Press "Enter" to skip to content

Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 7)

Spread the love

Poprzednie części artykułu zamieściliśmy tutaj: Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 1), Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 2), Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 3), Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 4), Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 5), Tajemnice cmentarza przy Kościele Pokoju w Świdnicy (cz. 6).

Cmentarz przy Kościele Pokoju

W 1821 r. kolegium kościelne parafii ewangelickiej w Świdnicy wprowadziło w życie nową taksę opłat za miejsca na cmentarzu przy Kościele Pokoju. Niestety nie zachowała się ona w formie drukowanej i nie wiadomo, jakie postanowienia zawierała. Interesujące może być jednak, iż mniej więcej od tego czasu, zatem od I połowy XIX wieku, zaczęto stosować na tutejszej nekropolii zasadę, iż okres wykorzystywania grobu na jeden pochówek nie może być dłuższy niż 25 lat. Wprowadzono wówczas specjalne księgi, w których zapisywano czas wykupu danego miejsca na cmentarzu.

Interesujący może być fakt, iż w jednej z nich, pochodzącej z najbliższych nam czasów, okres wykupu poszczególnych kwater dochodził nawet do lat 70. XX wieku, a zatem na długo po 1945 r., stanowiącego cezurę między czasami niemieckimi i polskimi. Oczywiście dziś nikt zapisów tych, pochodzących „z czasów niemieckich”, w momencie, gdy opiekunem cmentarza jest polska parafia ewangelicko-augsburska, nie bierze na poważnie i ich nie respektuje.

Cmentarz uznany został przecież w latach 50. XX wieku za formalnie zamknięty. Wracając do XIX-wiecznej historii cmentarza warto zwrócić uwagę, iż ostatnim fragmentem, o który rozszerzono jego powierzchnię było tzw. pole nr 10, które rozciąga się po stronie zachodniej całego założenia, za ciągiem kaplic grobowych (m. in. kaplicy Laubego  jej zdjęcia prezentowaliśmy w poprzedniej części artykułu). Chodzi w tym wypadku o obszar położony w narożu cmentarza, którego ostry kąt rozwiera się od furty cmentarnej, prowadzącej od Placu św. Małgorzaty, w kierunku północnym. Obszar ten zakupiono już po konwencji w Altranstädt, a zatem po 1707 r., z przeznaczeniem na ogród parafialny. Na początku XX wieku, za zgodą ówczesnego pastora Pfeiffera, teren ten przeznaczono na pochówki. Co ciekawe, z tego też powodu, ten fragment cmentarza nazywano w okresie przedwojennym „ogródkiem Pfeiffera”. Tym samym cały obszar cmentarza, który osiągnął swój największy rozmiar w swej kilkuwiekowej historii, obejmował 322, 6 arów wielkości. Jego powierzchnia była jednak zbyt mała, aby nadążyć za rozwojem miasta i gwałtownym wzrostem liczby ludności, zjawiskiem typowym dla okresu XIX-wiecznej industrializacji. Z tego też powodu rada parafialna już w latach 70. XIX wieku zaczęła czynić starania, mające na celu założenie kolejnego ewangelickiego cmentarza wyznaniowego w mieście.

Władze miejskie zgodziły się ostatecznie w 1889 r. na zakup ziemi przez parafię ewangelicką, na niezabudowanym terenie, leżącym po lewej stronie drogi w kierunku Wierzbnej. Tak powstał tzw. Nowy Cmentarz Ewangelicki w Świdnicy, przy obecnej ul. Łukasińskiego. Obejmował on 250 arów. Ewangelicy wybudowali tu również dom grabarza i dom przedpogrzebowy, czy też kaplicę (obecnie służy za cerkiew tutejszej parafii prawosławnej – nosi wezwanie św. Mikołaja Cudotwórcy), skąd wyprowadzano kondukty pogrzebowe w czasie pogrzebu. W 1902 r., gdy po drugiej stronie drogi założono drugą część cmentarza, celem łatwiejszej orientacji, zaczęto rozróżniać „Nowy” cmentarz na „Wschodni” i „Zachodni”. Skoro „nowymi” cmentarzami ewangelickimi nazywano te leżące poza miastem, dlatego też do cmentarza przy Kościele Pokoju szybko przylgnęła nazwa „Starego”. Spotykamy się z nią co najmniej od końca XIX wieku. Bez wątpienia nekropolia ta, założona w 1652 r., zasługiwała na takie określenie. Co ciekawe, przyjęło ono urzędowej formy nawet w zapisach w księgach zgonów, czy też w rejestrach opłat za wykupienie miejsca – każdorazowo urzędnik zatrudniony na parafii ewangelickiej w Świdnicy zapisywał, czy zmarły pochowany ma być na „nowym”, czy też na „starym cmentarzu”.

