Press "Enter" to skip to content

Przetną ropiejący wrzód miasta? (cz. 1)

Spread the love

Wyobraźmy sobie wąską, długą uliczkę. Po obu jej stronach wznoszą się stylowe jednopiętrowe domki z wysokim parterem, gdzie zlokalizowane są małe sklepiki i kafejki. Prowadzą do nich schodki z ozdobnymi balustradami, a wszystko to ubarwione jest kwiatami i dyskretnym, urokliwym oświetleniem. Na zapleczu owych domów znajdują się parkingi i sporo zieleni tak potrzebnej w centrum miasta…

Czy kiedyś Zaułek Świętokrzyski będzie wyglądał jak wiele zabytkowych uliczek w Polsce i Europie? Chyba nikt ze świdniczan nie miałby nic przeciwko temu….

Utopia? W Świdnicy póki co – tak, chociaż takie widoki zachwycają w wielu miastach Polski i Europy. Szczególnie tych zabytkowych, takich jak Świdnica. Tu jest takie miejsce, które mogłoby właśnie tak wyglądać. Zaułek Świętokrzyski, dość niefortunnie nazwany – wbrew historycznej tradycji – „ULICĄ” Świętokrzyską. Dziś ropiejący wrzód na zabytkowej tkance miasta…

Do chwili obecnej z dawnego zaułka pozostało niewiele, a i zapewne tylko dlatego, że jego początek od strony Rynku znajduje się między dwoma dużymi kamienicami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, im dalej byśmy się zapuszczali w jego głąb, tym coraz brzydsze i bardziej zaniedbane domy otaczałyby nas z obu stron. W kiepskim stanie były już przed 1945 rokiem. Po zakończeniu działań wojennych, pozbawione należytej opieki i remontów, uległy kompletnej dekapitalizacji. Ostatecznie spotkał je los wielu starych i zaniedbanych domów w strefie starej zabudowy centrum miasta – zostały rozebrane (zdjęcia pokazujące te domy zamieściliśmy między innymi tutaj: Archiwum Zofii Rydet). Po dawnym zaułku pozostał olbrzymi pusty plac pomiędzy Rynkiem a ulicą Różaną, który miast sprzedało prywatnej spółce. Miano tu wybudować – o zgrozo – nowoczesną galerię handlową. Z planów tych nic nie wyszło. Galeria nie powstała, a władze Świdnicy od lat toczy walkę ze spółką o odszkodowania itp. W sumie ze stratą dla samego miasta i jego mieszkańców, bo nie ma ani galerii, ani nie można zagospodarować tej części miasta chociażby w kształcie wspomnianych wcześniej uliczek. Wprawdzie w latach 80./90. XX wieku rozpoczęto inwestycję wznoszenia domów od strony ulicy Różanej, ale kryzys szybko zweryfikował te plany, których widomym świadectwem są fundamenty i mury piwniczne tych niedoszłych domów.

Stan obecny – zniszczenie i smród. Ropiejący wrzód na zabytkowej tkance miasta…

Na ewentualny piękny Zaułek Świętokrzyski przyjdzie więc świdniczanom jeszcze poczekać. Póki co, władze miasta ogłosiły, że planują rewaloryzację jego zachowanej części. Chciałoby się powiedzieć – nareszcie! Tym bardziej, że Zaułek Świętokrzyski jest szczególną arterią miasta pod względem historycznym. Chociaż dziś łączy jedynie zaniedbany plac z parkingiem z Rynkiem, to ponad 700 lat temu pełnił ważną funkcję. Nadto znamy dokładną datę jego powstania.

