruz wywożono około półtora miesiąca. Robiono to bardzo szybko, chociaż było z tym trochę problemów. Wbrew późniejszym twierdzeniem, że katastrofa nie przyniosła ze sobą strat materialnych, poza zniszczeniem samej wieży, było nieprawdziwe. Wieża zniszczyła magazyny sklepów PZGS, m.in. ze sprzętem i artykułami gospodarstwa domowego. Zegar z wieży wylądował w jednym z naszych sklepów. Pamiętam, że oprócz drobnych towarów w naszych magazynach stały między innymi pralki i lodówki, które zostały kompletnie zniszczone. W PZGS-ie powołana została komisja dla oszacowania strat. Czy firma dostała później jakieś odszkodowanie za zniszczony majątek, tego już nie wiem. Musieliśmy natomiast pilnować, podczas odgruzowywania, aby nie dokonywano kradzieży tych rzeczy z naszych magazynów, które ocalały. Zły jestem, kiedy czasem jeszcze słyszę opinie, że wieża zawaliła się ze starości. Nic podobnego! To błędy ludzi doprowadziły do katastrofy. Można było tego uniknąć.

Wielu świdniczan nie mogło uwierzyć w rozmiary katastrofy, przekonywał ich dopiero brak dominanty w krajobrazie bloku śródrynkowego.

Katastrofa nie spowodowała żadnych ofiar śmiertelnych. Niemal natychmiast rozpoczęło się dochodzenie wyjaśniające, chociaż tak naprawdę starano się ukryć fakt skandalicznej niekompetencji przy prowadzeniu prac na ulicy Wewnętrznej. Błyskawicznie też przystąpiono do usuwania gruzu z wykorzystaniem koparek, spychaczy i wywrotek. Ten pośpiech w „zamiataniu pod dywan” dowodów katastrofy sprawił, że nie zadbano, aby uratować elementy kamieniarki i wyposażenia wieży. Do muzeum trafiły jedynie dzwon godzinowy i kwadransowy, mechanizm zegara i wskazówki oraz niewielka ilość kamieniarki. Ówczesny kierownik muzeum Franciszek Jarzyna informował w jednym z raportów, że: Uczyniono wszystko, aby ocalić i zabezpieczyć te fragmenty wieży, które przedstawiać mogą wartość historyczną i posłużyć do rekonstrukcji w przyszłości. Mniejsze elementy, a jest ich sporo zostaną tymczasowo złożone w magazynie teatru, większe partie (miedziany hełm itp.) w magazynach miejskich pod ścisłym nadzorem. Magazyny miejskie znajdowały się wówczas na posesji przy ulicy Kolejowej 8. Próżno jednak dziś szukać tam jakichkolwiek pozostałości po wieży. Niestety, ile było tych zabezpieczonych elementów nie wiemy. Sądząc po tym, co zachowało się do chwili obecnej niewiele, włączając w to hełm, który w późniejszych latach z miejskich magazynów – podobnie, jak i złożona tam kamieniarka… zaginął.

Szybko usuwany gruz był wywożony na wysypisko przy ulicy Bystrzyckiej. Uprzątnięcie terenu zajęło około 1,5 miesiąca, koszt tych prac wyniósł 200 tysięcy złotych.

Galeria – pozostałości wieży ratuszowej na wysypisku przy ulicy Bystrzyckiej – 2011 rok (kliknij, aby powiększyć)

Tuszując karygodne niedbalstwo, które doprowadziło do katastrofy, władze próbowały znaleźć sensowne jej usprawiedliwienie. Najpierw sugerowano, że wieża została podmyta przez wodę, chociaż późniejsze badania wykazały, że wody gruntowe znajdują się o wiele głębiej niż płytko posadowione fundamenty wieży. Prokuratura Powiatowa, która z urzędu wszczęła postępowanie, umorzyła je, opierając się na opinii technicznej specjalnej komisji z Wrocławia, której przewodniczył profesor Jan Suwalski z Politechniki Wrocławskiej. Stwierdzono w niej, że przyczyną zawalenia się wieży ratuszowej byłej zły stan techniczny. Potem mówiono o wodzie z pękniętego rurociągu. Jeszcze kilka lat po katastrofie uparcie twierdzono, że prowadzone roboty rozbiórkowe miały tylko pośredni wpływ na katastrofę (z pisma Zygfryda Sikorskiego, kierownika Wydziału Gospodarki Przestrzennej i Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego w Świdnicy do „Słowa Polskiego” w październiku 1973 roku). Badania archeologiczne przeprowadzone w latach 80. i 90. jednoznacznie stwierdziły, że przyczyną zawalenia się wieży było naruszenie jej stateczności poprzez wyburzenie wspierających ją murów rozbieranych kamienic oraz łęków.

Cdn.

Andrzej Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny

11 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.