Press "Enter" to skip to content

Wieża ratuszowa w Świdnicy (cz. 1)

Spread the love

Dokładnie 55 lat temu, 5 stycznia 1967 roku o godzinie 15.16 runęła wieża świdnickiego ratusza. Przez 8 wieków wieża była symbolem zamożności miasta i dominantą w jego śródmieściu. Jej historia jest niezwykle bogata…

Podobnie, jak i początki naszego miasta, czas powstania pierwszej wieży datować możemy na XIII wiek. Niestety, informacje z tego okresu, dotyczące najstarszych świdnickich budowli, są niezwykle skąpe i niepewne. Źródeł pisanych zachowało się niewiele, a jeśli – to są one lakonicznie i nie zaspokajają w pełni naszej ciekawości i chęci poznania. W dużym stopniu naszą wiedzę o najstarszych dziejach wieży ratuszowej zmuszeni jesteśmy więc opierać na wynikach badań archeologicznych i porównawczych z innymi obiektami tego typu, charakterystycznymi dla średniowiecznego budownictwa miejskiego na Dolnym Śląsku.

Szczątki zawalonej wieży ratuszowej – 6 stycznia 1967 r. (Źródło: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

Dopiero z 1291 roku pochodzi pierwsza wzmianka o murowanym tzw. Domu Kupieckim, stojącym na środku Rynku, gdzie skupiało się życie handlowe miasta i który jeszcze przed wzniesieniem właściwego budynku ratusza pełnił funkcje urzędowe dla wywodzącej się z kręgów kupieckich rady miejskiej. Wbrew panującym przekonaniom to jednak nie Dom Kupiecki, złożony z kilkunastu komór handlowych, zlokalizowanych po obu stronach szerokiego przejścia w centralnej części późniejszego bloku śródrynkowego, był pierwszym murowanym budynkiem w Rynku. Jak dowiodły badania archeologiczne przeprowadzone w ostatnich kilkunastu latach, owym pierwszym na świdnickim Rynku murowanym obiektem była właśnie wieża ratuszowa. Stanęła ona na środku późniejszego bloku śródrynkowego, obok szerokiego przejścia na osi wschód-zachód i nad prostopadłym do niego przejściem na osi północ-południe, które prowadziło przez bramę w parterze wieży. Niewykluczone, że wieża była pierwszym zrealizowanym obiektem z całego założenia, które obejmowało wzniesione najdalej w ciągu kilku kolejnych lat murowane komory handlowe, niejako doklejone od strony wschodniej i zachodniej do wieży i składające się na wspomniany Dom Kupiecki. Być może i wieża, i Dom Kupiecki powstały w miejscu starszych, drewnianych obiektów – komór sukienniczych, co możemy pośrednio wnioskować z zachowanego dokumentu księcia wrocławskiego Henryka IV z 1285 roku.

Budowa murowanej wieży i krótko później pozostałych obiektów murowanych w centralnym punkcie miasta, dowodzi więc bardzo prężnego rozwoju nie tylko świdnickiego handlu, ale i związanych z tym potrzeb bogacącego się mieszczaństwa. Pod uwagę można brać tu funkcje nie tylko praktyczne wieży. Można z niej było wzrokiem ogarnąć całe miasto i jego najbliższe otoczenie w celach strażniczych – ostrzegając przed zagrożeniami militarnymi czy chociażby tak często nawiedzającymi średniowieczne miasta pożarami. Była też punktem orientacyjnym dla zmierzających do Świdnicy kupców i podróżnych. Według umieszczonego w późniejszym czasie na wieży zegara regulowano także życie społeczności miejskiej. Budowla spełniała jednak także funkcje reprezentacyjne, będąc świadectwem zamożności jej mieszczaństwa i niezależności samorządu miejskiego.

Wieża ratuszowa i blok śródrynkowy w I połowie XIV wieku. Rekonstrukcja Rafała Czernera. (Źródło: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

Jak wyglądała ta pierwsza w dziejach miasta wieża? Tego możemy się niestety jedynie domyślać. Budowla o przekroju 7,5 na 7,5 metra posadowiona została na fundamentach z granitowych ciosów, spojonych wapienną zaprawą. Nie wiadomo, jak wysoko sięgały metrowej grubości mury. Wieża była też zdecydowanie niższa od tej, jaką jeszcze starsze pokolenia świdniczan mogą pamiętać sprzed czasu jej zawalenia w 1967 roku. Nie jest do końca też pewne, czy od razu cała wykonana została jako obiekt murowany, czy też jej górne partie, nakryte zapewne prostym, czterospadowym dachem, wykonane pierwotnie były w technologii szachulcowej. Ponieważ cały parter wieży zajmowało przejście w bloku śródrynkowym na osi północ-południe, wejście do wieży znajdowało się zapewne na wysokości pierwszego piętra i prowadził do niego drewniany ganek. Dalsza komunikacja pionowa odbywała się już wewnątrz wieży.