Historia zaułka rozpoczęła się bowiem krótko przed 7 lipca 1315 roku, to jest 706 lat temu! Na początku XIV wieku kamienice przy świdnickim Rynku nie tworzyły zwartej – jak dziś – zabudowy. Pomiędzy nimi znajdowały się wolne przestrzenie. Ze źródeł archiwalnych wiadomo, że przed 7 lipca 1315 roku świdnicki mieszczanin Konrad de Stangrune zakupił jeden z takich pasów ziemi o szerokości 6 łokci (3,30-3,60 m) i podarował go klasztorowi dominikanów. Ten ostatni znajdował się na końcu owego pasa ziemi po przeciwnej stronie niż Rynek. Dziś w tym miejscu wznosi się XIX-wieczny kompleks budynków sądu i aresztu śledczego, powstałych w miejscu rozebranych zabudowań klasztornych i kościoła dominikanów pw. Świętego Krzyża. Świdnicki mieszczanin określany w dokumentach jako „pobożny” przekształcił zakupiony pas ziemi w uliczkę (zaułek), będący najkrótszą drogą łączącą Rynek z klasztorem dominikanów. Pozwalała ona na szybko dotrzeć zakonnikom do centrum miasta, a mieszczanom na nabożeństwa do kościoła dominikanów pw. Świętego Krzyża. Od tego zawołania kościoła uliczkę szybko zaczęto nazywać Zaułkiem Świętego Krzyża (Kreuz Gasse), a w konsekwencji Zaułkiem Świętokrzyskim, pod którą to nazwą przeszedł do historii.

Zaułek Świętokrzyski na początku XVII wieku. Jego wylot od strony kościoła dominikanów (A) zdobiła – jak widać na planie – brama z ostrołucznym, zapewne jeszcze gotyckim portalem (żółte zaznaczenie)

Ową darowiznę Konrada de Stangrune na rzecz konwentu dominikanów będącą w istocie swego rodzaju fundacją za wypominki, za duszę własną i swej zmarłej małżonki, dokumentem wystawionym 7 lipca 1315 roku w Dzierżoniowie zatwierdził książę świdnicko-jaworski Bernard Stateczny.

Więcej o tej darowiźnie dowiadujemy się z dokumentu wystawionego 22 sierpnia 1315 roku, w którym darowiznę świdniczanina zatwierdziła rada miejska. W dokumencie tym, znanym z XIX-wiecznego regestu czytamy:

Johann von Striegau (ze Strzegomia), Heinrich Pyschin, Konrad Frauenhain, Johann Hellinberti, Johann Ebirwini, radni miasta Świdnicy zaświadczają, że Konrad de Stangrune za zgodą księcia Bernarda zakupił od Gerlacha uliczkę o szerokości 6 łokci, rozciągającą się od Rynku, pomiędzy parcelami Johanna Polsnitza i Gerlacusa, brata Adolfa, aż do klasztoru dominikanów i na zasadzie testamentu przekazał ją klasztorowi na wypominki za duszę swoją i swojej zmarłej małżonki, jednak na takiej zasadzie, aby miasto w następstwie uwolnienia klasztoru spod jurysdykcji miasta, nie ponosiło szkody, gdy chodzi o miejskie podatki i posługi (tu względnie: daniny), i również na takiej zasadzie, aby nikt nie miał prawa na terenie tej uliczki do sprawowania przywileju odprowadzania wody deszczowej, ani odprowadzania wody, ani składania tam lub rzucania gnoju, ani też budowania czegokolwiek, nawet jeśli działoby się to za pozwoleniem braci klasztornych.       

Świadkowie: Lutko wójt dziedziczny, Heydinricus wójt krajowy, wyżej wymienieni radni i ławnicy Gerlacus Adolfi, Ebirhard Habnicht, Konrad Rugelin, Gerhard Poppo, Hermann Rychinstein, Heymann Keppo, Hertwich v. Gabil.