Nowy cmentarz ewangelicki przy ulicy Waleriana Łukasińskiego (zdjęcie z 1995 roku, źródło: zabytki.pl)

W okresie przedwojennym przyjęła się swoista tradycja i istniało wielkie przywiązanie do starego cmentarza przy Kościele Pokoju. Wielu przedstawicieli szlachty, nawet jeśli nie mieli wiele wspólnego ze Świdnicą chciało, aby ich prochy spoczęły tutaj po śmierci. Co ciekawe, wielcy przemysłowcy, którzy wyznawali poglądy liberalne, woleli natomiast „miejsce” na nowym cmentarzu. Cmentarz łączył po śmierci, lecz jak widać również dzielił… Pochówki na nowym cmentarzu były niewspółmiernie tańsze, nie mówiąc już o tym, iż łatwiej można było liczyć tam na miejsce i to takie, które nigdy wcześniej nie było wykorzystywane. Ludzie, którzy związani byli bardziej z tradycją i wyrażali w życiu poglądy konserwatywne, wybierali jednak pochówek bardziej w centrum miasta, a zatem przy Kościele Pokoju, nawet jeśli wiązało się to z długim okresem oczekiwania na miejsce. Niekoniecznie wiązało się to z pozycją społeczną, chociaż pieniądze odgrywały tu ważną kwestię. Ostatecznie rzecz biorąc cmentarz przy Kościele Pokoju stał się elitarnym miejscem pochówku, jakkolwiek bardziej w lokalnej, niż regionalnej skali.

Zarówno w okresie pierwszej, jak i drugiej wojny światowej, na nagrobkach rodzinnych zaczęły pojawiać się adnotacje o żołnierzach, którzy zginęli na różnych frontach walki. Oczywiście członkowie tych rodzin, którzy oddali swe życie w imię wyższej sprawy, znajdowali swe miejsce spoczynku z dala od Świdnicy, chowani często na cmentarzach wojskowych we Francji, w Rumunii, we Włoszech, czy też w Rosji, lecz rodziny zaznaczały w symboliczny sposób informacje na ich temat również na nagrobkach stojących na cmentarzu przy Kościele Pokoju. Stało się to nawet pewnego rodzaju tradycją. Niekiedy informacje o tych, którzy zginęli opatrywano dodatkowo szczegółowymi danymi o miejscu, czasie, a nawet okolicznościach śmierci. Co więcej, na nagrobkach wykuwano też odznaczenia, takie jak na przykład Żelazny Krzyż, którym nadano poległym za życia, lub pośmiertnie. Do dzisiejszego dnia zachowało się zaledwie kilka tego rodzaju nagrobków na tutejszym cmentarzu ewangelickim. Poległych w okresie I wojny światowej uczczono też w samym wnętrzu Kościoła Pokoju – w okresie Republiki Weimarskiej po zachodniej stronie świątyni wzniesiono tzw. Halę Zmarłych, gdzie na 14 tablicach wypisano nazwiska wszystkich poległych należących do parafii ewangelickiej w Świdnicy, które dodatkowo opatrzono datą urodzin i śmierci. Warto dodać, iż wśród nich znalazło się m. in. nazwisko słynnego lotnika Manfreda von Richthofena.

Nowy cmentarz ewangelicki przy ulicy Waleriana Łukasińskiego (zdjęcie z 1995 roku, źródło: zabytki.pl)