Minęło pół wieku. Okres długi i chociaż w źródłach pisanych nie zachowały się żadne informacje na temat wieży ratuszowej, pewnym się wydaje, że razem z miastem dzieliła jego losy. Zapewne była w tym czasie poddawana różnym, mniejszym lub większym przebudowom, spowodowanym zniszczeniami, jakie mogły mieć miejsce podczas kolejnych, wielkich pożarów miasta, jak chociażby tego z 1313 roku, kiedy z całej zabudowy miejskiej miał ocaleć tylko kościół parafialny.

Na karty historii pisanej wieża ratuszowa trafia po raz pierwszy w 1336 roku. W pochodzącym z tego roku statucie świdnickich kramarzy zawarta jest informacja o tym, że wytwórcy sakiewek, pasów itp. mogą prowadzić sprzedaż swoich wyrobów undir deme turme, czyli pod wieżą. Niedługo jednak świdniczanie cieszyć się mogli z posiadania wieży. Oto bowiem rozpoczął się bardzo pechowy dla niej okres, który trwał bez mała sto lat. Kroniki, w których zachowały się zapisy o wieży ratuszowej, nie są zgodne co do daty, kiedy owa pierwsza wieża uległa zniszczeniu. Rozpiętość podawanych dat wynosi ponad 30 lat, a każda z trzech zachowanych informacji mówi o spaleniu się budowli i jej pozłacanego dachu! Wieża miałaby ulec zniszczeniu podczas kolejnych pożarów w 1361, 1389 bądź 1393 roku. Na pomyłki kronikarskie może wskazywać fakt, że dwa ostatnie pożary zostały zapisane pod tą samą datą dzienną tj. w dniu św. Bartłomieja (24 sierpnia), co wydaje się zbyt dużym zbiegiem okoliczności. Tak czy inaczej, najpóźniej w 1393 roku świdniczanie stracili „chlubę” swojego miasta. Zrozpaczeni wielką klęską żywiołową zapewne w najszybszym z możliwych terminów przystąpili do odbudowy wieży. Być może wówczas nadbudowano wieżę o kolejną kondygnację w kształcie oktogonu i ozdobiono ją ośmioma pozłacanymi figurami władców księstwa świdnicko-jaworskiego, królów czeskich i cesarzy z rodu Luksemburgów. Przekleństwo ognistego kura zdawało się jednak wisieć nad miastem, bo kolejne duże pożary, pustoszące śródmieście Świdnicy w 1406 i 1420 roku, z pewnością spowolniły proces odbudowy. Być może też dlatego dopiero w 1450 roku źródła historyczne mówią o odbudowaniu wieży, po raz pierwszy dostarczając zresztą nieco bardziej szczegółowych informacji na temat jej wyglądu. Wieża niemal podwoiła swoją wysokość, osiągając zapewne około 40 metrów, gdyż na jej kwadratowym trzonie wzniesiono kolejne kondygnacje w kształcie oktogonu, nakrytego ostrobocznym dachem z miedzianym pokryciem, powleczonym ołowiem. W górnej części wieży zamontowano piękną rzeźbioną balustradę, natomiast w dolnej zegar. Pogląd, jak mogły wyglądać nowe elementy wystroju ówczesnej wieży, daje nam wygląd niemal bliźniaczej wieży ratuszowej w Jaworze, gdzie figury na wieży zachowały się do dnia dzisiejszego. Jeżeli chodzi o zegar, nie był on pierwszym, bo już przy informacji o spaleniu się wieży w 1393 roku kronikarz zapisał informację o zniszczeniu zegara, – jakiego nikt nie posiadał w całym kraju. Świadczyć to może pośrednio o tym, że już pod koniec XIV wieku wieża mogła mieć nadbudowę w kształcie oktogonu, chociaż zapewne nie tak okazałego, jak po odbudowie z 1450 roku.

Wieża ratuszowa i blok śródrynkowy w II połowie XIV wieku. Rekonstrukcja Rafała Czernera. (Źródło: Muzeum Dawnego Kupiectwa)

W XVI- i XVII-wiecznych kronikach świdnickich zachowało się kilka ciekawostek związanych z wieżą ratuszową. Wykorzystywano ją m.in. jako więzienie. Według jednego z zapisów, w 1525 roku w wieży ratuszowej osadzono niejakiego Hansa Grossa, szlachcica z Jędrzejowa pod Dzierżoniowem. Gross sądzony miał być za to, że groził członkom rady miejskiej bronią. Jego kompani pomogli mu jednak w ucieczce, dostarczając linę, po której Gross spuścił się z wieży i uciekł z miasta. Mimo pogoni, więźnia nie udało się schwytać, wpadł jednak w ręce świdniczan pięć lat później. Po osądzeniu, 12 lipca 1530 roku został ścięty i pochowany na cmentarzu św. Mikołaja, który niegdyś istniał na miejscu obecnego budynku Banku Zachodniego i pobliskiego skweru.