Zaułek zaznaczony na planie z 1743 r. A – kościół dominikanów; B – Rynek

Widzimy więc, że Rada zgodziła się na założenie nowej uliczki i podarowanie jej dominikanom, ale pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim, że ze względu na darowiznę na rzecz klasztoru, samo miasto nie będzie ponosić szkód, jeśli chodzi o służby i czynsze (klasztory i ich własność zwolniona była bowiem od podatków). Radni miejscy orzekli również, iż nikomu poza niejakim Gerlachem nie przysługuje na tej ulicy prawo odprowadzania wody opadowej, składania tu nieczystości i budowania czegokolwiek, nawet jeżeli działoby się to za zgodą braci zakonnych. Zatem tereny Zaułka Świętokrzyskiego należały pierwotnie do właściciela domu sąsiadującego z opisywaną kamienicą, niejakiego Gerlacha. Interesujące jest – o czym wspomniano już wcześniej, że teren między dwiema kamienicami Rynku, który posłużył do założenia Zaułka Świętokrzyskiego, był jeszcze w tym czasie niezabudowany. Niewykluczone, że w obrębie południowej i północnej ściany Rynku, które przylegały do ciągów ulicznych, stanowiących przecież miejski fragment podsudeckiej drogi handlowej, mogły zostać pozostawione wąskie, niezabudowane obszary. Ale też wyjaśnienie dotyczące istnienia owego wolnego pasa ziemi może być inne, a u jego podstaw leżeć może wydarzenie historyczne, które objęło swymi skutkami całe miasto, mianowicie pożar 1313 roku.  Należał on do największych w historii Świdnicy, trawiąc większość zabudowań w obrębie murów miejskich, w tym zapewne również domy stojące w południowej pierzei Rynku.

To straszliwe wydarzenie dzieli od wspomnianej darowizny zaledwie okres dwóch lat – stosunkowo krótki czas, w którym właściciele posesji z trudnością mogli odbudować swe domy. Z późniejszych okresów historycznych znane są przykłady, iż ich odbudowa trwała niekiedy nawet 10 lat, a władcy udzielali specjalnych wolnizn od podatków, aby wesprzeć swych poddanych! Być może Konrad de Stangrune zaraz po pożarze zawarł umowę z właścicielem posesji, niejakim Gerlachem, iż ten odbuduje swój dom w mniej okazałej formie, zaś część swej parceli szerokości 6 łokci, pozostawi na założenie w tym miejscu Zaułka Świętokrzyskiego, prowadzącego do stosunkowo nowego zresztą w  obrazie miasta klasztoru dominikanów (za zgodą księcia Bernarda dominikanie przenieśli się w obręb murów miejskich dopiero w 1309 r., względnie w 1311 r.). Oczywiście Konrad de Stangrune zobowiązał się do zakupu wspomnianego fragmentu parceli na całej jej długości od Rynku aż po ulicę Różaną. Hipoteza ta jest o tyle istotna, iż tłumaczy dlaczego Konrad de Stangrune zakupił tereny pod założenie nowej uliczki jedynie od jednego właściciela. Być może Johannes von Polsnitz – właściciel posesji w Rynku po drugiej stronie zaułka zdołał już zabudować swą parcelę po pożarze i z tego powodu nie można było myśleć o szerszym przejściu. Świadczyłoby to o jego większych możliwościach finansowych. Jego nazwisko wskazuje na to, iż wywodził się on z rodu rycerskiego, a przynajmniej z rodziny sołtysów w Pełcznicy koło Świebodzic. Johannes von Polsnitz posiadając kamienicę w Świdnicy, podlegał już jednak prawom miejskim i stał się tym samym mieszczaninem świdnickim. Ze względu na urodzenie, jak i na status majątkowy, zaliczał się jednak do patrycjatu tego miasta.

W ciągu następnych wieków zabudowa zaułka zmieniała się wielokrotnie, chociaż jego główna funkcja komunikacyjna pozostała niezmienna. Także właściciel – konwent dominikanów – pozostał ten sam, aż do kasaty zakonu w 1810 roku, kiedy majątek ich przeszedł na rzecz skarbu pruskiego. Niewiele zachowało się informacji o tym, co działo się w ciągu tych wieków w zaułku. Z pewnością wiele mogłaby tu wnieść analiza źródeł pod kątem historii poszczególnych parceli położonych wzdłuż zaułka i stojących na nich budynków, ten temat wykracza jednak poza ramy tego artykułu (niewykluczone, że dziejami tych parceli i budynków zajmiemy się na ŚPH w przyszłości).