Stary cmentarz przy Kościele Pokoju przetrwał II wojnę światową w nienaruszonym stanie. Wykorzystywany był jako miejsce pogrzebowe do lat 50. XX wieku, kiedy to lokalny SANEPID zakazał dalszych pochówków. Jedną z ostatnich osób, które znalazły tu swe miejsce spoczynku był pastor Herbert Rutz, zm. 22 sierpnia 1957 r. – ostatni niemiecki pastor w Świdnicy. Pochowany on został po lewej stronie  przed głównym, południowym wejściem do Kościoła Pokoju. Niestety już w tym okresie dochodziło na obszarze cmentarza do aktów wandalizmu i kradzieży nagrobków i elementów wyposażenia poszczególnych kwater grobowych. Dawni mieszkańcy Placu Pokoju wspominają, iż do tego rodzaju procederu dochodziło „w biały dzień”, pomimo stałej opieki ze strony członków parafii, którzy doglądali tu porządku. Przykład dawali w pierwszej kolejności żołnierze sowieccy, którzy wielokrotnie wjeżdżali na teren cmentarza, demontując tu i wywożąc stąd co cenniejsze nagrobki, szczególnie te, które wykonane były z modnego niegdyś szwedzkiego granitu. Przyjeżdżali oni często w obstawie złożonej z członków lokalnej Milicji Obywatelskiej, a zatem nikt nie mógł przeciwstawić się tego rodzaju działaniom, gdyż miały one pozory usankcjonowania przez władzę.

W tym okresie zrabowano również bądź zniszczono wiele ciekawych figuralnych elementów sztuki sepulkralnej w postaci rzeźb, płaskorzeźb itp. Nieznanym dotychczas i zupełnie nowym zjawiskiem na świdnickiej nekropolii ewangelickiej był też proceder otwierania grobów w poszukiwaniu kosztowności; rabusie, określani w dolnośląskiej prasie niemieckojęzycznej „hienami cmentarnymi”, nie wahali się przed odsuwaniem płyt, rozbijaniem wiek trumien, bezczeszczeniem zwłok i zakłócaniem spokoju zmarłych. Mimo licznych interwencji do władz i organów ścigania, podejmowanych przez kolejnych pastorów w latach 50. i 60. XX wieku, próśb o częstsze patrole i starań o zabezpieczenie cmentarza, sytuacja ta ciągnęła się przez kolejne dziesięciolecia. W tym czasie teren nieczynnego cmentarza zaczął również bujnie porastać gęstym poszyciem z krzaków i samosiejek. Przypominał bardziej dżunglę i busz, z którego od czasu do czasu, niczym wyspa, wystawały szczyty poszczególnych nagrobków. Członkowie parafii ewangelickiej, szczególnie ci, którzy zamieszkiwali domy w otoczeniu Kościoła Pokoju, czynili starania nad ratowaniem cmentarza, na miarę swych skromnych możliwości. Co roku jesienią odbywały się również parafialne akcje społeczne, polegające na grabieniu liści, oczyszczaniu rowów odpływowych na cmentarzu, wycinaniu zbędnych samosiejek, czyszczeniu alejek cmentarnych itd.  W lipcu 1982 r. doszło do podzielenia cmentarza na tzw. część miejską, leżącą po zachodniej stronie,  gdzie planowano utworzenie Muzeum Sztuki Nagrobnej i część parafialną, pośrodku której stał Kościół Pokoju. Chociaż akcja ta przeciwdziałać miała kolejnym dewastacjom, przeprowadzona została w niezbyt profesjonalny sposób – za podstawę siatki, którą otoczono teren cmentarza, wykorzystano wiele nagrobków i płyt ograniczających mogiły. Kilka lat później w bezmyślny sposób dokonano również wycinki wielu cennych drzew, porastających cmentarz, w tym kilku starych jaworów.

Jeden z ostatnich pochówków na cmentarzu przy Kościele Pokoju grób pastora Gerberta Rutza, zmarłego w 1957 roku