9 maja 1528 roku  miasto obiegła lotem błyskawicy wieść, że w warsztacie krawca Wolfganga Mose wybuchł pożar. Ogień błyskawicznie rozprzestrzenił się po drewnianych gontach na dachach i zaczął trawić zabudowę śródmieścia, łącznie z zamkiem książęcym, ratuszem i wieżą. Jak donoszą stare kroniki, ta ostatnia zapaliła się wskutek wielkiego gorąca, jakie wywołał pożar. Zniszczeniu uległo ostroboczne zwieńczenie wieży i zegar ze kurantami. Uszkodzone zostały wszystkie figury władców ustawione na wieży, a jej wnętrze wypalone.

W zapiskach kronikarskich dotyczących tego pożaru, znajdujemy informację o bohaterskim konwisarzu (rzemieślniku wykonującym wyroby z cyny i spiżu), który próbował ratować wyposażenie wieży ratuszowej, w tym jej cenny mechanizm zegarowy z kurantami. Niestety, historia nie zachowała jego nazwiska. XVII-wieczna kronika Świdnicy autorstwa Uslera i Seilera informuje nas, że ów konwisarz chciał uratować wieże i zegar, ale spadły na niego strumienie roztopionego ołowiu i płonące części, tak, że pozostały po nim tylko wnętrzności.

Nie była to jedyna ofiara pożaru wieży ratuszowej. Już po jego zgaszeniu, podczas porządkowania pogorzeliska i zgliszcz, na pracujących mieszczan runął fragment jednej z wypalonych ścian ratusza, która pogrzebała pod gruzami sześciu robotników. Ich nazwisk, podobnie jak bohaterskiego konwisarza, historia nie odnotowała, chociaż były to chyba jedyne „ofiary” wieży ratuszowej, wymienione w kronikach.

Ponieważ wielki pożar zniszczył sporą część miasta, o odbudowie wieży rajcowie miejscy realnie mogli pomyśleć dopiero 20 lat po tych wydarzeniach. Ta odbudowa jest o tyle istotna, że po raz pierwszy szczyt wieży ratuszowej miał zdobić hełm z dwoma prześwitami, wzorowany na hełmie wieży w Lubaniu, którego charakterystyczny kształt był zbliżony do tego, jaki znajdował się na świdnickiej wieży przed jej zawaleniem.

W 1548 roku naprawiono mury wieży, ustawiono ponownie ocalałe figury książąt i królów oraz osadzono na hełmie pokrytym miedzią i pomalowanym na zielono – iglicę z kulą. Ostatnim akcentem odbudowy wieży było zamontowanie na niej siedem lat później nowego zegara z tarczą 24-godzinną. Działał on stosunkowo krótko, bo tylko do 1593 roku, kiedy wymieniono go na zegar z wygodniejszą w użyciu tarczą 12-godzinną. Przy okazji tej odbudowy po raz pierwszy kronikarze zanotowali imiona budowniczych, którzy pracowali przy wieży. Jak to dziś byśmy określili, „kierownikiem budowy” został „bogaty w talenty” mistrz Peter Seliger, cieśla z Jawora, któremu pomagał nieznany z imienia syn. Wewnątrz wieży ściany nowymi malowidłami pokryli natomiast dwaj świdniccy malarze – bracia Eustachius i Pantaleon Beuchelowie. W takiej formie wieża przetrwała aż 168 lat, do 1716 roku. Tylko od czasu do czasu kronikarze donosili o jej drobnych uszkodzeniach, spowodowanych najczęściej warunkami atmosferycznymi, które jednak nie powodowały wyłączenia jej z codziennej eksploatacji. Wieża ratuszowa szczęśliwie przetrwała między innymi okres wojny trzydziestoletniej (1618-1848), która zrujnowała Świdnicę i na długie lata zahamowała jej rozwój.