O ile fakt istnienia klasztoru dominikanów do którego prowadził zaułek jest znany, o tyle ciekawostką jest, że tuż przy zaułku od strony Rynku mieszkały także dominikanki, o których pisał świdnicki historyk Heinrich Schubert:

Oprócz dominikanów na terenie Świdnicy przebywały również dominikanki, które zamieszkiwały kamienicę na Rynku stojącą tuż przy wejściu do Zaułka Świętokrzyskiego i podlegały opiece przeora dominikanów. Kiedy z biegiem czasu ich liczba wzrosła do tego stopnia, iż ich problem ich utrzymania zaczął wykraczać poza możliwości kasy miejskiej, wówczas rada miejska sprzeciwiła się dalszemu powiększaniu ich liczby. W związku z tym prowincjał dominikanów oraz tutejszy przeor zobowiązali się w 1505 r., iż po śmierci obecnych tu sióstr zakonnych nie dopuszczą do zwiększenia ich liczby ponad sześć osób. Kiedy jednak ruch reformacyjny zaczął przybierać w mieście na sile, tak iż większość jego mieszkańców stała się ewangelikami, wówczas dominikanki, które jeszcze w 1552 r. wspomniano jako czarne siostry sprzed Świętego Krzyża”, opuściły całkowicie miasto.

Ten sam autor wspomina Zaułek Świętokrzyski przy okazji straszliwych cierpień miasta i jego mieszkańców w okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648):

W najstraszniejszy sposób zaraza szalała jednak w 1633 r. Po wielkim pożarze z 18 maja tegoż roku bezdomni z przedmieść i z wiosek szukali schronienia w mieście, a 14 czerwca przybył tu dodatkowo regiment Szwedów, tak iż nawet najbardziej brudne zakątki miasta wykorzystane być musiały jako kwatery mieszkalne. W szybkim czasie skończyły się zapasy, odczuwalny był brak żywności, a zaraza, która pojawiła się w tym momencie, dokonała straszliwych spustoszeń. Częstokroć jednego dnia umierało 200-300 osób; ze względu na całkowity brak tragarzy i grabarzy, było niemożliwe, aby usunąć wszystkie ciała zmarłych z miasta. Zarówno na Rynku, w Zaułku Świętokrzyskim, na Placu Zamkowym, na Placu Garncarskim i na cmentarzu trupy leżały wszędzie po ulicach do końca października, zarażając powietrze i pomnażając liczbę zarazków. Bogaci oferowali wielkie sumy, chcąc uzyskać pewność, iż doczekają się godziwego pochówku po swej śmierci. O interes ten troszczyli się obecnie żołnierze. Sporządzali oni trumny z surowych desek, sprzedawali je za 30-50 dukatów, wrzucali ciała, ponieważ wszystkie cmentarze były zapełnione, bezpośrednio do fosy, a następnie sprzedawali te same trumny jeszcze wiele razy innym osobom. Szybko też w mieście pojawiły się sfory bezpańskich psów, które pożerały niepogrzebane ciała i musiały być siłą odpędzane od zmarłych. Liczne ulice, jak na przykład Siostrzana i Pańska, wymarły całkowicie; z grona rady miejskiej przetrwało zaledwie trzech członków, spośród lekarzy oszczędzony został tylko jeden. Obaj duchowni i wszyscy nauczyciele szkoły łacińskiej zmarli w wyniku zarazy. Z początkiem jesieni choroba ta ustała do tego stopnia, że można było przynajmniej przystąpić do pochówku ciągle jeszcze wszędzie leżących ciał. Wedle ogłoszenia kościelnego z dnia 1 stycznia 1634 r. w mieście umrzeć miało 17.000 ludzi. Dopiero wiosną 1634 r. zaraza całkowicie ustała na terenie Świdnicy.

cdn.

Andrzej Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny (Fundacja IDEA)

17 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mission News Theme by Compete Themes.