W latach 70. XX wieku powstał pomysł utworzenia na Placu Pokoju Muzeum Sztuki Nagrobnej – Ministerstwo Kultury i Sztuki 30 września 1976 r. wydało nawet decyzję o utworzeniu Działu Sztuki Nagrobnej, który podporządkowany miał być świdnickiemu Muzeum Dawnego Kupiectwa. Już wówczas dostrzegano zatem potrzebę objęcia tego obszaru szczególną ochroną. W 1979 r. ówczesny dyrektor muzeum Wojciech Onzol wydał nawet osobną publikację noszącą tytuł: „Informator Plac Pokoju. Rewaloryzacja i adaptacja na Muzeum Sztuki Nagrobnej”, która ujmowała zarówno krótką historię cmentarza, jak również wytyczne i zamierzenia, jakie przyświecały osobom zaangażowanym w ratowanie starej świdnickiej nekropolii ewangelickiej. Dostrzegano wielopłaszczyznową wartość tutejszego cmentarza nie tylko jako wyjątkowego zespołu zabytków sztuki sepulkralnej. We wspomnianym informatorze znalazły się m. in. takie zdania: „Historia jego powstania, jak i położenia nierozerwalnie łączy się z burzliwymi dziejami Ziemi Świdnickiej – terenem pogranicza polsko-niemiecko-czeskiego. Z tego też względu stanowi ów zespół nie tylko zabytek architektury, lecz także pomnik, znamienny przykład procesów kulturowych, politycznych, społecznych i religijnych, specyficznych właśnie dla obszarów leżących przy granicach różnych państw i narodów”. Niewątpliwie idea ratowania tego obszaru była wyjątkowo szczytna i należy do rzadkich przykładów tego rodzaju na terenie całego Śląska w okresie powojennym, na dodatek w czasach komunistycznych! Pamiętać bowiem należy, iż większość „niemieckich” cmentarzy na Dolnym Śląsku uległa dewastacji, bądź została zrównana z ziemią. Można by w tym miejscu podać setki przykładów – najlepszym chyba stanowi stołeczny Wrocław, gdzie na terenie jednego ze zlikwidowanych „niemieckich” cmentarzy, urządzono kąpielisko miejskie. Jakkolwiek szczytna była jednak sama idea tworzenia Muzeum Sztuki Nagrobnej, to szczegóły jej realizacji zawierały już a priori pewne mankamenty. Wypracowana koncepcja zakładała bowiem likwidację wielu mogił, tworzenie skupisk nagrobków, które były ciekawe ze względu na walory plastyczne, jednakże bez powiązania z rzeczywistymi miejscami pochówku osób, które spoczęły na cmentarzu. W praktyce oznaczało to, iż tylko część nagrobków pozostać miała na grobach osób, które rzeczywiście zostały w danym miejscu pochowane, zaś większość ustawiać miano na nowo, tak aby spełniały one wytyczne koncepcji ekspozycji muzealnej. Nagrobki podczas inwentaryzacji oznaczano konkretnymi numerami – przeprowadzano ją jednak zupełnie niechlujnie, nanosząc kolejne numery trudną do usunięcia farbą olejną, częstokroć na przedniej części nagrobków, oznaczonych inskrypcją nagrobną. Nie zważano przy okazji na materiał, z którego wykonany był nagrobek – farba olejna wnikała głęboko w porowatą strukturę kamienia, bezpowrotnie go niszcząc. Ustawianie nagrobków w zupełnie nowych miejscach ekspozycyjnych doprowadziło z kolei do nieodwracalnych zmian w strukturze cmentarza.

Pomnik nagrobny historyka świdnickiego Juliusa Schmidta

Każdy, kto dziś próbowałby dokonać naukowej rekonstrukcji cmentarza, odnosząc się do chociażby takich problemów, jak korelacja miejsca pochówku ze statusem majątkowym zmarłego, natrafi na zaporę nie do przebycia. Problem jest tym bardziej poważny, gdyż w archiwum parafialnym, o ile mi wiadomo, nie zachowały się żadne przedwojenne plany cmentarza, ani księgi miejsc pochówków „starego cmentarza ewangelickiego”.

Aby lepiej unaocznić tą sytuację posłużę się w tym miejscu małym przykładem – zachował się co prawda nagrobek zasłużonego badacza świdnickiej historii prof. dr Friedricha Juliusa Schmidta zm. w 1892 r., autora m.in. dwutomowej „Historii miasta Świdnicy”, lecz nie stoi on w realnym miejscu pochówku tej znamienitej osoby. Na pytanie jego potomka, który szukał w Świdnicy śladów działalności swego dziadka: „gdzie w rzeczywistości mój dziadek został pochowany?” – nie potrafiłem odpowiedzieć. Podobnych przykładów można by w tym miejscu przytoczyć więcej. Akcja ratowania cmentarza w okresie komunistycznym upadła podobnie jak sam system komunistyczny. A z jej skutkami, niekiedy trudnymi, czy wręcz niemożliwymi do zniwelowania, musimy mierzyć się i w teraźniejszości. Gwoli sprawiedliwości przyznać jednak trzeba, że sam pomysł ratowania cmentarza i jego zabytkowej substancji, z pewnością był dużym zwrotem w podejściu do zabytków sztuki sepulkralnej, które powstawały przez setki lat i stanowiły wyjątkową ozdobę świdnickiej „starej” nekropolii ewangelickiej.

Sobiesław Nowotny

13 LIKES

Skomentuj jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mission News Theme by Compete Themes.