Galeria – Pozostałości wieży ratuszowej, znalezione podczas prac związanych z jej odbudową, około 1 metra pod powierzchnią gruntu (kliknij, aby powiększyć)

Wieża, jako symbol wielkości i bogactwa miasta była także wykorzystywana do zabaw i pokazów. Według wzmianki zapisanej pod datą 20 czerwca 1581 roku wieża ratuszowa i Rynek stały się miejscem niebywałych popisów akrobatycznych nieznanego z imienia linoskoczka. Pomiędzy balustradą wieży a jednym z domów stojących przy ulicy Kapturowej (obecnej Franciszkańskiej) rozpięto długą linę po której zszedł pewien linoskoczek, czyniąc przy tym różne dziwaczne pozy. Popis akrobaty musiał wzbudzić zapewne wielkie uznanie świdniczan. Nawet dziś, patrząc na wysokość i odległość pomiędzy punktami zaczepienia liny, po której schodził linoskoczek, można być pod wrażeniem jego sprawności fizycznej.

Z wieżą od najdawniejszych czasów związana była także funkcja hejnalisty, niezwykle ważna dla życia miejscowej społeczności. Wywodziła się zapewne od obecnego na wieży od najdawniejszych czasów strażnika, którego zadaniem było dozorowanie porządku w mieście i ostrzeganie o grożących miastu niebezpieczeństwach, związanych czy to z klęskami żywiołowymi, czy z obecnością wrogich wojsk w okolicach miasta.

O obowiązkach hejnalisty miejskiego dowiadujemy się dzięki dokumentowi z 9 kwietnia 1599 roku, do jakiego dotarł niemiecki historyk Heinrich Schubert. Dokument ten wymienia powinności, jakie powinien spełniać nowo zatrudniony hejnalista miejski Georg Schmidt (pierwszy, jakiego znamy z imienia i nazwiska).

Po pierwsze, powinien on codziennie o godzinie pierwszej bić w zwykły dzwonek i gdyby wybuchł pożar – od czego uchowaj Boże – czy byłoby to za dnia, czy w nocy, powinien bić we wspomniany dzwonek oraz wywiesić flagę wraz z zapaloną latarnia w tę stronę, z której widać ogień. Po drugie, do jego obowiązków należy, aby zarówno w dzień, jak i w nocy, pełnił straż na wieży ratuszowej i dbał o to, aby każda godzina, zarówno w dzień, jak i w nocy została odtrąbiona. Po trzecie, powinien każdego ranka odtrąbić cały dzień. Po czwarte, on czterokrotnie w południe i pod wieczór wygrywać dobre motety, nie zaś piskliwe melodie. Po piąte, gdyby przybywali do miasta lub przejeżdżali przez jego teren obcy ludzie, powinien on za każdym razem dawać sygnał.

Fragmenty kamieniarki z wieży ratuszowej, wywiezione wraz z gruzem na dzikie wysypisko przy ulicy Bystrzyckiej w Świdnicy

Świdniccy hejnaliści z różnym powodzeniem pełnili swoją służbę. Dzięki niezastąpionemu Schubertowi zachowały się informacje o skargach do rady miejskiej na niedostateczną kontrolę nad wieżą (1662 rok), nieodpowiednio nastawiany zegar i opieszałość strażnika (1670 rok) oraz że pozwala on sobie wieszać brudną pościel i inne rzeczy na balustradzie wieży (1761 rok). Z pewnością nie była to łatwa służba. Wymagała sporego zaangażowania i poświęcenia. Mogła też być niebezpieczna. Pod datą roczną 1594 kronikarze zanotowali przypadek, kiedy niezwykle silny wiatr wyrwał hejnaliście trąbkę z dłoni i zawlókł ją aż na ulicę Kapturową (dziś Franciszkańska). Ławkę na którą trębacz zwykł stawać, wiatr przerzucił przez balustradę i cisną w jeden z kominów.

Schubert wymienia z imienia i nazwiska w okresie od 1559 roku do 1770 roku szesnastu hejnalistów: : Georg Schmidt w 1559 r., Matthes Schneider w 1559 r., Georg Klose w 1600 r., Matthes Schneider w 1601 r., Georg Klose w 1608 r., Adam Fischer w 1614 r. i 1619 r., Martin Netke w 1622 r. i 1631 r., Martin Schneider w 1682 r., George Wenger w 1684 r., Martin Schneider w 1688 r., George Wenger w 1699 r. i 1709 r., Michael Berrnhard Langer w 1709 r., Johann George Wenger w 1720 r. i 1727 r., Bernhard Langer w 1736 r. zm. w 1742 r., Anton Langer w 1742 r. i 1748 r., Nathanael Graeve w 1770 r. Trudno dziś z całą pewnością określić, kiedy funkcja hejnalisty, mającego czasami też pomocników, pełniona była po raz ostatni. Zapewne zawód ten wygasł w połowie XIX wieku.

cdn.

Andrzej Dobkiewicz & Sobiesław Nowotny

13 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Mission News Theme by Compete Themes.